Witam wszystkich. Powiedzmy, że mam na imię Franek (imię zmienione, bo w końcu to anonimowe wyznanie), mam 30 lat i jestem alkoholikiem... niepijącym od 7lat. Chcę się podzielić moją historią.
Najlepsze lata swojego życia przepiłem. Kilka lat w ogóle nie trzeźwiałem. Dzień w dzień piłem do odcięcia i trzeźwiałem nawet dwa razy w ciągu dnia - tylko po to, by znów się napić. Dodam tylko, że nawet będąc w ciągu nikomu nie wadziłem, byłem nieszkodliwy, radosny jak zwykle i uprzejmy. No i pracujący, bo przecież za coś się piło... Kiedyś po pijaku chciałem się zabić... Nawet prawie się udało... Ludzie, których znałem i ci, których nadal znam, a nawet rodzina, patrzyli na mnie z góry, nie liczyli się ze mną. Nie dziwię się. Zapuszczony kawaler w jednych gaciach, często nieogolony, śmierdzący piwskiem i innymi trunkami, taki menelaos...
Wszystko zmieniło się, gdy mojej ś.p. mamie brakło cierpliwości. Podała mnie w gminie, że jestem alkoholikiem i nie wie jak mi pomóc. Musiałem jeździć na spotkania AA, ale zaraz po wyjściu stamtąd wchodziłem do monopolu i heya! od nowa. Aż do czasu, gdy dostałem skierowanie na leczenie stacjonarne. 6 tygodni w odosobnieniu ze samym sobą i myślami. Dotarło do mnie, że dłużej się tak nie da... że czas na zmiany. Czas zmienić własne życie na lepsze, znowu wystartować w przerwanym biegu za marzeniami, odnaleźć siebie.
Dzisiaj, po 7 latach bez alkoholu i z ogromem ciężkiej pracy nad sobą, ciągłego pilnowania siebie, żeby nie sięgnąć po alko, jestem szczęśliwy. Znalazłem swoją drugą połówkę, drugą połówkę serca, że z jasna ;) Spędzamy ze sobą każdy dzień, choć formalnie nie mieszkamy razem, kupiłem jej wymarzonego psa, a już za parę tygodni kupię nam dom, jeszcze załatwiam formalności. I chociaż przeraża mnie myśl o całkowitej samodzielności, obowiązkach i problemach życia dorosłego, to cholernie się cieszę, że nie zmarnowałem swojej drugiej szansy :)
Piszę o tym tutaj nie tylko ze względu na anonimowość, ale też po to, by pokazać tym, którzy jeszcze tego nie widzą, że każdy ma szansę na lepsze jutro. A wszystko zaczyna się od myśli we własnej głowie "CHCĘ I POTRAFIĘ".
Dziękuję za uwagę i pozdrawiam :)
Od kilku lat pracuję w ochronie na recepcji pewnego budynku w Londynie. Dzień jak co dzień, stoję sobie na tej recepcji, w pewnym momencie wpuszczam do budynku kuriera, odbieram przesyłkę, kurier wychodzi i napotyka blokadę w postaci dwuskrzydłowych drzwi (notabene tych samych drzwi, przez które wszedł do recepcji).
Ważne dla historii, że jedna para drzwi jest od kilku dni zepsuta, dlatego, patrząc z mojej perspektywy, w użyciu jest tylko jedno skrzydło - lewe.
No więc podchodzi ten kurier do drzwi i ciągnie (a jak!) prawe - chociaż wołami jest napisane "proszę PCHAĆ LEWE, bo prawe zepsute". A teraz sytuacja właściwa (dialog przytoczony w oryginale dla podkreślenia komizmu sytuacji).
Ja: Please push the left.
Kurier: ... (ciągnie prawe)
Ja: Push the left hand side.
K: ... (nadal ciągnie prawe)
Ja: Push the left hand site door.
K: ... (ciągnie prawe)
Ja: PUSH the LEFT, sir, L E F T!
K: Noż kur#a je#ana mać!!
I jeszcze raz szarpnął prawe, lewe i wyszedł.
Pozdrawiam rodaków w UK! :)
Pewnie tym wyznaniem wywołam g*wno burzę, ale zaryzykuję, bo muszę to z siebie wyrzucić i dowiedzieć się, czy ktoś ma podobne zdanie na ten temat.
Matura jest bez sensu, bo albo promuje absolwentów, którzy są średni we wszystkim i napiszą wszystkie przedmioty na trochę ponad próg zdawalności, albo naturalnych geniuszy. Jeżeli nawet jesteś mistrzem w jednej dziedzinie, to będziesz musiał ją zaniedbać, żeby zdać przedmioty, które ci nie wychodzą.
Przykład z życia.
Mam przyjaciela, który jest pasjonatem historii. To ten typ, który wyrecytuje ci na pamięć wszystkie daty ważnych wydarzeń i jeszcze wygłosi godzinny wykład o przyczynach tego wszystkiego. Jest też świetny z języka angielskiego i polskiego.
Niestety ma problemy z matematyką. Sytuacji nie poprawiało to, że w liceum miał kiepską nauczycielkę (ja miałem szczęście chodzić do innej szkoły). Znam ją tylko z opisu, ale fakt, że cała klasa chodziła na korepetycje i nie było tam oceny wyższej niż trzy chyba o czymś świadczy.
Kolega niestety nie zdał matury z matematyki. Do poprawki postanowił podejść dopiero za rok, bo wyjechał do Norwegii do pracy. Niestety wypadł z rytmu nauki i też mu nie poszło. Nie sądzę, żeby jeszcze kiedyś podszedł do poprawki. On tego nie potwierdził, ale widzę w nim zrezygnowanie i rozpacz.
Co z tego, że moglibyśmy zyskać świetnego historyka, gdyby tylko matura z matematyki była nieobowiązkowa? Bo wiecie, na kierunku historia i tak matura podstawowa z matematyki nie jest punktowana. Niestety przez ten jeden brak umiejętności koleś nie rozwija się w tym, co jest jego pasją, popadł w wir pracy i chyba nie jest szczęśliwy.
Powiecie, że mógł się więcej uczyć, że jak nie radzi sobie z licealną matematyką, to go nie szkoda i tego typu duperele. Ale powiedzcie sami, po co? Po co historykowi uczyć się pochodnych, funkcji wykładniczych itd.? Student matematyki nie musiał pisać matury z historii, więc dlaczego wymaga się tego od kogoś, kto chce studiować historię/psychologię/medycynę/biologię itd.?
Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, ale był taki czas, że matura z matematyki była nieobowiązkowa i ludzie wcale nie stali się od tego głupsi, a świat się nie zawalił.
Historia będzie krótka.
Gdy mój młodszy brat miał 4, może 5 lat, za każdym razem, gdy udawał się na popołudniową drzemkę, rozbierał moje lalki "Barbie" i z nimi spał.
Nie było dnia, żeby nie został złapany w łóżku z kilkoma "panienkami" :D
Autobus. Wchodzi babcia, pochyla się nade mną i rozpoczyna swój monolog. O niewychowanej młodzieży, itd. Szturchając mnie laską po nodze, mówi:
- Nóg nie ma, że siedzieć musi? Zwolni mi miejsce, bo ja stara, schorowana jestem.
W tym momencie myślałem, że ją śmiechem zabiję, bo jeszcze przed chwilą biegła do autobusu jak rasowy sprinter olimpijski. Ale zdławiłem to w sobie, po czym ostentacyjnie podniosłem lewą nogawkę, mówiąc:
- Trafiła pani w sedno, bo tak się składa, że lewa kończyna od połowy łydki w dół nawaliła mi ponad 2 lata temu. Wyjścia nie było, więc skrócili, a teraz sobie śmigam w takiej, przypinanej.
Babka widząc moją protezę, spaliła niezłego buraka, po czym nastąpiła natychmiastowa ewakuacja na sam koniec autobusu.
Gdyby sytuacja miała miejsce tydzień wcześniej, to bez problemu bym jej to miejsce zwolnił. Ale odebrałem nową protezę i muszę się do niej przyzwyczaić, więc żeby nie przeciążać nogi, w czasie ponownej "nauki chodzenia" po prostu ograniczam wysiłek do minimum, np. przez siadanie w autobusach, czego do tej pory praktycznie nie robiłem.
Ze swoim partnerem życiowym jestem od 10 lat, od 8 mieszkamy wspólnie. Ogólnie to nie mogę narzekać, Bartek mnie wspiera, obowiązki domowe wykonuje lepiej ode mnie, ma dobrą pracę, obydwoje dobrze zarabiamy. No jakoś się wiedzie.
Około 5 lat temu strasznie dusiłam go o zaręczyny. Uważałam, że to niezbędne, żeby założyć rodzinę, chciałam zostać matką, kupić dom na przedmieściach i spokojnie żyć. Bartek za to nie był jeszcze gotowy, ojcostwo, rodzina nie były dla niego priorytetami. Chciał podróżować, rozwijać się zawodowo i szaleć razem ze mną. Zrozumiałam to po roku ciągłych awantur i przekonywania, że teraz tylko dziecko jest nam potrzebne do szczęścia. Przecież i tak bym go nie zmusiła (z natury jest bardzo uparty). Żyliśmy więc sobie na kocią łapę i w sumie ani za bardzo nie podróżowaliśmy, ani on za bardzo się nie rozwinął zawodowo. W tym czasie moja kariera poszybowała do przodu. A teraz on nagle wyskoczył z propozycją małżeństwa i posiadania dzieci...
Chciałabym się cieszyć, ale nie potrafię. Nie chcę teraz siedzieć w pieluchach, totalnie mi przeszło. Boję się, że jak wyjdę z zawodu, to już do niego nie wrócę (mam dosyć prężnie rozwijający się zawód). Nie chcę utkwić w domu już od pierwszego dnia ciąży (pracuję z prądami i ultradźwiękami, które szkodzą dziecku). Jasne, jest tacierzyński i on może poświęcić karierę, ale wprost mi powiedział, że nie może, bo przecież ma tak szerokie perspektywy...
Kocham go i chcę z nim być, ale mam ochotę mu powiedzieć, żeby się wypchał. Było się decydować 5 lat temu, kiedy prosiłam go o to, byśmy wspólnie zostali rodzicami.
Ostatnio byłam na wigilii firmowej w klubie w Gdańsku. Kolacja składała się z dwóch dań, a później przyniesiono nam inne smakołyki. Mimo że na imprezie było koło 35 osób, to pod koniec jedzenia zostało i tak bardzo dużo.
W związku z tym, że wybieraliśmy się na rynek, postanowiliśmy zapakować to co się dało do pudełek i rozdać osobom potrzebującym.
Miny napotkanych ludzi bezdomnych, którzy w sobotni wieczór dostawali od nieznajomych niespodziewane pudełka pizzy, w których odkrywali wykwintne przekąski, roladki czy inne bruschetty, były bezcenne.
Sami się nieźle wzruszyliśmy. Fajnie było widzieć radość na ich twarzach i mieć poczucie, że jedzenie się nie zmarnowało, a my zrobiliśmy coś dobrego :)
Jak zawsze szłam rano na zajęcia. Wychodząc z bloku zauważyłam ochroniarza, który stał sobie przy schodach. Z racji tego, że humor mi dopisywał, uśmiechnęłam się do niego, co ochroniarz odwzajemnił. Jednak moją uwagę przykuł pewien obiekt znajdujący się na ziemi.
To była kupa. Ogromna psia kupa.
I niestety, musiałam skomentować jej obecność w miejscu, gdzie nie powinno jej być. Niewiele myśląc mówię do ochroniarza:
- Oho, ale ktoś się zesrał.
Ochroniarz zdziwiony, ja jeszcze bardziej, bo myślałam, że powiedziałam to w myślach, a nie na głos. Zatem wraz ze swoją głupotą pognałam w te pędy na uczelnię.
Gdy wracałam do mieszkania, znowu spotkałam tego ochroniarza. Unikałam jego spojrzenia jak mogłam. Już kończę wpisywać kod do klatki... A on podchodzi do mnie i zmieszany mówi:
- To nie byłem ja, naprawdę.
Nie wiem gdzie popełniłam błąd w wychowaniu syna.
Ponad miesiąc temu dałam mojej latorośli samochód, ciesząc się, że w końcu oderwał się od komputera, poznał dziewczynę i chce ją zabrać na randkę. Teraz wychodzi na jaw, że mój syn nie był na randce, tylko pożyczył samochód tej dziewczynie, a ona pojechała gdzieś z jakimś innym chłopakiem. Fotoradar zrobił im zdjęcie 200 km od domu. Syn przyznał się, że przesiedział cały dzień na PKS-ie, bojąc się mojej reakcji jeżeli by wrócił bez samochodu, bo ta wywłoka, bo inaczej nie da się jej określić, przekonała go na "przyjaciółkę, która pilnie potrzebuje jej wsparcia, bo zostawił ją mąż", żeby pożyczył jej mój samochód. Dodam, że to auto po powrocie było ubłocone jakby jeździło po lesie, z pustym bakiem, fotelem upaćkanym w musztardzie i jeszcze znalazłam tam pozostałości po prezerwatywie.
To już nie pierwszy raz, kiedy syn dał się wykorzystać, ale nigdy nie przybrało to takiego rozmiaru. Coraz bardziej boję się, że gdzieś w tym wszystkim zabrakło mu męskiego wzorca, bo wychowywałam go sama. Moje rozmowy i uświadamianie nie działają. Ja w jego wieku przyprowadzałam znajomych do domu, miałam przyjaciół, z którymi się spotykałam, to był czas pierwszych miłości i imprez, a mój syn całe dnie spędza przy komputerze. Sama już nie wiem co robić. Jestem tak zła, że najchętniej poszłabym do tej gówniary i powyrywała jej kudły.
Odkąd miałam 9 miesięcy wychowywali mnie obcy ludzie, mama miała mnie gdzieś, o ojcu już nie wspomnę. Mama nigdy szczególnie się mną nie przejmowała, nie spędzała czasu, bo wyjeżdżała za granicę, aby zarobić, ale moja opiekunka mi powtarza, że chciała po prostu uciec od obowiązków. Gdy miałam 13 lat wróciła do Polski, mieszkałam z nią zaledwie 3,5 roku, gdy się wyprowadziła do chłopaka, którego poznała. Zostałam sama, bez nikogo. Co prawda opłacała mieszkanie, więc miałam wszystko, czego potrzebowałam – a przynajmniej ona tak myślała. To co było mi najbardziej potrzebne to miłość od rodzica – nie miałam tego, miałam wieczne kłótnie.
Przyszedł dzień, w którym się rozstała z chłopakiem i nagle przyszła, wprowadziła się jakby nie było z tym żadnego problemu. Otóż jest, choć ona udaje, że wszystko między nami jest okej.
W pełni rozumiem, że inni mają o wiele gorsze problemy, ale potrzebowałam się wygadać. Momentami mam tak, że jej naprawdę nienawidzę, bo gdy u mnie się waliło jej nie było, a jak widziała moje łzy, była w stanie powiedzieć mi, że to wszystko moja wina. Nie oczekuję niczego więcej jak wsparcia od niej, chociaż przez tyle lat mam i tak twardą dupę, odporną na wszystkie złe sytuacje, bo parę lat temu chciała mnie oddać do ośrodka wychowawczego.
Zastanawiam się, dlaczego w tych czasach mało który rodzic zwraca uwagę na stan psychiczny swojego dziecka, dlaczego zamiast wesprzeć, bardziej dokłada swojemu dziecku bólu.
Dodaj anonimowe wyznanie