#RzkBe

Mam 24 lata i noszę pieluchy. Wiem, że to się może wydawać dziwne. Nie noszę ich codziennie, tylko wtedy, kiedy mam okres. Mój okres jest bardzo obfity, dlatego cokolwiek bym nie używała, zawsze coś przecieknie. Czasem więcej, a czasem mniej. Noszę je tylko w domu, (mieszkam sama) ponieważ tylko w domu - sama nie wiem czemu - leci mi wodospad krwi. Gdy gdzieś wychodzę, to jest nawet okej, ale gdy jestem w domu, to muszę uważać wszędzie, żebym czegoś nie poplamiła. Poza tym pieluchy są bardzo chłonne i jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby coś przeciekło. Plus jest też taki, że są bardzo wygodne.

Taka moja mała tajemnica ;)

#PAfVQ

Moja mama opowiadała mi kiedyś historię, jak pojechała za młodu ze znajomymi pod namiot. Było ognisko, impreza, wszyscy dobrze się bawili. Alkoholu oczywiście nie zabrakło. Mama też wypiła, a z racji tego, że ma słabą głowę, po 2 piwach strasznie źle się czuła, zwymiotowała i postanowiła się położyć spać do namiotu.
W nocy reszta dziewczyn się bała, że im namiot cały obrzyga. Więc co zrobiły? Wywlokły ją spać na zewnątrz, razem ze śpiworem. Mama nad ranem się budzi, dalej źle się czuje. Otwiera zamek od namiotu, wsadza głowę, wymiotuje ''na dwór'' i idzie dalej spać.
Później się budzi, dziewczyny piorą namiot w rzece. Wszystkie obrażone. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, co się stało. :D

#ZLfIM

Piszę do was z dość ciężkim tematem. Zostałam okradziona w pracy. Przejdę do szczegółów. Wypłatę dostaję do ręki w kopercie, pracuję tylko z jedną osobą, która ma mnóstwo długów i ogólnie problemy finansowe. Przyszedł dzień wypłaty, szef nam ją przyniósł, otworzyłam kopertę widziałam parę banknotów 200 zł reszta po 100 zł. Nie liczyłam odłożyłam kopertę na stole. W międzyczasie rozmawiałam ze współpracownicą, opowiadała mi, że z pensji zostanie jej 800 zł i będzie mieć ciężki miesiąc. No cóż, mogłam tylko współczuć.

Gdy nadchodził koniec dnia pracy, jak zawsze poszłam do socjalu ogarnąć, kopertę zostawiłam dalej na stole, międzyczasie słyszałam jak koleżanka szybko coś chowa do torebki.

Wróciłam do domu, kopertę wrzuciłam do szafy, po trzech dniach wyciągnęłam, ponieważ jechałam na większe zakupy. To co zobaczyłam aż mi podcięło nogi brakowało mi 1000 zł i to te wypłacone po 200 zł, zostały tylko banknoty 100 zł. Nie ukrywam, załamałam się. Jak to i kiedy mi zginęły? Pierwsza myśl szef źle policzył no, ale to niemożliwe widziałam te banknoty 200 zł. Zadzwoniłam więc do współpracownicy. Pytam się jej czy jej się wszystko zgadza jeśli chodzi o wypłatę. Dodam, że po wypłacie była u nas w pracy jej córka po pieniądze, bo gdzieś jechała i wyciągnęła jej pieniądze z koperty. Jej odpowiedź brzmiała "czekaj właśnie liczę, u mnie wszystko się zgadza co do złotówki!"

Pierwsza moja myśl "no, ale jak to? dopiero otwiera i liczy jak już była i po zakupach, i córce dawała pieniądze". Więc zadałam jej pytanie co ja mam teraz zrobić czy pytać szefa? Jej odpowiedzieć brzmiała, że po trzech dniach, to on mi nie uwierzy, że za mało mi dał. Z jednej strony miała rację, jednak to już minęły trzy dni. Dodałam jeszcze "pamięta Pani, jak mówiłam, że szef jak nigdy zapłacił w banknotach 200 zł?". Odpowiedź brzmiała no tak. W pracy na drugi dzień koleżanka z pracy musiała koledze oddać pieniądze, otworzyła portfel chyba zapomniała, że jestem obok. Zobaczyłam u niej w portfelu banknot 200 zł, spojrzała na mnie zmieszana i szybciutko zamknęła portfel. Był to nasz ostatni dzień w pracy, potem poszłyśmy na urlop.

Biję się z myślami co mam zrobić. Czy zgłosić ten fakt szefowi po tak długim okresie? Dodam, że moja koleżanka na wakacje sobie pojechała z córeczką, co chwilę latała do sklepu. I co ja mam teraz myśleć? Skąd nagle znalazła na to środki i ta sytuacja z tym banknotem w jej portfelu? Unika mnie wzrokiem, rozmowa się nie klei, zachowuje się tak jakby miała coś na sumieniu. Co mam teraz zrobić? Jak porozmawiać o tym z szefem? Nie wyobrażam sobie dalej z nią pracować. Wiem, że z pracy też wynosi, wtedy kiedy ja jestem na magazynie co chwilę słyszę jak coś chowa do torebki....

#K9eQl

Zacznę od tego, że od dzieciństwa nie przepadałam za chodzeniem do szkoły. Nie chodzi o to, że nie lubię się uczyć, często po prostu się nudziłam, jak to w pięknych realiach naszego kraju. Wymyślałam różne sposoby od "Zaspałam" przez "Źle się czuję" po wagary w liceum.

Jednak pewnego dnia przerosłam samą siebie, było to w drugiej klasie liceum, pogoda była paskudna, więc o wagarach nie mogło być mowy - nie przepadam za łażeniem po sklepach, których notabene za dużo w mojej miejscowości nie ma. Nie mogłam też całego dnia po prostu siedzieć w domu, bo mój tata wracał około 10. Uknułam więc plan...
Kiedy usłyszałam, jak mój tata parkuje, weszłam do szafy... Tak, mając 18 lat ukryłam się w szafie, by nie iść do szkoły. Miałam tam oczywiście wszystko przygotowane. Wodę, kanapkę, latarkę, książkę do czytania. Kurtkę i buty ukryłam, żeby nikt się nie zorientował... I przesiedziałam tak 4 godziny, do momentu aż wiedziałam, że około 14 tata będzie wychodził... Wspomnę tylko, że szafa nie była zbyt duża i bolały mnie już nogi od zgiętej pozycji.
Nigdy nie powtórzyłam tego sposobu, ale zawsze jak to sobie przypomnę, to zastanawiam się co mi przyświecało...

#IiSyI

Krótka wojenna historia, jakich pewnie wiele się wydarzyło.

Mój pradziadek Michał na początku II wojny światowej wyruszył walczyć, przebył Rosję, Włochy (walczył z Andersem pod Monte Cassino). No, ale nie o tym będzie historia.
Pradziadek, opuszczając w '39 dom, zostawił w nim młodą żonę i dwuletniego syna Henia. Kiedy wrócił z wojny w styczniu '46, oprócz żony i syna zastał w nim rocznego Józia. Zapłakana prababcia powiedziała mężowi, że Józek to "pamiątka" po przejściu Armii Czerwonej. No i co było robić, dziecko niczemu niewinne, życie toczyło się dalej. Pradziadek z prababcią żyli sobie, jakby się nic nie stało, do Henia i Józia dołączyli Szczepan, Lucyna i Zosia.

Mijały lata, najstarszy syn założył rodzinę, potem kolejne dzieci wyfruwały z gniazda. Prababcia dopiero na łożu śmierci, w 1997 roku przyznała się mężowi, że tak naprawdę Józek to nie jest "po Rusku", a po rzeźniku ze wsi obok. Odpowiedź pradziadka? "Marylka, jo żem zawsze wiedzioł, że po Rusku to by kozok taki mundry nie boł, a i łoczy un mo po tym zbereźniku, zaro żem poznoł! Ino przykrości żem tobie i dziecku nie chcioł robić"...

#A134u

W ramach wstępu chciałabym Wam powiedzieć, że jestem niespełna dwudziestoletnią dziewczyną. Nie wyróżniam się niczym, tak jak wiele osób mam jakieś kompleksy. Największym kompleksem są... moje małe piersi. Mogłabym nawet powiedzieć, że ich brak. Jestem pewna, że gdyby nie zwiększony obwód pod biustem, to zmieściłabym się w staniczki, które zostały zakupione, gdy miałam 11 lat. Jest to problem, który spędza mi sen z powiek, sprawia, że jestem załamana - dla niektórych może się to wydać śmieszne, ale to naprawdę jest dla mnie problem. Nie mówcie, że "nie wiesz, dziecko, czym są problemy". Wiem. Ale każdy ma swoją rangę problemów i niczego nie można bagatelizować. Wracając do tematu - z tego powodu staram się unikać dopasowanych koszulek, ale czasem zdarza mi się takowe ubrać.

W wakacje byłam u ciotki, która pewnego dnia poprosiła mnie o zrobienie zakupów. Nie widziałam żadnego problemu w tej prośbie, więc poszłam zrobić to, co było mi polecone. Było upalnie, a ja miałam na sobie właśnie nieszczęsną, dopasowaną bluzkę. Stałam już w kolejce do kasy, w której przede mną stał starszy pan - w swoich zakupach miał m.in. małą wytłaczankę jajek, marchewkę, kawę. Za mną stała jakaś kobieta z dzieckiem, a za tą dwójką - dwóch panów, mniej więcej w moim wieku. Oglądałam się do tyłu i przyglądałam się półkom, aby upewnić się, że mam wszystkie rzeczy z listy. Widziałam na sobie zaciekawione spojrzenia tych dwóch kolesi. Szeptali coś między sobą, gdy nagle jeden z nich wypalił:
- Dupę ma niezłą, szkoda, że brakuje jej cycków.
Poczułam gulę w gardle po usłyszeniu trzech ostatnich słów. Nie zareagowałam, ale po chwili zrobił to pan, który stał przede mną. W ręce trzymał dwa jajka i marchewkę. Pokazał je i powiedział do chłopaka:
- Weź to, wtedy będziesz kompletny.

Ciężko mnie rozbawić, ale po tych słowach miałam w oczach łzy spowodowane śmiechem.

#meyyy

Może dla niektórych to będzie wypisywanie niepotrzebnie swoich myśli, ale czytam anonimowe, dodatkowo znam wiele osób z dziećmi i zastanawiam się, czemu tak dużo ludzi dorosłych nie ma szacunku do swoich dzieci, albo traktuje dzieci inaczej "bo to dzieci".

Zacznijmy od znanego powiedzenia: "dzieci i ryby głosu nie mają". To już w samo w sobie pokazuje  "jesteś dzieckiem? nie masz prawa głosu".

Przykład z anonimowych: dziewczyna, 16 lat, panicznie boi się ciemności i denerwuje tym matkę. Czy to naprawdę takie trudne, aby dziewczyna miała lampkę nocną, dać jej latarkę do łóżka, ewentualnie porozmawiać z psychologiem?

Ile razy były wokół mnie sytuacje typu: odwiedzamy znajomych, dzieci oglądają film/bajkę i nagle rodzic oznajmia "wychodzimy" i dziecko ma natychmiast iść. Oczywiście kończy się to płaczem, bo dziecko nie kończy oglądania. Trudno jest dać znać dziecku, że powoli się zbieramy? Zwłaszcza jak sami dorośli żegnają się w progu/kuchni/w przedpokoju tak z 15 minut...

Sama mam 30+ lat i dziecko. Ja bym się zdenerwowała, jakby ktoś mi wyłączył film przed nosem i powiedział "wychodzimy".

Najlepszy sposób, aby nauczyć dzieci kłamać albo nie mówić wszystkiego: "Mi możesz powiedzieć wszystko, nawet najgorsza prawda jest lepsza niż kłamstwo" wpajane przez rodzica jak mantra, ale jak przyjdzie co do czego, to dzieciak ma kazanie i najlepiej milion kar za to, że zrobiło coś źle...

Nie da się traktować dzieci z szacunkiem, szczerze porozmawiać o uczuciach, traktować tak, jakbyśmy my chcieli być traktowani?

#aqb4w

Do szkoły dojeżdżam pociągiem. Pewnego popołudnia w drodze do domu, zaczytana w książce i ze słuchawkami na uszach próbowałam dotrwać do kresu mojej podróży, kiedy wydarzyła się pewna historia.

Na stacji wsiadł chłopak na oko w moim wieku i usiadł w drugim rzędzie foteli (co istotne były to dwa połączone ze sobą fotele, a od dalszej części wagonu oddzielała je szyba). Chłopak zajął miejsce pod oknem i sam założył słuchawki. Oprócz nas w wagonie znajdowała się może z jedna osoba gdzieś w tyle.
Na następnej stacji do pociągu wsiadł gościu pół seba - pół menel i wraz ze swoim alkoholowym odorem zajął miejsce obok chłopca, zagradzając mu lekko drogę ucieczki. I zaczyna się rozmowa:

Menel: - Hej, chłopcze, może poratowałbyś jakimś drobnym?
Chłopak: - Niestety nie mam.
M: - No chłopcze 5 zł, 2?
(Wyczuwam, że chłopak zaczyna się denerwować, a sytuacja robi się nieprzyjemna).
Ch: - Nie mam.
M: - No to może dasz mi swoje słuchawki, albo telefon (słychać, że menel mówi głosem nieznoszącym sprzeciwu, więc zakasam rękawy, i biorę sprawy w swoje ręce. Wiem, że gościu nie do końca zdaje sobie sprawę z mojej obecności, więc zbieram rzeczy i ruszam do obu panów. Gdy jestem dostateczne blisko, wykorzystuje cały swój marny talent aktorski do udawania niesamowicie pozytywnie zaskoczonej i wypalam:
Ja: - No nie wierzę! Marek? Ty tutaj?
Ch (załapał o co mi chodzi i zaczynamy wspólnie odgrywać bardzo żałośnie scenkę): - O Boże! Iza! Ile to się lat nie widzieliśmy!

W tym momencie on wstaje, a ja daję znać, że chcę go uściskać i dzięki temu udaje mu się wyminąć zdezorientowanego pana Menela.

Ja: - Wiesz, że właśnie idę do Majki? Siedzi w drugim wagonie, chodź ze mną, powspominamy dawne lata.
Ch: - O kurde, no pewnie!

I jak gdyby nigdy nic, opuszczamy wagon.

Prawdziwego imienia chłopaka nie poznałam, on mojego też. Podziękował przytuleniem i wysiadł na najbliższej stacji, a ja pojechałam dalej.

Pomagajmy.
Dodaj anonimowe wyznanie