We wsi, w której mieszkają rodzice mojego narzeczonego, mieszka również pan Zenio.
Pan Zenio nie pracuje i lubi napić się piwka (i nie tylko), ale nie zalewa się w trupa. Pan Zenio jest też bezrobotny.
Pewnie wielu pomyśli że to typowy pijaczek, ale tak nie jest. Pan Zenio opiekuje się upośledzonym umysłowo bratem, Jacusiem, który ma wprawdzie ok. 45 lat, ale umysłowo jest jak sześciolatek.
Utrzymują się z pieniędzy, które pan Zenio otrzymuje na brata. I trzeba przyznać, że pan Zenio jako nieliczny spośród ludzi w podobnej sytuacji, wydaje pieniądze na to na co powinien - na rachunki, jedzenie, leki dla brata. Jacusiowi nic nie brakuje - zawsze ma czyste, ładne ubranie, jest czysty i najedzony, zawsze wyszykowany na warsztaty - w tygodniu bus zabiera go do sąsiedniej wsi na zajęcia dla osób takich jak on.
Niestety, gdyby pan Zenio poszedł do pracy straciłby zasiłek na brata, dlatego kiedy Jacuś jest na zajęciach dorabia sobie na czarno - a to pomoże węgiel wrzucić, a to drzewa narąbie, w ogródku posprząta, coś tam naprawi, a teraz łowi, patroszy i sprzedaje karpie (to że niekoniecznie ma pozwolenie na łowienie ryb to już inna para sandałów jak mawia mój przyszły teść).
Niby taka sobie historia, ale niedawno coś się wydarzyło. Jedna z sąsiadek (okropne babsko, najgorszy rodzaj mohera) doniosła opiece społecznej, że w domu 'ciągle' panuje nieporządek - pan Zenio naprawił babie pralkę a ona w zamian za to zaniosła mu jajek. Owszem, może wtedy w domu był bałagan, ale mnóstwo osób może też zaświadczyć że najczęściej wszystko jest posprzątane.
Teraz panu Zeniowi grozi, że brat trafi do domu opieki. To byłaby dla obu katastrofa - pan Zenio naprawdę troszczy się o Jacusia i nikomu nie pozwala się z niego nabijać (dzieciaki bywają okropne, a Jacuś nie do końca rozumie, że jest trochę inny). Jacuś traktuje brata jak superbohatera. Brat, Dona (ich suczka) są dla niego całym światem.
Większość sąsiadów chce im pomóc, by Jacusia nie zabrano z domu.
Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Miałam kiedyś przyjaciółkę. Przynajmniej ja tak uważałam, do czasu kiedy sama mi powiedziała, że nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami, a od tego czasu to wszytko się posypało, nawet to nasze koleżankowanie się.
Od pewnego czasu mam chęć napisania do niej zwykłego "hej", ale czuję, że zacznę ją męczyć i się narzucać na pisanie. Tak naprawdę brakuje mi jej i wspólnego pisania, w którym mogłam być w pełni sobą.
Kiedy to napisałam, mimo tego, że to tylko kilka zdań, to czuję się trochę lepiej, mimo że i tak tęsknię.
Jestem uczennicą liceum, a mój starszy o 4 lata chłopak studentem informatyki. Zwykle gdy on coś zaprogramuje, to z uwagą słucham jak wyjaśnia mi wszystkie te zawiłości (dlaczego tu kropka, a dlaczego tam nawias), ale nie do końca rozumiem o co chodzi. Ogólnie jeśli chodzi o technikę, to nie radzę sobie najlepiej, co czasem jest elementem naszego wspólnych żartów.
Jakiś czas temu znalazłam w internecie grę do nauki programowania (od podstaw do zaawansowanych problemów). Wysłałam ją lubemu jako ciekawostkę. Następnego dnia widzę go uśmiechniętego pod moimi drzwiami, z laptopem w ręku. "No przecież chciałaś się nauczyć!" Może nie do końca o to mi chodziło, ale nie miałam serca mu o tym mówić. (Zresztą, mogło być nawet ciekawie - może zrozumiałabym dlaczego go tak to pasjonuje?)
Przejście wszystkich poziomów zajęło mi 9 godzin. Mojemu chłopakowi 11.
Cóż, przestał wspominać już o wspólnej nauce programowania.
P.S. Dwa dni temu zaczęłam przygotowywać prezent gwiazdkowy dla niego - mój pierwszy program.
Przez 5 lat chciałam zmienić płeć, ale dałam sobie czas, by mieć co do tego pewność i okazało się, że zaakceptowałam siebie taką, jaką jestem. Bardzo się z tego cieszę, bo wymagało to wiele pracy, by czuć się dobrze ze swoim ciałem i życiem. Ale jak wyznałam to na forum LGBT, to zostałam zaatakowana i praktycznie nazwana zdrajczynią, bo wiele osób nie rozumie, że istnieje coś takiego jak zmiana zdania, oraz zarzucano mi, że musiałam kłamać o mojej poprzedniej identyfikacji płciowej. Z innej strony też zarzucano mi negatywny wpływ na pozostałe osoby transpłciowe i negowanie tożsamości płciowej. Wszystko o czym mówiłam to tylko mój przypadek i że poprzednia tożsamość płciowa wynikała z braku samoakceptacji oraz wsparcia. Ludzie z tamtego forum bardzo mnie zrazili do utożsamiania się z LGBT.
Późne lata 80. (a może już nawet początek lat 90.) Mieliśmy wtedy po jedenaście - dwanaście lat. Szczytem luksusu był He-man z Pewexu, czy guma balonowa Donald. A jak ktoś już posiadał w domu odtwarzacz kaset video to przez resztę dzieciaków uważany był za wcielenie boga.
Tak się złożyło, że do naszej klasy chodził Pawełek. Miał on bardzo bogatych rodziców. Tata raz na kwartał jeździł bowiem do Niemiec na roboty i wracał do domu z toną hajsu. Przywoził też różne gadżety. Kamera, walkmany, jakaś 8-bitowa konsola, no i właśnie odtwarzacz video (plus setki kaset).
Kiedy mieliśmy okienka, albo urywaliśmy się z lekcji, to cała nasza paczka gnała właśnie do Pawełka. Rodziców nie było w domu do 16, więc mieliśmy okazję obejrzeć chyba wszystkie filmy (oczywiście z germańskim dubbingiem).
Pewnego dnia Pawełek znalazł kilka nieznanych nam kaset, co to były ukryte w jakiejś szafie. Cóż - przystąpiliśmy więc do "degustacji". Nawet nie wiecie z jaką radością odkryliśmy, że na tych nośnikach nagrane są pierwszorzędne, niemieckie pornole!
I tak co kilka dni wpadaliśmy sobie do Pawełka i oglądaliśmy po kolei wszystkie świńskie filmiki.
...aż dotarliśmy do TEJ kasety. Nie była podpisana. Pamiętam tylko, że ktoś czerwonym flamastrem narysował na etykietce serduszko. Siedzieliśmy więc w salonie w kilkunastu, a Pawełek zamontował kasetę w odtwarzaczu. Po kilku chwilach wszyscy już wiedzieliśmy, że trafiliśmy na bardzo zły film. Było to bowiem prywatne nagranie rodziców Pawełka. Jego tata najwyraźniej zechciał przetestować kamerę przywiezioną z Niemiec. W każdym razie na nagraniu ojciec Pawełka dogadzał jego mamie za pomocą... konewki.
Pawełek bardzo się zestresował i zamiast normalnie, po bożemu, zakończyć emisję filmu, szybkim ruchem wyszarpał wtyczkę z gniazdka. Efekt był wprawdzie natychmiastowy, ale po ponownym włączeniu odtwarzacza do prądu, okazało się, że sprzęt chyba się zepsuł, bo za Chiny nie chciał się uruchomić. I niby problemu by większego nie było, gdyby nie to, że w środku wciąż tkwiła feralna kaseta...
Nośnika nie dało się wyjąć z odtwarzacza. Zresztą i tak większość z nas spanikowała i uciekła. Pawełek zresztą też. Jak potem wrócił do domu to zastał tatę dłubiącego w urządzeniu za pomocą śrubokręta i mamę podlewającą kwiatki... konewką. Podobno spojrzała wówczas na niego z dziwnym połączeniem zażenowania i zgrozy w oczach. Jego rodzice nigdy nie poruszyli tematu nagrania. My zresztą również. To było zbyt krępujące chyba dla wszystkich.
Mam 25 lat i jestem prawiczkiem. Nie mam pretensji, że dla was będzie to śmieszne i żałosne. Tym bardziej, że cieszyłem się i cieszę powodzeniem. Więc w czym problem? Cóż, w gimnazjum jeszcze nie przeżywałem burzy hormonów. W liceum nabawiłem się koszmarnej depresji przez wiele rzeczy, o których nie będę wspominać.
Na studiach było na moim kierunku stosunkowo mało dziewczyn, a nie chciałem być z nikim na siłę, jak i na siłę mieć tego pierwszego razu. Tym bardziej, że przez 3 lata studiów też pracowałem, więc nie było zbyt wiele czasu.
Dlatego rozważam pójście do prostytutki i ponieważ z tego co czytam i co mnie dołuje młodzież rozpoczyna współżycie coraz wcześniej i wszyscy mają od groma partnerów, zamierzam do prostytutek chodzić regularnie zanim kogoś poznam, ba, jedna nawet prostytutka powiedziała przez telefon, że żaden problem, że jestem prawiczkiem, że wszystkiego "nauczy".
I nie wyskakujcie, że pierwszy raz nie może być w agencji, że do tego trzeba uczuć, miłości. W moim wieku na taki pierwszy raz jest po prostu za późno, a wielu moich znajomych tak rozwiązało ten problem. Poza tym wiem, że skoro pierwszy raz jest najważniejszy, każda dziewczyna, kobieta zawsze będzie wspominać ten dzień, a każdy kolejny partner jest już z mniejszymi emocjami. Nie mam już 16 lat i nigdy mieć nie będę, a jeśli mam w przyszłości z kimś być, to też przynajmniej chcę pewien etap intymny mieć za sobą. A tak nigdy nie będę mieć żalu do kobiety o jej intymną przeszłość, jak powiedzmy sam z 10 razy pójdę do agencji.
Słowem wstępu: mam 16 lat i chodzę do pierwszej klasy liceum. Zawsze chciałem uczyć się hiszpańskiego i w tym roku wreszcie zapisałem się na kurs, na który chodzę dwa razy w tygodniu.
Na kurs ten uczęszcza też pewna dziewczyna. Trochę starsza ode mnie, może chodzi do klasy maturalnej, a może nawet jest już na pierwszym roku studiów. Jest prześliczna, niebywale dziewczęca, a przy tym bardzo miła i pomocna. Od pierwszych zajęć nie mogłem powstrzymać się przed zerkaniem w jej stronę. Byłem zachwycony, gdy lektorka przydzielała nas razem do mojej grupy lub kazała nam ćwiczyć dialogi w parze. Po każdej lekcji mówiłem sobie, że następnym razem zbiorę się na odwagę i zaproszę ją do kina lub na kawę. Liczyłem na to, że te parę lat różnicy między nami nie będzie miało aż takiego znaczenia, skoro dogadujemy się całkiem nieźle, a i uważam, że jestem trochę dojrzalszy od chłopaków w moim wieku.
Na wczorajszych zajęciach mieliśmy opowiadać o swojej rodzinie i tak oto dowiedziałem się, że obiekt mych westchnień jest trzydziestoletnią mężatką. :/
Wstydzę się czasem swoich myśli i odczuć. Jestem wykształcona, grzeczna, uprzejma, z dobrą i ,"czystą" pracą. Tylko Wam mogę przyznać się do swoich wewnętrznych przemyśleń.
Ostatnio do mojej szkoły tańca zaczął przychodzić upośledzony umysłowo i niepełnosprawny fizycznie facet. Jest potężny i gruby. Wszystkie kobiety, chcąc nie chcąc, muszą z nim tańczyć (taka jest formuła kursu, każdy facet tańczy z każdą partnerką, po kolei). On mocno wykręca ręce, szarpie, popycha. Boję się go. Nie potrafi się skoordynować, więc wpada na pozostałych, wywraca siebie i innych. Zawsze powstrzymuję go przed ryzykownymi manewrami, bo zbyt się boję, żeby pozwolić się np. podnieść czy pochylić. Ale on nie pyta o zdanie! Po prostu nagle rzuca tobą o parkiet! Wszyscy zachwycają się: "och, taniec, wspaniale, to dla niego dobra rehabilitacja." Taa. Dla niego rehabilitacja, a dla mnie rozwalanie zajęć, na które przychodzę się relaksować, a w efekcie mogę zostać poturbowana.
Anonimowi, boję się ludzi upośledzonych umysłowo. Przerażają mnie i najczęściej budzą wstręt. Zawsze staram się pomóc, uśmiechać się, współczuć, no hipokryzja na 100%. Skręca mnie jednak, gdy w towarzystwie wszyscy rozmawiają, jacy niepełnosprawni są wspaniali, otwarci, serdeczni. Mi się wydaje, że są tacy sami jak reszta populacji. Również wredni i złośliwi. Ale przecież nie wypada wyrażać swojego zdania, jeśli nie brzmi ono w stylu "tylko niepełnosprawne dzieci wiedzą, co to przyjaźń". Albo, kiedy zdrowy chłopak żeni się z niepełnosprawną dziewczyną, wszyscy mówią: "i to jest prawdziwa miłość!". Tak jakby wszyscy pozostali nie wiedzieli, czym jest miłość, bo ich partner nie odbiega w niczym od normy.
Tak więc jestem prawdziwą, wredną suką, która uważa, że niepełnosprawnych obowiązują normy społeczne tak samo, jak wszystkich. I nie uważam, że ktoś stwarzający zagrożenie dla innych może się "rehabilitować" moim kosztem na zajęciach z tańca.
Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam. Wszyscy zasługują na szacunek, ale wszyscy również powinni przestrzegać zasad współżycia społecznego.
Jestem sobie panią kasjerką z 6-letnim doświadczeniem w branży chemiczno - kosmetyczno - przemysłowej. W ostatnich latach pracy spotkałam na swojej drodze wiele straszliwych klientów.
Typ I - Nieufny.
Podchodzi do mnie pani i pyta:
- Przepraszam bardzo, będzie taka bibuła, tylko żółta?
- Oj, przykro mi, niestety nie, ale dostawa będzie jutro.
Po czym, za około minutę słyszę jak ww. pani pyta inną ekspedientkę o to samo (jakby bibule pomarańczowej i białej zebrało się na amory i wyprodukowałyby czasem żółtą w międzyczasie) otrzymując tę samą odpowiedź przeczącą. I na koniec pyta jeszcze kasjerkę, która obsługuje kasę - drogi kliencie, w moim interesie jest sprzedać ci towar, a nie schować go przed tobą.
Typ II - Kolekcjonerzy Punktòw.
Był w sklepie taki program jak Karta Stałego Klienta, kartę trzeba było podać kasjerce przed pieniędzmi, ewentualnie przed skasowaniem paragonu. Sytuacja taka: pieniądze podane, reszta wydana.
- Oj, jeszcze karta...
- Przykro mi, ale punkty już przepadły, jest przed kasą kartka przypominająca o karcie.
- O rany, jaka pani jest niekompetentna, kto panią zatrudnił, siedzi pani tutaj na tym krześle i nic nie robi.
Otóż nie, mój drogi kliencie, może i siedzę, ale skupiam się na tym, by dobrze ci wydać resztę i nie mieć manka w kasie, te punkty to twój własny interes, to se go pilnuj.
Typ III - Mamuśki
Bierzesz bąka na zakupy, to sobie go pilnuj. Nie wiem, przypnij smycz, zapakuj do wózka czy do tego śmiesznego plecaka na dziecko.
Tysiąc pięćset razy naszłam na regał, gdy jakiś mały smrodek robił "porządki" w cenówkach na półce bądź przekładał towar po swojemu.
Droga mamuśko, ktoś idzie, sumiennie układa towar na swym dziale, rozkłada nowe metki, a twoje dziecko to wszystko psuje i nierzadko ktoś traci premię przez "źle wykonaną pracę", a to tymczasem twoja wina.
I kończąc swoje wyznanie, ze względu na limit znaków przedstawię Wam pana idiotę... Totalnego idiotę.
Wigilia - godzina 14.. Przychodzi pan do kasy, elegancki, czyściutki, w wieku około 40 lat.
- Dzień dobry, do której dzisiaj czynne?
- Do 14.30, proszę pana.
- A dlaczego tak krótko?
- A, proszę pana, co pan będzie robił o godzinie powiedzmy 18? - Pan nie odpowiada, tylko patrzy na mnie. - No właśnie, jadł wigilię i przebywał z rodziną, i my również chcemy tak spędzić czas i mieć święta.
- Przecież pani jest młoda, pani nie ma ani dzieci ani męża, takie jak pani mogą tu posiedzieć dłużej.
Szczęka mi opadła pod same stopy.
Niejednokrotnie od starszej osoby dowiedziałam się, że ona potrafi lepiej liczyć ode mnie, teksty typu "to młode, to nawet nie wie co i gdzie układa".
Praca w sklepie, a dokładnie praca między ludźmi to ciężki kawał chleba. A przyznać to może ten, który zasmakował pracy w sklepiku :)
Napiszę coś, co mnie wkurza, może to też otworzy oczy wielu ludziom.
Wiele razy czytam o tym, jak ktoś "zmarnował najlepsze lata swojego życia, bo..." - tu jest pełno powodów, od ciągłej nauki, po alkohol. Po czym następuje zdanie "mam teraz 25-30 lat i zniszczone życie/bez perspektyw" - no i mnie tu trafia, bo po trzydziestce to już co? Pora umierać? A najlepiej pisać testament i spać w trumnie, aby lepiej było wynieść zwłoki?
1. Po trzydziestce można zacząć żyć "od nowa" i jest to trudniejsze niż jak się ma 20 lat, ale to nie jest jakieś straszne. To że ktoś nie znalazł np. miłości w wieku 20+ lat, to nie oznacza, że mając 30+ lat nie spotka już nigdy miłości. Owszem, jest trudniej zaczynać od zera mając 30 lat, ale da się.
2. Dlaczego ludzie uważają lata młodzieńcze do około 25 roku życia za te "najlepsze"? Och, jesteśmy wtedy młodzi, piękni, pełni zapału czy "życie jest prostsze"... Pitu-pitu. Dlaczego ja tak nie uważam? Masz obowiązek nauki do 18. roku życia, więc za bardzo nie masz wpływu na siebie, bo jesteś też pod opieką rodziców.
Cześć ludzi mając 18-19 lat zaczyna pracę, część idzie na studia, ale jednak jest się częściowo jeszcze zależnym od rodziców (w większości przypadków). W końcu w wieku albo 20+, albo 25+ masz stałe dochody i wypada kupić dom/mieszkanie/ iść na swoje, a w międzyczasie znaleźć miłość swojego życia i zakładać rodzinę (bo jak nie, to presja otoczenia - czemu jeszcze nie masz...?). Dodatkowo wydatki: dom, dziecko, wesele... lata 25-30 to chyba czas, kiedy najbardziej trzeba się narobić, bo masz najwięcej wydatków, a i jeszcze dziecko w wieku, w którym nie rozumie, że wpychanie metalowych rzeczy do gniazdek to nie jest najlepsza zabawa, poza tym potrafi zrobić sobie krzywdę idąc po prostej drodze, więc nie dość, że urabiasz się po pachy, aby stać cię było na opłacenie wszystkiego, to jeszcze siwiejesz, bo musisz pilnować małe dziecko, które zna 10x więcej sposobów na to, aby zrobić sobie krzywdę niż Ty byłbyś w stanie wymyślić.
W końcu masz 30-35+ lat i jesteś w wieku, gdzie jeżeli masz dziecko, to już raczej potrafi się samo bawić (a jeszcze nie jest zbuntowanym nastolatkiem), jeżeli masz dom, to masz już meble/sprzęt rtv i agd/ dekoracje. I masz stałą pracę, o którą raczej nie musisz się martwić. Więc kiedy nasz "najlepsze lata"? Przed trzydziestką, kiedy nic nie jest ułożone, presja społeczna naciska, aby sobie ułożyć życie, a Ty zazwyczaj jesteś w proszku i masz za dużo na głowie?
Czy jak już masz większość ogarniętą, nie musisz się martwić o tak dużo rzeczy i masz 30-35+ lat?
To nie jest tak, że po trzydziestce ktoś macha magiczną różdżką i nie ma zmartwień, ale wydaje mi się, że osoba mająca 25 lat cały czas słyszy pytania typu: a kiedy będziesz mieć porządną pracę? A kiedy założysz rodzinę? A kiedy kupisz dom?
Życie zaczyna się po 35 ;)
Dodaj anonimowe wyznanie