#JRN84

Opisz swoją historię - mówi przycisk na wejściu.
Moją (a przecież nie tylko moją) historię opisał Pan Arthur Schopenhauer tymi oto słowy: "Ludzie całkiem zwyczajni są towarzyscy i łatwo znajdują sobie towarzystwo "zacnych, miłych i dzielnych ludzi". Z ludźmi niezwykłymi jest na odwrót, i to tym bardziej im są wybitniejsi, do tego stopnia, że w izolacji swej mają naprawdę prawo do radości, jeśli od czasu do czasu odkryją u kogoś choćby drobny rys, co do którego panuje między nimi jednorodność. Każdy bowiem może tylko tym być dla drugiego, czym tamten jest dla niego. Duchy naprawdę wielkie mieszkają samotne na wyżynach jak orły".

Akurat ja lubię i cenię swoją samotność, ale wiem, że są ludzie, którym ona mocno doskwiera, a zbliżające się Święta wcale ich nie cieszą...
Pozdrawiam wszystkich samotnych cytatem z Goethego, który wieki temu sparafrazował Piotr Kaczkowski w nocnej audycji "Trójka pod księżycem".
"A ty, dobra duszo, omotana fatalnymi uczuciami, czerp pociechę z cierpień świata i pozwól muzyce zostać twym przyjacielem, jeśli skutkiem losu lub własnej winy nie możesz znaleźć bliższego".

#08d38

Kiedy miałam jakieś 5 lat, dobry kolega mojego taty przywoził do nas swojego syna (nazwijmy go Adam). Chłopak rok starszy ode mnie, wszystko fajnie, lubiliśmy się razem bawić, ale nigdy żadne z nas nie powiedziało, że się przyjaźnimy, aż do pewnego dziwnego zdarzenia...

Mianowicie podczas jednej z zabaw, gdy siedzieliśmy sami w salonie, Adam zdjął spodnie i stanął przede mną w swojej pełnej okazałości. Jako że miałam pięć lat, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia i bawiłam się dalej. Jednak on podszedł do mnie i trzymając swojego siusiaka uderzył mnie nim w czoło. Byłam lekko zdezorientowana tym co się stało, ale on tylko podsumował to słowami: "Od teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi! Na zawsze!".

Od tego zdarzenia minęło już jakieś 18 lat, a my faktycznie nadal się przyjaźnimy. Cieszę się tylko, że nie uderzył mnie już więcej swoim siusiakiem, aby przypomnieć mi o naszej przyjaźni! :D

#19jMx

Mieszkam z rodzicami na wsi, a co za tym idzie, do ogrzewania domu mamy piec. Dwa lata temu, około września, coś wpadło nam przez komin do domu i utknęło na końcu komina. Wszyscy myśleliśmy, że to jakiś gołąb i że sam sobie poradzi, i uda mu się wydostać, w końcu szyb jest szeroki. Mijał czas, a ptak sam nie wychodził. Mama wielokrotnie mówiła tacie, żeby wyciągnął to zwierzę, bo w nocy drapie pazurami w kominie i nie może przez to spać. Ale tata, jak to na wsi, miał dużo innych zajęć i nie miał na to czasu. W końcu, po dwóch tygodniach, postanowił wyjąć gołębia.

Ku wielkiemu zdziwieniu nas wszystkich w środku była sowa. Bardzo duża sowa, która łypała na nas groźnie ślepiami, ewidentnie obrażona. Gdyby wzrok mógł zabijać, ta sowa zabiłaby nas wszystkich. Jako iż takie zwierze może zrobić komuś krzywdę, a tata nie miał wiele do czynienia z ptakami, zadzwonił po kolegę, który hoduje gołębie. On wyciągnął sowę z komina i wyniósł ją do opuszczonej stodoły, która była u sąsiada.
Po tym incydencie żartowałam sobie, że sowa niosła dla mnie list z Hogwartu, ale pomyliła wejścia.

W tym roku, we wrześniu, w naszym kominie znowu znalazła się sowa.
Chyba naprawdę wysyłają mi listy z Hogwartu :D

#lkJo0

Sytuacja miała miejsce 5 lat temu.
Mam syna. Wtedy 24-letni, krótko po studiach, zatrudnił się w Chinach.
W piątkowy wieczór, po pracy, postanowił się rozerwać i udał w rajd po okolicznych barach i klubach. Późną nocą wrócił do wynajmowanego mieszkania i udał się na zasłużony odpoczynek. Parę godzin później ciśnienie w pęcherzu zmusiło go do wstania i udania się do łazienki.

Półprzytomny, zaspany, skacowany wszedł do łazienki i zamknął drzwi. Wtedy otworzył oczy. Pomylił się o metr. To były sąsiednie drzwi. Okazało się, że stoi na klatce schodowej, bez kluczy, telefonu itd., za to w kompletnym negliżu. Inaczej mówiąc, goły jak święty turecki, a drzwi zatrzaśnięte. Sobota, 6 rano, zimno, nikogo w okolicy nie zna.

Zapomniał o sikaniu i kacu, poszarpał klamkę, posiłował się z drzwiami i zrozumiał, że potrzebuje pomocy.
Zaczął schodzić na dół (mieszkał na 4 piętrze bez windy), nasłuchując, czy nikt nie idzie i zasłaniając przyrodzenie rękami. Na półpiętrze leżały jakieś śmieci po remoncie któregoś z mieszkań. Wśród nich skarb. Papierowy worek po cemencie i zdezelowana szpachelka.

Chwila kombinowania i szpachelką wyciął w worku otwory na nogi. Ubrał się w to cudo. Worek leżał idealnie. Dopasowany w biodrach, lekko opinający brzuszek, sięgał aż do pach. Tak wystrojony zapukał do najbliższego sąsiada.
Otworzył mu zaspany Chińczyk w średnim wieku. Syn na migi (sąsiad nie mówił po angielsku) tłumaczył, że drzwi zatrzaśnięte, a kluczy nie ma. Sąsiad popatrzył, podumał, wziął telefon i zaczął dzwonić. Nawet mu powieka nie drgnęła, nie okazał zdziwienia ani rozbawienia, jakby "biały" w worku po cemencie to była normalka.

Po skończonej rozmowie telefonicznej udał się z synem pod zatrzaśnięte drzwi i dał do zrozumienia, że trzeba czekać. Po piętnastu minutach przyjechał fachowiec. Z kamienną twarzą, bez zdziwienia, zabrał się do pracy. Wyciągnął wizjer, wsadził drucik, pogmyrał, złapał klameczkę, pociągnął i drzwi stały otworem. Dwie minuty. Zainkasował 100 juanów (ok. 50 zł) i pojechał.
Synek z ulgą wpadł do domu. Przypomniał sobie o sikaniu, uzupełnił płyny, opłukał z resztek cementu i poszedł spać.

Syn do dziś cieszy się, że Chińczycy nie okazują emocji. W ich kulturze okazywanie złości, zdziwienia, śmiechu jest uważane za utratę twarzy, brak wychowania. I jedna nauczka na przyszłość: syn już nie sypia na golasa. Zawsze ma na sobie majtki.

#3NNZC

Od kilku lat cierpię na agorafobię, fobię społeczną, lekką depresję, mam lęki obsesyjno-kompulsyjne i często mam derealizacje. Przez moje zaburzenie nie mogę żyć jakbym chciała, strach i lęk mną manipulują. Paraliżuje mnie to i nie pozwala iść naprzód.  Terapie nie pomagają.

Teraz będę brać leki. Moje myśli na temat takich lęków mnie przerażają – że jestem chora psychicznie, że nie będę wiedziała co robię po lekach, bo nie będę miała kontroli. Najbardziej boję się, że będę musiała brać je do końca życia i nigdy nie będę sobą.

#UjyYt

Moje wyznanie może da niektórym do myślenia.
W 2012 poszłam do liceum jako wysoka dziewczyna z lekką nadwagą. Miałam 175 cm wzrostu i niecałe 80 kg wagi. Nosiłam ubrania w rozmiarze 42/44. Było mi z tym dobrze! Lubiłam swoje ciało. Wyglądałam dość proporcjonalnie. Mam spory biust i długie nogi, co maskowało odstający brzuszek.

Od patrzenia na lachony chodzące po korytarzach szkoły też zapragnęłam tak wyglądać. Szczupła, wysoka, blondynka, długie nogi. Czego chcieć więcej? Więc zaczęłam dietę i ćwiczenia. Od początku zakładałam, że nie chcę rzeźbić ciała, tylko je zmniejszyć, nie podobają mi się kaloryfery i umięśnione ramiona.

Na początku 2013 roku zaczął się proces przemiany. Na Boże Narodzenie wystąpiłam już jako "laska". Wszyscy zachwyceni. Prawie 20 kilogramów za mną. Ale znalazła się jedna osoba, której się przemiana nie spodobała. JA. Tak, fajnie było wybierać małe rozmiary w sklepach, ale co z tego, jak wyglądałam (w moich oczach) za szczupło? Wolałam czasy kiedy byłam miękka...

No więc 2014 rok był rokiem rozwijania pasji, która wymaga długiego siedzenia i porzucenia diety na dobre. Jeśli chodzi o sport, to latem uwielbiam jeździć na rolkach, a zimą na łyżwach, więc ruch został. Dieta przestała być odchudzająca, ale pozostały dobre nawyki, dużo warzyw i owoców, woda. Nie miałam już wyrzutów sumienia, kiedy raz na 2-3 tygodnie zjadłam kebaba XXL czy pizzę i popiłam je litrem coli.

I tak oto jestem. 75 kilogramów i czuję się rewelacyjnie. Uwielbiam swoje ciało i na razie nie zapowiada się, żebym chciała schudnąć. Niczego nie żałuję, teraz przynajmniej wiem, jak wyglądam, kiedy jestem lżejsza.
Jaki z tego wniosek? Nie trzeba być szczupłym, by być szczęśliwym :)

#cQAq1

Moim największym i właściwie jedynym kompleksem jest krzywy zgryz (zęby). Deformuje to kształt mojej twarzy, wygląda nieestetycznie, uśmiech jest brzydki. Bardzo pragnę to zmienić, ale moich rodziców nie stać na leczenie ortodontyczne. Dorabiam sobie po szkole, niestety z tego nie jestem w stanie opłacić nawet łuku aparatu. Planuję iść na studia, ale zamierzam odłożyć je na kolejny rok, ponieważ przez rok chciałabym zarobić na całe leczenie. Obawiam się, że po rocznej przerwie nie będę wstanie pójść na studia, ponieważ to jest jednak długa przerwa.

Myślę o tym codziennie, to mnie powoli wykańcza psychicznie. Odczuwam tego skutki również w życiu społecznym, ponieważ po prostu wstydzę się mojej wady, która jest bardzo widoczna.
Nie wiem co w tej chwili mogę z tym zrobić, boli mnie moja bezradność, a moja samoocena spadła do samego dna.

#96wvp

Jakby ja już nie mogę. Co noc leżę w łóżku z zakrwawioną żyletką w ręce, a na nodze mam pełno blizn. Już nie wytrzymuję psychicznie. Chciałabym uciec, ale nie od życia, a od cierpienia... Cały czas mam myśli samobójcze, ale nie mogłabym tego zrobić, bo nie chcę zranić ani doprowadzić do tego okropnego stanu mojej mamy. Wszystkie testy depresyjne wychodzą pozytywnie. Ja już nie wiem co mam zrobić, bo niełatwo jest uciec od cięcia się...
Dodaj anonimowe wyznanie