Kilka tygodni temu mieliśmy z kumplami męski wieczór. Czterech facetów, dużo alkoholu i sporo zioła. Skończyło się na tym, że graliśmy w grę, w której jedna osoba podaje 3 informacje na swój temat, a reszta musi zgadnąć, która z nich jest prawdziwa.
Kuba, jako jeden z faktów podał, że ma mikropenisa. I właśnie to okazało się tą prawdą. Byliśmy już dobrze zrobieni, więc wspólnie stwierdziliśmy, że musimy to zobaczyć. Kuba się zgodził i naszym oczom ukazał się trzycentymetrowy penis. Zachowaliśmy powagę, choć wszyscy byliśmy w szoku, że można mieć takiego małego małego.
Podpisaliśmy też pakt milczenia i przysięgliśmy na życie naszych matek, że ten sekret zabierzemy ze sobą do grobu (dostaliśmy pozwolenie na anonimowe historie, tzn. pozwolił nam opowiadać o jego mikropenisie, ale bez zdradzania jego tożsamości).
Kilka dni temu jechałem autem z naszym wspólnym znajomym, którego nie było z nami tamtego dnia. Z daleka zobaczyliśmy, że poboczem idzie Kuba, jakiś taki smutny i zamyślony. Kumpel zwolnił, podjechał do Kuby, opuścił szybę i powiedział "nie smuć się, mały penis to nie koniec świata". Nie wiem czemu mu to przyszło do głowy, po prostu głupio zażartował.
Niestety, Kuba nie uwierzył mi, że nie wygadałem jego sekretu, a nasz znajomy ma po prostu poczucie humoru gimnazjalisty. Obraził się na mnie i przestał odzywać. I tak oto straciłem kumpla i wszyscy mają mnie za paplę, który nie umie dotrzymać tajemnicy.
Właśnie jadę pociągiem do Wrocławia obok niesamowicie miłej starszej pani (ok. 60 lat), która z wielkim zainteresowaniem czyta... ANONIMOWE. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dzieli się ze mną co ciekawszym wyznaniem, śmiejąc się przy tym do łez :) Serdecznie pozdrawiam panią Zosię z Katowic :-)
Nasza córka nauczyła się masturbować w wieku 6 miesięcy.
Na początku nie wiedzieliśmy co się dzieje: przez parę minut dziwnie się wyginała, a potem na kilka sekund zastygała w bezruchu wstrzymując oddech. Nagraliśmy jedną z takich akcji telefonem i umówiliśmy się córką do neurologa (prywatnie).
Lekarz obejrzał dziecko, obejrzał filmik i powiedział: "Z państwa córką wszystko jest w porządku. Ona tylko tak rozładowuje emocje." Próbowałem się dopytać o co chodzi, ale facet powtarzał tylko "wszystko w porządku, wszystko w porządku" i wizyta się zakończyła. Na początku nie załapałem o co chodzi i poczułem się przez niego bezczelnie olany.
Dopiero kiedy wróciliśmy do domu i już zacząłem szukać innego neurologa, dotarło do mnie co ten pierwszy miał na myśli. No taaaak... Pogóglaliśmy trochę: masturbacja niemowlęca, nic groźnego, przejdzie samo. Skoro nic groźnego i samo przejdzie, to przestaliśmy się przejmować.
Nie przeszło. Teraz córka ma 4 lata, nadal to robi i nie sposób jej oduczyć. U niej jest to zawsze związane z sennością: robi to najczęściej tuż przed zaśnięciem. Mam wrażenie, że nie potrafi zasnąć, dopóki nie dojdzie :-|.
Przy tym zupełnie się z tym nie krępuje, potrafi powiedzieć "idę grzebać w pupie", położyć się na łóżku i przejść do akcji, wszystko przy nas i rodzeństwie. Próbujemy ją zniechęcać, wymyślamy teksty typu "nie grzeb w pupie, bo ci robaczek wejdzie" albo inne tego typu, ale nie pomaga. Nie mówimy jej, że to złe, tylko że to fuj, nieestetyczne, tak jak np. dłubanie w nosie.
Na uświadamianie jej i wyjaśnianie co właściwie robi i dlaczego powinna przestać jest moim zdaniem zdecydowanie za wcześnie. Cały czas się boję, że odstawi numer i zrobi to gdzieś poza domem, np. w przedszkolu, ale na razie nic takiego się nie zdarzyło.
Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Kiedy mała wyrosła z łóżeczka niemowlęcego ze szczebelkami, przez pewien czas spała z nami w łóżku małżeńskim. W końcu kupiliśmy jej "normalne" łóżeczko dziecięce i staramy się, żeby spała w nim. Zasypia zawsze we własnym łóżeczku, ale i tak często w nocy przychodzi do nas ("bo ja wolę spać z rodziną"). Nasz nocny rozkład jazdy najczęściej wygląda więc tak: O 23-24 kładziemy się z żoną spać. Potem o 1-2 budzi nas córka wypychając się na środek między nas. Kiedy się już umości, przechodzi do "grzebania w pupie", a ja udaję, że śpię, czekając aż dojdzie i zaśnie, wtedy ja też będę mógł wreszcie zasnąć ponownie.
Czuję się z tym nieco dziwnie.
Historia miała miejsce, kiedy aparaty cyfrowe zaczęły być dostępne w sklepach, a do gazet były dołączane poradniki "Jak zacząć korzystać z internetu?".
Pewnego pięknego dnia siedziałem sobie w domu, chory, na zwolnieniu lekarskim. Żona była w pracy. Oglądam sobie telewizję i tak naszła mnie myśl, że dawno nie baraszkowaliśmy z żoną z powodu naszej dwuletniej córeczki. Przez tę myśl naszła mnie taka chętka, że myślałem o tym cały czas. Postanowiłem sobie ulżyć.
Przypomniałem sobie, że w aparacie mam nagie zdjęcia żony (zrobiliśmy sobie raz sesyjkę, jak kupiliśmy aparat). Usiadłem przy komputerze i zgrałem wszystkie zdjęcia z aparatu. Znalazłem odpowiednie zdjęcie, rozpiąłem rozporek... I JAZDA!
Tak się skupiłem, że nie usłyszałem jak ktoś wchodzi do domu.
PANIKA!
Próbuję wyłączyć zdjęcie, albo chociaż przełączyć. Jako że komputer nie był demonem szybkości... zawiesił się. No nic, trudno, powiem, że po prostu przeglądam zdjęcia z aparatu. Szybko chowam swojego zaskrońca w spodniach. W panice go przyciąłem zamkiem... w efekcie musiałem rozpiąć rozporek i jeszcze raz upchać to wszystko.
Za późno. Żona stoi w drzwiach. Szok, niedowierzanie, ja panika.
Chwilę sobie stoimy w ciszy i patrzymy na siebie. Cały czas myślę co powiedzieć.
Nagle żona pyta: "Co ty robisz?!". Mój mózg pracuje cały czas na najwyższych obrotach. Pomyślałem "W sumie to robiłem sobie dobrze przy jej zdjęciach, to chyba nic złego, może zrozumie?", a powiedziałem spokojnie "Masturbuję się.". Gdy obróciłem się i spojrzałem na monitor, komputer się odwiesił, a w przeglądarce było zdjęcie naszej córeczki (w aparacie mieliśmy też zdjęcia córeczki, a wszystko zrzuciłem do jednego folderu).
Pomyślicie, przypał? Z żoną przyszła teściowa, bo dowiedziała się, że jestem chory i postanowiła mnie odwiedzić. Wchodzi do pokoju. Szok, niedowierzanie, ja panika x2. Zacząłem się tłumaczyć, że to nie tak, że w panice przełączyłem zdjęcia...
I by to udowodnić, włączyłem z powrotem zdjęcie mojej nagiej żony, jak zgrabnie wypina swoją gołą pupcię.
Teściowa szok, niedowierzanie, teraz żona burak na twarzy.
Teściowa do dziś jest trochę mniej ufna w stosunku do mnie.
Ostatnio w kościele w mojej parafii ksiądz w kazaniu napomknął o tym, że organista jest dziś zmęczony po weselu, więc nie chce go zbytnio męczyć.
Co na to organista? Zagrał melodię "O mnie się nie martw" :D
Powiem bez ogródek - miesiąc temu zostałam zgwałcona przez kumpla mojego brata.
Nie, nie załamałam się po tym, nie wpadłam w depresję, nie miałam myśli samobójczych. Przyjęłam to na klatę, nikomu nie powiedziałam, nic nie dałam po sobie poznać. Nawet gdy ostatnio mój oprawca pojawił się w moim domu, zachowywałam się jak gdyby nigdy nic. Do czasu, aż do mojego brata przyszli pozostali jego koledzy, a ja ogłosiłam to przy nich.
Jak się to skończyło? Dwa złamane żebra, nos, wybity ząb i połamane dwa palce, lekki wstrząs mózgu oraz dwa tygodnie w szpitalu.
Ani mój brat, ani jego koledzy nie poniosą konsekwencji. X nie wniesie oskarżenia, a ja mam świadomość, że sprawiedliwości stało się zadość.
Historia o tym, jak rozpętałam wojnę domową (rodzinną).
Ostatnio na grillu u babci, na którym była cała rodzinka, brakło tematów do rozmowy, więc grzecznie zadałam jedno pytanie: "Co sądzicie o nowej ustawie aborcyjnej?".
Byłem z żoną na wakacjach na Gran Canarii. Wzięliśmy auto z wypożyczalni i pojechaliśmy zwiedzać.
Dojechaliśmy do mniej turystycznych rejonów, bo chcieliśmy zobaczyć jak żyją mieszkańcy wyspy. I tu następuje scena: godzina sjesty, na ulicy małego miasteczka pusto jak 1 stycznia o 8 rano. Tylko żona i ja. Żona zapragnęła skorzystać z porcelany i oddaliła się celem poszukiwań. Ja rozwaliłem się na ławce niczym renault laguna na autostradzie i spoczywam w pokoju. Cisza, spokój, słońce, luz.
Nagle podniósł się gwar. Idzie mały tłumek, osób koło ośmiu, mówią, wszyscy naraz, po polsku. Że to jakaś wiocha, że ludzi brak, że wszędzie zamknięte, że ulice jednokierunkowe i nie ma jak samochodem wyjechać i w ogóle do dupy. Jak na plażę się dostać? Nagle zostałem dostrzeżony, jako jedyna osoba na placu. Na mój widok mózg operacji wskazał mnie palcem i głośno rzekł:
- Spytajcie tego chuja!
- Ale po jakiemu? - odparła niewiasta. - Kto zna angielski? Może coś zrozumie.
No i oni do mnie ponglishem, jak stąd wyjechać na plażę. Ja im englishem z udawanym akcentem espaniol, który pewnie i tak brzmiał bardziej na wuj wie co, odpowiadam, że tu, tu, tu i tam. Oni zadowoleni jak 17-latek po pierwszej kopulacji stwierdzili, że taki wsiór z zapadłej nory, a po angielsku coś wydukał, po czym z uśmiechem wyglądającym na dziękuję usłyszałem "Spierdalaj".
I wtedy wchodzi moja żona. I mówi:
- Kochanie, znalazłam czynną kawiarnię, chodźmy se usiąść.
Wtedy właśnie ośmioro ludzi zmieniło się w karpie... :-)
Pewnego razu poznałam przez Internet chłopaka. Rozmawiało mi się z nim wyśmienicie. Jednak do końca nie wiedziałam jak wygląda, gdyż w jego galerii znajdowały się może z trzy zdjęcia, w tym dwa grupowe na których został oznaczony i jedno z zamierzchłych czasów, może nawet podstawówki.
Po kilku dniach postanowiliśmy się spotkać.Umówiłam się z nim w dość trudnym do opisania miejscu- obok świateł przy głównym skrzyżowaniu mojego miasta. Co było wiadome-pierwsze spotkanie, chciałam wyglądać jak najlepiej, a co za tym idzie wychodziłam z domu już 10 minut spóźniona. Gdy wreszcie dotarłam na miejsce zauważyłam osobę w długich, ciemnych włosach, koszuli w kratę że słuchawkami na uszach siedzącą na schodach(przez moje spóźnienie).
Gdy ten "ktoś" odwrócił głowę i mnie zauważył zdałam sobie sprawę, że to osobą z którą byłam umówiona. Byłam w strasznym szoku, gdyż wyobrażałam sobie kogoś zupełnie innego. Na chwilę przestałam trzeźwo myśleć i pierwsze słowa które do niego wypowiedziałam brzmiały "Wyglądasz jak menel". Chłopak, nieco zbity z tropu, chwilę rozważał to co powiedziałam i zaczął się śmiać.
I pewnie się ucieszycie, gdyż zakończenie mojej historii brzmi standardowo - dziś jesteśmy razem już 2,5 roku. Mój chłopak jest bardzo przystojnym mężczyzną, z ogromnym dystansem do siebie. Jego głowę zdobią już nie długie włosy, a 37 dredów. Do dziś wypomina mi, że nazwałam go menelem, a mi jest strasznie głupio.
Zainstalowałem mojemu ojcu Linuxa i powiedziałem mu, że to Windows 11. Łyknął to i jakoś daje radę. Przeglądarka Chrome wygląda tak samo. Menadżer plików jest na tyle podobny, że w praktyce nie ma różnicy. Najgorzej jest z nową wersją Worda, czyli LibreOffice, ale wierzę, że sobie poradzi. Zainstalowałem mu też kilka gierek logicznych typu saper i pasjans, więc jest zadowolony.
Miałem już dość usuwania syfu, który sobie ściągał wchodząc na strony "z paniami". Była to najczęstsza przyczyna, dla której musiałem "naprawiać" mu komputer.
Mój ojciec ma 70 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie