#30Ub0
Mogę sobie tylko wyobrazić, co przeżyła patrząc jak mama umiera. Na pogrzebie byłam z rodzicami, tata B po śmierci żony zupełnie się załamał, na silnych lekach uspokajających, w ogóle nie był w stanie się pojawić. Potem wakacje i na dwa miesiące wróciłam do domu. Cały czas spędzałyśmy z B, moja mama codziennie gotowała dodatkowe dwa obiady i pakowała w słoiki by B zaniosła jedzenie ojcu. B wtedy już pracowała i zajmowała się domem, bo jej tata wciąż był pogrążony w żalu. Pewnego dnia było lepiej, tata B wstał rano, zrobił śniadanie nim B wyszła do pracy i dał jej pieniądze na kino.
Namawiał żeby nocowała u nas. B wróciła do domu następnego dnia po pracy by odkryć, że jej ojciec strzelił sobie w głowę. To wstrząsnęło B (bo jakby miało nie). Musiał to planować, skoro zadbał, żeby nie było jej w domu, szkoda, że nie zadbał by ktoś inny go znalazł. Jak dla mnie mógł zabić się w miejscu publicznym, a nie narażać córkę. Po tym B bardzo się zmieniła. Zajęła się nią ciotka, która sprowadziła się z jakiejś wsi. "Zajęła się" na papierze, tak naprawdę mieszkała w domu B i jako prawny opiekun dysponowała jej finansami (dzięki rodzicom tych B miała sporo, choć wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy, ile tak naprawdę). Ja skończyłam szkołę i wróciłam do domu, spotkałam chłopaka i szybko wyszłam za mąż. B była często u mnie i u moich rodziców.
Gdy byłam w zagrożonej ciąży, a mama spadła z krzesła wieszając firanki i złamała biodro, to B się nią zajęła, bo tata zmarł kilka miesięcy wcześniej. Studiowała zaocznie, spod ziemi zdobywała witaminy dla ciężarnych, załatwiła poród w dobrym szpitalu... zajęła się wszystkim. Do siebie nie dopuszczała nikogo. Rozmawiała z nami o nas, o sobie nie. Zmieniała temat. Jednocześnie widać było, że w jakiś sposób nas potrzebuje. Na dystans, na swoich warunkach. Raz powiedziała że "nie ma nic do dania" i od nas tylko bierze: energię, uczucia, życie w ogóle.
Mój mąż wdał się w wódkę, hazard. Straciliśmy wszystko razem z domem mamy. B chciała pomóc, ale nie mogłam wziąć od niej pieniędzy. W trakcie rozwodu, dwoje dzieci. Skraj bankructwa. I cud, mama wygrała w lotto. Spora suma, stanęliśmy na nogi. Miesiąc temu B się zabiła. Zapisała mi wszystko. Żadnej wygranej nie było, to też ona. Była najcudowniejszą osobą na świecie, której nie umiałam pomóc. Nieważne, że nie chciała, mogłam więcej. Nie wiem, jak z tym żyć.
Tęsknię za tobą, B.
Autorko, mam wrażenie, że śmierć mamy B. zapoczątkowało pewne koło. Najpierw jej ojciec, potem ona... też pewnie nie wiedzieli, jak z tym żyć i zrobili wszystko, co w ich mocy (według nich) mogło pomóc tym najbliższym, którzy zostali. Nie mogłaś już pomóc B. Ale ty nie bój się poprosić o pomoc, o wsparcie, bo widać, że potrzebujesz.
*zapoczątkowała
Wzruszająca historia, ale przykro mi - nie na tą stronę. Nie pomogłabyś jej, choćbyś bardzo chciała.
Jakoś mi się nie chce wierzyć w tę historię.
@Ekoniks ci co poznali biurokację wiedzą, że bez mocnego upominiania się o spadek po zmarłym nic nie dostaną...więc też nie wierzę w to wyznanie.
To mało wiecie.
O spadek w ogóle nie trzeba się upominać, dostaje się pismo z sądu czy urzędu (sorki, teraz nie pamiętam dokładnie) w którym jest się informowanym o tym, że jest się spadkobiercą. Np ja takie dostałam po śmierci dziadka (nie miałam z nim super kontaktów, bo tato miał mu za złe rozwód z babcią, więc nawet nie liczyłam, że cokolwiek dostanę).
Czy to urząd czy sąd dodam jak będę w domu i zobaczę w papierach.
Mysle ze jesli ktos nie chce pomocy, to nie da sie mu pomoc. Niestety ale bazuje to na doswiadczeniu
Przykro mi
> Mama wygrała w lotto
> Żadnej wygranej nie było
CO?
To w końcu mama wygrała w Lotto czy nie?
"Żadnej wygranej nie było".