Jestem złym człowiekiem.
Jeszcze kilka lat temu miałam przyjaciół. Takich najlepszych, za których wskoczyłabym w ogień i odwrotnie. Przynajmniej tak myślałam. Mieliśmy za sobą spory kawał czasu pełnego dzielenia sekretów, rozmów na najróżniejsze tematy, pomagania sobie nawzajem, wspólnych wyjść... Pierwszy raz byłam częścią tak zgranej grupy.
Wszyscy po studiach, na swoim, pracujący w różnych miejscach.
Nie chcę w tym momencie wdawać się w szczegóły. Powiem tylko tyle - dwoje członków naszej grupki zrobiło coś, co zniszczyło mi życie i złamało serce. Nigdy nie zostałam tak skrzywdzona, choć wcześniej moje życie nie należało do idyllicznych. Nie umiałam się pozbierać, a na domiar złego tamtych dwoje odseparowało mnie od reszty grupy i nim się zorientowałam, nie byłam już jej częścią - byłam ja i "oni". Tak po prostu. To zupełnie mnie zdruzgotało, a cała reszta - sytuacja w pracy, w rodzinie - również waliła się w gruzy.
Minęło parę lat. Kontaktu z nimi już nie miałam, czasem tylko mi mignęli gdzieś na portalach społecznościowych. Przeprowadziłam się, znalazłam nową pracę. I nie potrafiłam już być szczęśliwa, nie tak naprawdę. Ale co w tym anonimowego, pewnie zapytacie. Otóż tak się złożyło, że tamtych dwoje pobrało się i doczekało dziecka. Niedawno zaś dowiedzieli się, że jest chore - bardzo. Prawdopodobnie nie przeżyje, a nawet jeśli, to niezbyt długo i będzie musiało być pod stałą intensywna opieką.
To, o czym nigdy nikomu nie powiem, to fakt, że się cieszę. Samemu dziecku współczuję bardzo - jak każdemu maluchowi, który miał pecha wylosować na loterii zdrowotnej taką paskudną usterkę. Ale ogarnia mnie dzika, mściwa satysfakcja na myśl o bólu jego rodziców, o strachu i niepewności, z jakim się zmagają. Uśmiecham się na myśl, jak będą cierpieć jeśli dziecko umrze i jestem niedorzecznie radosna wyobrażając sobie, że jeśli trafi pod opiekę hospicjum - oni każdego dnia będą umierać z nim kawałek po kawałeczku. Tak jak we mnie coś umierało, gdy przez lata starałam się ocknąć z cierpienia, jakie przez nich stało się moim udziałem. Wiem, że to podłe, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że los po prostu wyrównuje rachunki.
Jaki jest najlepszy sposób, aby zaimponować potencjalnemu teściowi?
Złamać mu palce w trakcie tradycyjnego poznawczego uścisku dłoni między ojcem a chłopakiem jego córki.
Najlepsze jest to, że wcale nie jest zły i stwierdził, że taki silny chłop na pewno da radę obronić jego córkę.
Zacznijmy od tego, że w Grecji, po skorzystaniu z toalety, papier wrzuca się do kubła, a nie do muszli klozetowej, ponieważ rury są tam bardzo wąskie i papier mógłby je zatkać. Dlatego jako mała dziewczynka, po powrocie z Grecji, już z przyzwyczajenia wyrzucałam papier do kosza. Nie tylko u siebie w domu, ale również u dziadków czy wujostwa. W końcu każdy ma kosz na śmieci w łazience. Wydawało mi się po prostu, że jeśli będę wrzucać papier do muszli w Polsce, to on może dopłynąć do Grecji i zatkać komuś rury.
Ogólnie byłam bardzo dumna ze swojej przezorności, aż pewnego dnia, przy którejś wizycie z kolei, podeszła do mnie babcia i zapytała, dlaczego wrzucam obsrany papier do jej kosza na pranie. Okazało się, że jednak nie każdy ma kosz na śmieci w łazience, a przeze mnie babcia musiała spierać z ubrań też kupę :/
Miłość jest ślepa, powiadają...
Wyszłam za mojego faceta, mimo że cała rodzina i większość znajomych szczerze odradzali mi układanie sobie z nim życia. Podczas wesela mój wybranek bardzo się upił i spowodował awanturę zwieńczoną bojką z jednym z wujków. Musiała interweniować policja. Pan młody wylądował w areszcie.
Dziś dowiedziałam się, że najprawdopodobniej zobaczę mojego męża za jakieś trzy lata, bo miał on na swoim koncie parę wcześniejszych zatargów z prawem, o których ja nie miałam pojęcia… Jednym z jego przewinień było niepłacenie alimentów byłej żonie, wychowującej dwójkę jego dzieci. O tym, że był on wcześniej w takim związku, też nie wiedziałam...
Początek października to, jak wiadomo, początek studiów. Jako studentka pierwszego roku przeprowadziłam się z małej miejscowości do Warszawy.
W dniu rozpoczęcia wykładów wstałam dosyć wcześnie i już godzinę przed czasem siedziałam w tramwaju. 7 rano, masa ludzi, tłok, ścisk... W pewnym momencie do tramwaju wsiadła 50-paroletnia kobieta. Prawie by nie zdążyła, ale wcisnęłam szybko przycisk STOP i udało się. To chyba nie był jej dzień, bo gdy kierowca zahamował na kolejnym przystanku, wypadły jej z torby jakieś kartki, rozsypując się po podłodze. Pomogłam jej pozbierać stertę papierów, a ona z uśmiechem powiedziała: "Serdecznie pani dziękuję, ratuje pani ten mój fatalny poranek". Za chwilę wysiadła. Ja pojechałam przystanek dalej, żeby kupić jeszcze coś do jedzenia.
Jakie było moje zdziwienie, gdy godzinę później okazało się, że owa pani ma ze mną na studiach ćwiczenia :) Tak, poznała mnie :)
Nigdy nie wstydziłem się mówić mojej mamie, że ją kocham.
Koledzy śmiali się ze mnie, nazywali "cycusiem mamusi", gdy przy wszystkich rzucałem jej się w objęcia. "Kocham cię, mamo" - powtarzam te słowa codziennie.
Powtarzam je nawet teraz, gdy po wylewie leży w śpiączce i nie wiadomo, czy się obudzi.
Kocham cię mamo... może mnie usłyszysz.
Jestem mamą 13-letniego Kuby. Dzisiaj mój syn podszedł do mnie i zapytał, czy pamiętam jakąś zabawną historię z jego dzieciństwa i czy zrobił coś głupiego będąc małym. Kiedy się zapytałam, co go tak naszło na wspomnienia odpowiedział, że chciałby coś wrzucić na anonimowe, ale nic nie jest wystarczająco śmieszne.
Do nauki, Kubusiu, a nie na internecie ciągle siedzisz!
PS Kiedy miałeś dwa latka, będąc w supermarkecie podszedłeś do kąta, ściągnąłeś spodnie wraz z majtkami i postanowiłeś się wysiusiać :)
A spuściłam cię z oczu tylko na minutkę :)
Niedawno zmarł mój tato i tak sobie przypominam zabawne lub ciekawe sytuacje, jakie się nam zdarzyły.
Bodajże by w drugiej klasie podstawówki moja nauczycielka języka polskiego kazała nam przeczytać baśń o tytule "Stokrotka". Jakoś mi się nie zarejestrowało, że ma być to baśń. Mój tato pracował zaraz obok dużej biblioteki, którą często razem odwiedzaliśmy. Zadzwoniłam do niego i poprosiłam, żeby mi wypożyczył tę książkę, bo pani kazała przeczytać ją w ciągu trzech dni.
Tato przyszedł do domu z trochę zabawną miną i dopytał, czy na pewno to miała być "Stokrotka", a nie jakiś inny kwiatek. Kiedy potwierdziłam, dał mi dość grubą jak dla 8-letniego dziecka książkę. Przeczytałam ją całą. Był to pamiętnik narkomanki. Dość brutalny, pełen przekleństw, dragów i innej dorosłej treści.
No cóż, mina nauczycielki była dość nietęga, jak zobaczyła co przeczytałam. Ja z kolei miałam przyspieszony kurs o treściach mocno 18+.
Potem tata już zawsze sprawdzał, czy na pewno mogę daną książkę przeczytać.
Byłam wtedy w szkole średniej. Idąc do szkoły mijałam po drodze samochód jakiegoś chłopaka, chyba też ucznia tej szkoły, tyle że starszego. W środku auta dwóch chłopaków, obok też kilku i głośna muzyka dobiegająca z samochodu. Jeden z chłopaków zawołał: "Hej, mała, chcesz loda?". Wszyscy palanci zaczęli się śmiać. Bardzo mnie skrępowała tą sytuacją, ponieważ byłam nieśmiałą osobą. Przyspieszyłam kroku i nie zareagowałam. Szybko wbiegłam do szkoły.
W domu po lekcjach żaliłam się, co mnie spotkało. Na to moja mama nieświadoma sytuacji:
- Zobacz, jaki fajny chłopak cię podrywał. Trzeba było się umówić na te lody.
Dzieci powinny chyba częściej uświadamiać swoich rodziców.
Szukałam pracy. Kupiłam lokalną gazetkę, przeglądam, trafiam na ogłoszenie:
Potrzebna pomoc domowa dla emerytki.
Praca w moim małym miasteczku, więc myślę - pewnie znam osobę, a nawet jeśli nie, to pewnie będę miała niedaleko. Dzwonię. Umówiłam się na spotkanie z córką emerytki potrzebującej pomocy. Na spotkaniu dogadane: zakupy, gotowanie obiadów, ogarnięcie domu raz na jakiś czas, 10 zł/h, praca co 2-3 dni. Kobieta zostawiła pieniądze swojej mamie, żeby wypłacała mi za każdym razem jak przyjdę.
Dzień pierwszy: Łoj, córciu, nie gotuj ty mi nic, sąsiadka mi krupniku nagotowała. Za 3 dni przyjdź.
3 dni później: Łoj, córciu, sąsiadka mi zakupów narobiła, ale przyjdź jutro, to mi coś ugotujesz.
Dzień kolejny: Łoj, córciu, nie ugotujesz mi nic, bo mi lodówka zamarzła i się nie da otworzyć.
Zaproponowałam, żeby może coś innego zrobić - posprzątać czy coś, bo trzeci raz przychodzę i w sumie niepotrzebnie, a jak już jestem, to bym coś pomogła. Więc... babcia poprosiła o powycieranie kurzu z szafek - na zewnątrz i w środku. Jej kredens nie był zbyt duży, więc ze wszystkim zeszło mi jakieś pół godziny. I teraz zaczyna się najlepsze:
- Proszę pani, skończyłam. Czy w czymś jeszcze mogę pomóc?
- Nie, dziękuję. Już możesz iść dziecko. - Czekam aż babcia sięgnie do portfela. - To co byś chciała?
- No... z pani córką umawiałyśmy się na 10 zł na godzinę... Jeśli już nie ma nic do roboty, to zeszło mi pół godziny, no to wychodzi, że 5 zł...
- Pińć złoty chcesz?
- Tak. Tak wychodzi. Byłam o 13.00, jest 13.30.
- O! A ja myślałam, że ci kanapkę zrobię, ale jak wolisz pińć złoty...
Cholera, chciałabym zobaczyć wtedy swoją minę.
Dodaj anonimowe wyznanie