Przejeżdżam sobie wczoraj koło jednego z dużych sklepów spożywczych i widzę zbiegowisko ludzi. Zaciekawiony wychylam głowę przez okno auta i moim oczom ukazuje się nieprzytomny mężczyzna leżący na ziemi. Oczywiście żaden z gapiów nie zamierza sprawdzić, czy biedak dycha. Zatrzymuję więc samochód, włączam światła awaryjne i podbiegam do człowieka, łokciami odsuwając ciekawskich debili, którzy nawet nie raczyli upewnić się, czy facet żyje. Nachylam się nad gościem i wtedy BUM! Gęsty odór nie do końca przetrawionego alkoholu uderza w moje nozdrza. Gdyby tylko iskra wyładowania elektrycznego przeskoczyła wówczas pomiędzy włóknami mojego swetra, to eksplozja mogłaby rozwalić w drobny mak pół dzielnicy.
Dotykam palcami szyi gościa. Jest puls. Facet żyje. „Dobra, nie trzeba wzywać karetki. Żyje, ale jest ekstremalnie naj#bany!” – kulturalnie informuję gapiów i przystępuję do próby ocucenia delikwenta. Potrząsam nim i słyszę słaby, jakby dobiegający z daleka, jęk. „Proszę pana! - krzyczę mu do ucha. – Czy potrzebuje pan jakiejś pomocy?”. Głęboko z gardła pijaczyny dobiega jakieś bulgotanie, niewyraźny znak ledwo tlącego się życia. Ponownie nachylam się, z trudem tłumiąc wymiotny odruch. Teraz dźwięk jest już wyraźniejszy. „Kierownikuuuu… – z ust człeczyny wydobywa się się bardzo słaby jęk – Dałbyś ze dwa złote na winko...”.
Tak sobie myślę – u niektórych meneli to musi być jakiś wrodzony odruch bezwarunkowy.
Dodaj anonimowe wyznanie
Oczywista ściema, ale chociaż zabawna.