Mając 7 lat, znalazłem na strychu stodoły pas z amunicją. Wrzuciłem go do ogniska. Przynajmniej byłem na tyle przezorny, że stałem za drzewem.
W wieku 10 lat kopałem dziurę w ziemi, która pierwotnie miała być taką norką albo bunkrem, w zależności od tego co planowałem. Wykopałem granat. Anioł Stróż musiał nade mną czuwać, bowiem w tym samym momencie mama zawołała mnie na obiad. Granat wybuchł, nic mi nie robiąc.
W wieku 13 lat połączyłem proch z trzech paczek Achtung! w jeden wielki w metalowej rurze. Plan był taki, by stworzyć z tego muszkiet, wobec czego musiałem zaspawać jeden koniec rury. Kiedy był w niej proch...
Wybuch rozwalił mi bębenki w uszach oraz uszkodził jedną dłoń, nie mam w niej pełnej władzy.
W wieku 17 lat orząc traktorem pole, wykopałem bombę.
W wieku 21 lat będąc kompletnie pijanymi, odpaliliśmy fajerwerk w zamkniętym pomieszczeniu. Myśleliśmy, że jesteśmy na dworze. Oberwałem tylko ja.
Mając 24 lata, rozpocząłem pracę jako operator koparki. Średnio co pół roku znajduję bombę, pocisk, granat albo skład amunicji.
Wczoraj sprzątałem mieszkanie dziadka, odziedziczyłem je po jego śmierci. Znalazłem minę przeciwpancerną.
Czy ktoś wie jak przestać?
Od niedawna mam swój pierwszy samochód, w którym ostatnio zepsuł się jeden kierunkowskaz. Brat powiedział, że kupi na drugi dzień i mi wymieni, no to nie zawracałam sobie tym głowy. Jednak gdy minął tydzień, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
Pojechałam na stację paliw. Widzę całkiem przystojnego pana sprzedawcę i mówię do niego, że potrzebuję żarówkę do kierunkowskazu. Pada pytanie "Jaką?", na co ja po chwili zastanowienia błyskotliwie odpowiadam "Nooooo żółtą...". Przystojny pan aż poczerwieniał i parsknął śmiechem, ja po chwili też.
Na szczęście był też miły, zobaczył jaki gwint, dobrał. Nawet wymienił na miejscu ;)
Kiedy byłam mała, wnikliwie obserwowałam z bliska różne żyjątka. Łapałam koniki polne, przyglądałam się mrówkom, wabiłam ćmy do światła. Łapałam też duże, grube muchy, które z umiłowaniem odbijały się od szyb w kuchni. Złapałam dużą sztukę i włożyłam ją do słoika, żeby móc obserwować.
Mój kochany tatuś, obserwując całą akcję zagadał do mnie "Wiesz, że jak wsypiesz jej trochę cukru, to ona go zje, a później jak ją wypuścisz, to po godzinie wróci do słoika po więcej cukru?". Udomowiona mucha, która będzie wracała do mnie po cukier? Brzmi zajebiście! Nakręciłam się jak nie wiem, wsypałam przez szparę trochę cukru i faktycznie. Mucha człapie i wsysa cukier tą swoją gąbeczką. Zadowolona idę na balkon, otwieram wieczko i z radością patrzę na odlatującą muchę.
Czekałam godzinę, dwie, zerkałam też i po trzeciej godzinie. Mucha nie wróciła, a tatuś powiedział mi, że musiała mieć wypadek. Przez lata w to wierzyłam.
Dzisiaj po pracy spotykałam starą znajomą z liceum i poszłyśmy razem na kawę.
Pogadałyśmy o starych czasach, a po chwili zgadało się o pracę. Zaczęłam opowiadać co u mnie i o moim szefie, który uchodzi w biurze za zboczeńca i często podrywa nowe stażystki. Przytoczyłam jej parę niemiłych sytuacji z biura, po czym ona zapytała mnie o nazwę firmy.
Okazało się, że mój szef jest jej mężem.
Zjadłem dzisiaj dwa kilo gotowanych buraków.
Może to nic takiego przy dokonaniach, którymi chwalą się tu ludzie, no ale jeszcze nie mam jachtu, gromadki dzieci ani super pracy, więc pochwalę się tym, co umiem najlepiej.
No więc zjadłem dwa kilo gotowanych buraków.
Mój tata zawsze lubił drogie, sportowe samochody, które kupował dzięki swojej ciężkiej pracy. Tak zawsze mówił, więc spodobałby mu się ten wstęp. Miał też naturę kombinatora i zawsze bardzo dbał o swój wygląd - a był bardzo przystojnym mężczyzną. Krótko mówiąc, z największych tarapatów umiał wyjść obronną ręką, czy to poprzez swoje kombinowanie, czy po prostu na piękną gębę.
Sprowadził sobie kiedyś (bardzo dawno temu) audi TT, gdy jeszcze nie było ono popularne w Polsce. Auto miało jeszcze włoskie tablice. Było lato i namówił mnie na przejażdżkę po okolicy w celu sprawdzenia co to cudeńko potrafi. No i trochę mieliśmy pecha, bo złapała nas drogówka. I wtedy w głowie mojego taty narodził się ciekawy plan:
- Słuchaj córcia, ty nic nie mów, załóż okulary przeciwsłoneczne i ładnie się uśmiechaj. Tatuś to wszystko załatwi! - a ja po tych słowach wiedziałam już, że będzie dobre kino akcji. Rozsiadłam się wygodnie, niczym w kinie i patrzyłam na rozwój sytuacji.
Akurat podszedł do nas policjant i oczywiście rozpoczął standardową procedurę:
- Poproszę dokumenty, prawo jazdy dowód osobisty - burknął, przyglądając się bacznie kierowcy.
Jakież było moje zdziwienie, gdy tata zaczął mówić do niego po włosku, zamaszyście gestykulując przy tym łapami na prawo i lewo. Policjant wpadł w konsternację, spojrzał jeszcze raz na tablice i na kierowcę, po czym przerzucił się na pseudo niemiecki:
- Papiren bite! - rzekł pewnie.
Lecz pomysłowy tatko mówił wciąż do niego jedno i to samo zdanie, przestawiając jedynie szyk słów, gdyż po włosku to umiał tyle co zapamiętał z filmu "Jak rozpętałem II wojnę światową". Może będziecie pamiętać włoskie sceny z tego filmu.
Policjant zbaraniał, ale nie poddał się tak łatwo.
- Aj ask ju eee dokumenten for inspekcjon - rzekł... już trochę mniej pewnie.
Lecz tatko dalej uparcie udawał Włocha. Jego opalenizna i uroda niewątpliwie mogła potwierdzić jego włoską tożsamość w oczach policjanta, nie wspominając już o jego ogromnym talencie aktorskim. Policjant jeszcze raz żałośnie spojrzał na kierowcę i na tablice, po czym zawołał z radiowozu swojego partnera. Drugi policjant zmierzył gestykulującego tatę poważnym wzrokiem, spojrzał bacznie na samochód i mówi do partnera:
- Dobra Adam, zostaw, i tak się nie dogadamy. Puść go.
Policjant na migi próbował przekazać tacie, żeby sobie odjechał. Cóż... tata burknął jeszcze pod nosem:
- Ragazze calde amico! - poprawił przeciwsłoneczne okulary, puścił mi oczko, po czym razem odjechaliśmy w stronę zachodzącego słońca.
Kilka lat temu po festiwalu całą ekipą wolontariatu - w tym moją ówczesną dziewczyną - poszliśmy na mocno zakrapiane ognisko. Jako że festiwal mnie trochę wymęczył, padłem dość szybko.
Grzecznie poszedłem spać do sali w szkole festiwalowej i mniej grzecznie rozwaliłem się sam na podwójnym materacu. Po jakimś czasie dziewczyna też chciała się położyć i wywiązała się taka rozmowa:
- Mogę się położyć obok ciebie? Zrobisz mi miejsce?
- (półprzytomny) Móc - możesz. Ale jak moja dziewczyna przyjdzie, to cię zajebie...
Moje życie jest dobre, ale czuję, że zepsute. Nie umiem się z niego cieszyć, gdy moja głowa jest tak strasznie ciężka od tego wszystkiego, co się stało. Wyrzucę to z siebie tutaj, skoro jestem zbytnim tchórzem, by zrobić to gdziekolwiek indziej.
Zacznijmy od tego, że wychowywałam się z ojcem alkoholikiem. Każdy wie, jakie piętno odciska to na człowieku. Pamiętam wieczory, gdzie tata zamykał dom, byśmy razem z braćmi i mamą nie mogli się do niego dostać, a ja musiałam przeciskać się przez okno kuchenne, by otworzyć drzwi od środka. Pamiętam te noce, gdy wstałam przy kolejnych krzykach i wybiegałam, gdy tata bił mamę. Pamiętam wycieranie jej krwi, cichy płacz, gdy pytała, czemu jeszcze nie śpię oraz protesty, gdy zbierałam szkło z podłogi. Pamiętam wszystkie te obietnice, że tatuś nie chciał, po prostu się zdenerwował. Zawsze miałam wrażenie, że bardziej pociesza tym siebie, nie mnie. Ale w końcu tak długo tkwiła w tym piekle... Przez nas.
To takie okropne, że społeczeństwo tak mocno wmawia ten wzór pseudo idealnej rodziny. Bo w końcu jak to się rozwieść, nawet jeśli mieszka się z prześladowcą? Przecież nie wypada. Macie dzieci, lata za sobą, się naprawi. Szuka się wymówek, jednocześnie nie wiedząc jak prawdziwym piekłem jest życie w takim otoczeniu.
Nie wiem, kiedy pierwszy raz to się stało. Tatuś może zobaczył, że jego córeczka dorasta. Chociaż czy można nazwać dorosłym kogoś, kto dopiero był w zerówce? Myślę, że mniej więcej w tym wieku byłam, gdy tata po raz pierwszy mnie dotknął.
Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Gdy przy zwykłych czynnościach dotykał moje intymne miejsca, mówił jaka jestem śliczna, że jestem jego oczkiem w głowie. Wtedy nawet nie miałam świadomości tego, co robi. Strach poczułam dopiero gdy pewnej nocy obudziłam się z bólem na dole. Wtedy chyba już byłam w pierwszej klasie podstawówki. Nie oddychałam, nie ruszałam się, gdy tata wciskał we mnie swoje palce, jednocześnie robiąc sobie dobrze. Pamiętam tylko, jak bardzo to bolało oraz ten przeraźliwy strach, by nie zorientował się, że wstałam. Nawet nie wiem ile tak leżałam. Potem wiem, że pocałował mnie w czoło i sobie poszedł. A ja czułam obrzydzenie. Ale nie do niego, a do siebie. Bo wiedziałam, że było to nieodpowiednie. Myślałam, że ja czymś zawiniłam, że ja coś zrobiłam, że może...
Nie wiem. Myślałam za dużo. Tak dużo, że następnego dnia wymiotowałam, a mama myślała, że jestem chora.
Nawet teraz o tym pisząc... Nie umiem.
Dzisiaj w pracy pierwszy raz zdecydowałem się pokazać swój piękny wytatuowany rękaw na prawej ręce. Zazwyczaj w moim miejscu zatrudnienia ubrany byłem w koszulę, albo jakiś sweter i mimo, że pracuje tu już ponad rok, tylko kilkoro kolegów i koleżanek wiedziało o mojej ozdobie, szefostwo nie miało o niczym pojęcia.
Mój szef to dusza człowiek uprzejmy, nie zadziera nosa, nie jest typem pracodawcy tyrana.
Jego przeciwnością jest jego żona, kobieta po 50-tce, pomarszczona, wypalająca chyba z 10 paczek szlugów dziennie, o głosie czarownicy, zawsze warcząca i opryskliwa.
Nikt nie wie do czego jest tam potrzebna, bo nie robi nic pożytecznego oprócz krzyczenia, darcia ryja, pomiatania ludźmi i ganianiem każdego po kawę i herbatę na zmianę oraz czepiania się o najdrobniejsze sprawy - taka typowa jędza. Ale do sedna.
Tego dnia postanowiłem założyć również elegancką, ale nieco krótszą koszulkę, w sumie nawet za bardzo jakoś o tym nie pamiętałem i jak już dotarłem do pracy, wziąłem się za swoje obowiązki.
Tego dnia baba jaga, bo mi ją przypomina żona szefa, wyjątkowo mi się przypatrywała, patrzyła przez swoje okulary, ściągała je i stroiła dziwne miny.
W końcu w połowie dnia wezwała mnie do siebie i chcąc nie chcąc poczłapałem niechętnie do jej gabinetu.
Kiedy tylko wszedłem, od razu padło pytanie, czy wiem co to prysznic i czy nie zapomniałem się dzisiaj wykąpać?!
Lekkie zdziwienie mnie ogarnęło i zrobiłem kilka pociągnięć nosem żeby sprawdzić czy nie wydzielam jakiś dziwnych zapachów, ale poczułem tylko woń moich perfum Paco Rabbane One Million Intense.
Podczas rozkoszowania się tym jakże anielskim zapachem dotarło do mnie, że mam odsłonięta rękę i babie jadze chodzi o tatuaże, dlatego postanowiłem zagrać śmieszka i odpowiedziałem, że podczas porannego prysznica była awaria wody i niestety tej części ciała nie zdążyłem wyszorować.
Reakcja baby jagi była trochę odwrotna niż się spodziewałem i zamiast śmiechu czy nawet delikatnego uśmiechu na jej twarzy, zobaczyłem prawdziwe oblicze tej kobiety.
Zaczęła wdzierać ryj na całą firmę tak, że wszyscy na chwilę oderwali się od pracy, wyzywać mnie od recydywistów i kryminalistów oraz patologicznych ludzi. Powiedziała także, że na miejscu moich rodziców nie chciałaby mieć takiego dziecka i że to wstyd i jak w ogóle takie coś? A jakby jej dziecko zrobiło sobie coś takiego, to od razu wyp***doliłaby je z domu.
Słuchałem tego wszystkiego z niezwykłą uwagą i delikatnym uśmiechem na ustach, co tylko potęgowało jej wściekłość.
Moja szefowa - baba jaga chyba nie wie, że jej córka ma 3 tatuaże, w tym dwa w miejscach, które rzadko widzą światło. Nie wie też, że uprawiałem seks z jej córką, 3 razy w toalecie w pracy, 2 razy w jej łóżku i po razie na jej blacie kuchennym oraz stole w jadalni.
Smacznego :)
Właśnie przeczytałam wyznanie o dostawcy pizzy i przypomniała mi się sytuacja sprzed roku.
Miałam do zrobienia ważny projekt z koleżanką, więc zaprosiła mnie do siebie po szkole i tak pracowałyśmy. Kompletnie się zagadałyśmy, a kiedy zorientowałam się, że dochodzi 19.30 spanikowałam i w popłochu pognałam na przystanek. Nie zdążyłam i ostatni autobus odjeżdżający do mojej miejscowości (8 km od miasta, w którym się znajdowałam) odjechał. Przeraziłam się. Moja mama nie ma prawa jazdy, a tata pracuje za granicą. Przy sobie mam tylko trzy złote, więc nici z taksówki. Już wyobrażam sobie noc na przystanku, już słyszę niezadowolenie mojej mamy, że nieodpowiedzialne zachowanie, że powinnam myśleć. Oczywiście, mogłabym zadzwonić do kumpeli, że jednak nie zdążyłam, ale jej rodzice nie należą do najprzyjemniejszych, więc stałam na tym przystanku jak ostatnia życiowa sierota i ze łzami w oczach myślę co dalej. Może dojechać do miejscowości niedaleko mnie, a resztę drogi pokonać z buta? I właśnie wtedy, kiedy już miałam się rozpłakać, wpadłam na głupi pomysł.
Poszłam pod dobrze znaną mi pizzerię i wykręcam numer. Odbiera jakaś babka i standardowo wygłasza swoją formułę. Moje pytanie?
"Czy jest możliwość dowiezienia pizzy na adres XYZ?".
Odpowiedź twierdząca! Ucieszyłam się jak diabli i zamówiłam pierwszą, jaka wpadła mi do głowy. Kolejne minuty upłynęły mi na koczowaniu pod drzwiami. Po jakimś czasie drzwi się otwierają, a zza nich wychodzi chłopak z pudełkiem pizzy. Jedną ręką już sięga do drzwi zaparkowanego przy lokalu samochodu. To czas na wkroczenie do akcji! Podchodzę do niego i pytam, czy jedzie może na adres "XYZ".
- Tak - odpowiada zdezorientowany młodzieniec.
- Świetnie - odpowiadam. - Jadę z tobą.
Jego mina - bezcenna! Oczywiście odpowiedziałam mu swoją przykrą historię, poprawiając mu przy tym nastrój.
Do domu dojechałam cała i zdrowa, a w dodatku z ciepłym prowiantem na kolację!
Nie, nie jesteśmy razem. Jednak koleś mnie zapamiętał, ponieważ kiedy tylko jestem w tej pizzerii i akurat mnie widzi, rzuca jakiś komentarz na ten temat.
No co... Tonący brzytwy się chwyta, prawda? :D
Dodaj anonimowe wyznanie