Dzisiaj w nocy śniło mi się, że jestem w swojej pracy, w restauracji. Goście właśnie bardzo ubrudzili obrus, więc trzeba było go wymienić. Miała przyjść po niego pani Krysia, żeby wziąć go do pralni. A ja, cóż... będąc kulturalnym człowiekiem, postanowiłam poskładać obrus w kostkę i położyć na ziemi. Tak też zrobiłam.
...jakiś czas później przebudziłam się, strasznie zmarznięta.
Okazało się, że śpię bez kołdry, bo ta leży sobie pięknie poskładana w kostkę obok łóżka :)
Uwielbiam szum farelki.
Gdy miałem kilka lat i nocowałem u dziadków podczas ferii zimowych, miałem zwyczaj schodzenia do kuchni w środku nocy i włączania starej, radzieckiej farelki - za oknem prószył śnieg lub padał deszcz, obijając się o metalowy parapet, a ja po prostu siedziałem na wprost niej na podłodze opatulony kocem i gapiłem się w nią, namiętnie doglądałem, jak żarniki robią się coraz bardziej czerwone. Szum wiatraczka wprowadzał mnie w błogostan. Jedyną żywą duszą w kuchni, poza mną, był stary kocur mojej babci. Wydawał się czekać na mnie co noc, bo praktyczne nigdy nie spał, siadał mi na kolanach i dopiero wtedy zasypiał, cicho pomrukując. I tak oto razem grzaliśmy się ciepłym powietrzem farelki. W ten sposób spędzałem niemal każde zimowe i jesienne wieczory u babci. Zdarzało się, że delikatnie przysypiałem, oddając się tej rozkoszy.
Dziś, po parudziesięciu latach, często wracam wspomnieniami do tamtych chwil, nawet teraz siedzę we własnej kuchni z włączoną nowoczesną elektryczną farelką, której ciepły strumień powietrza ogrzewa moje ciało i piszę to wyznanie, czując w sobie namiastkę małego chłopca owiniętego w koc, z kotem na kolanach.
Dawno, dawno temu była sobie "Wielka Miłość", poznali się na jednych z portali społecznościowych. Zakochali w sobie po uszy, nie widząc poza sobą świata układali razem życie, po 7 miesiącach związku upragnione słowa w pięknej scenerii jak z filmu "Wyjdziesz za mnie?". Pierścionek przyjęty, zamieszkali razem u niej w małym domku odziedziczonym po babci. Chcieli jak najszybciej wyprawić wesele. Szybka decyzja "Wyjeżdżamy za granicę do pracy". Pracowali ciężko, każdy grosz odkładając na wspólne konto, powolutku uzbierała się spora kwota, w sumie 60 tys. złotych. I można było planować w końcu "ten dzień". Suknia zamówiona, zaproszenia wysłane, zaliczki wpłacone, tylko odliczać dni...
Piękna historia? Lecz już nie dla mnie.
Oszukał mnie, zabrał mi wszystko, pieniądze, nadzieję, miłość, wszystko to o czym marzyłam. I zniknął. I jak mogłam żyć, bo czy można żyć bez serca? Jedna, druga nieudana próba samobójcza, zamknięcie na oddziale psychiatrycznym i totalne dno.
10 miesięcy leczenia, terapii, rozmów... Wychodzę powoli na prostą, jest OK, może nawet lepiej. A on? Jak to mówili znajomi "podobno wozi się po obcych landach swoim pięknym autkiem za wasze pieniądze".
Dziś dostałam wiadomość od jego kuzynki "Sebastian miał wypadek w Austrii, wypadł z drogi, wbił się w drzewo, nie przeżył". I pomyślicie może, że z mojej strony to okropne, ale uśmiechnęłam się tak od dawien dawna, tak po prostu...
W moim mieszkaniu wiszą na ścianach zdjęcia moich rodziców - w salonie i w kuchni, czyli w miejscach, w których spędzam najwięcej czasu. Wiszą tak, że widać je od wejścia i w zasadzie cały czas są na widoku. Często jacyś moi goście mówią, że muszę bardzo za nimi tęsknić (mieszkam daleko od rodziny), że to musi być super mieć z rodzicami taką więź, że zazdroszczą. Oczywiście z wdziękiem przytakuję.
Prawda jest taka, że do rodziców dzwonię od wielkiego dzwonu, odwiedzam ich jeszcze rzadziej, kontakt z nimi mam paskudny, a ich zdjęcia wiszą w mieszkaniu, bo... są moim motywatorem dietetycznym. Ilekroć na nie patrzę przypominam sobie, że mam nie obżerać się, tylko jeść, bo inaczej skończę z taką sylwetką jak oni. A jeśli nawet sobie nie przypominam, i tak odbierają mi apetyt.
Póki co działa, schudłam już 5 kilo. Jeszcze 10 i nie będę już mieć nadwagi.
Historia ta miała miejsce około 15 lat temu, szłam z mamą do przedszkola. W pewnym momencie powiedziałam jej, że taki jeden chłopczyk z grupy mówi brzydkie słowo na ''K''. Moja mama stwierdziła, że to jest bardzo brzydkie słowo i absolutnie nie można tak mówić.
Chyba doznała zaćmienia mózgu, bo po chwili ciszy dodała: ''Ale pamiętaj, córeczko, że ch*j i pi*da to też są brzydkie słowa".
I tak oto uświadomiona poszłam do przedszkola :D
Krótko.
Ja przedstawiciel handlowy. Długie trasy. Zepsute jedzenie w jednej z knajp na trasie. Autostrada, noc. Biegunka i brak toalety. Staję na pasie i biegnę w krzaki. Nie zdążyłem. Narobiłem na spodnie. Co robić, wyrzucam spodnie. Obesrane spodnie wiszą na drzewie. Kur... w spodniach zostają kluczki. Auto na awaryjnych, a ja w majtkach ściągam przez pół godziny spodnie z drzewa. Udało się. Upokorzony jadę dalej. Tak, w aucie miałem spodnie na zmianę.
Pora wywlec coś, co do dzisiaj przyprawia mnie o dreszcze, falę zażenowania i chęć udawania martwej przez dwa lata.
A więc...
Kilka lat temu, w jakimś programie wyłoniła się osoba Michała Szpaka.
Dla mnie, dwunastoletniej metalówy, stanowił uosobienie bóstwa. Długie włosy, "mroczny" styl. Tyle słowem wstępu.
W wakacje pojechałam do dziadków na wieś. Zawsze zabierałam ze sobą sporo książek, zeszyty do rysowania itp. Tym razem zabrałam także notesik. Malutki, uroczy. Zapisywałam w nim przeżycia z wyjazdu, przepis na krówki...
I fantazje erotyczne o Michale na jakieś 4 strony. Nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy. Pilnowałam tego nieszczęsnego notesika jak oka w głowie. Przyszedł dzień powrotu do domu. Rzuciłam bagaże w kąt i poszłam oglądać bajki. Pogadałam chwilę z Mamą. Siedząc w salonie usłyszałam, że Mamunia mnie woła. Weszłam do swojego pokoju.
O, zgrozo.
Mama trzymała mój notesik i patrzyła na mnie ze swoim charakterystycznym wyrazem twarzy, na której malowały się chęć natychmiastowej aborcji i obrzydzenie.
To zdanie mam do dzisiaj w głowie.
"Chcesz mi coś powiedzieć o ostrym seksie z Michałem Szpakiem?"
Przez kilka dni czułyśmy się bardzo nieswojo...
Potem był to temat tabu...
Przez kilka miesięcy, kiedy tylko w telewizji pojawiał się Szpak, mama puszczała mi spojrzenie godne bazyliszka. Ona do dzisiaj pamięta...
Odkąd tylko pamiętam, moi rodzice wpajali mi, że jestem najlepsza, najpiękniejsza, najwspanialsza. Kasy mieli jak lodu, rozpieszczali mnie na każdym kroku. Nikt nie był godzien zadawać się ze mną. Kasia ma mamę sprzątaczkę? Absolutny zakaz zabawy z dzieckiem z takiego domu. Tata Ani pije? Ania nie ma do nas wstępu, bo nas okradnie i jeszcze mnie brzydkich słów nauczy. W grach z rodzicami zawsze wygrywałam. Specjalnie mi się podkładali, a ja, głupie, naiwne dziecko rosłam w przekonaniu, że rzeczywiście jestem najlepsza i nigdy w życiu nie spotka mnie żadna porażka. W szóstej klasie mieliśmy wycieczkę w góry. Cała klasa pojechała pociągiem. Mnie rodzice na miejsce zawieźli samochodem... Przecież ich księżniczka nie będzie się tłukła 500 kilometrów w dusznym przedziale drugiej klasy... Nic więc dziwnego, że dzieciaki mnie nie znosiły. Zawsze byłam sama, jedyne towarzystwo w jakim wolno mi się było obracać to takie, które wybrali mi rodzice, czyli inne rozpuszczone dzieciaki z bogatych domów.
Teraz jestem dorosła i nie umiem przegrywać... Nie radzę sobie z żadną, nawet najmniejszą porażką. Do tego stopnia, że popłakałam się ostatnio, kiedy przegrałam z moim synem w Eurobiznes. Nie jestem w stanie podjąć żadnej pracy, bo lęk przed krytyką ze strony potencjalnego przełożonego dosłownie mnie paraliżuje. Mąż namawia mnie na terapię...Tłumaczy, że najwyższy czas coś ze sobą zrobić. Nie wiem, czy kiedykolwiek się odważę. To będzie przecież jawne przyznanie się do porażki. Porażki, której boję się najbardziej na świecie.
Trochę o tym, jak to można w nieprzemyślanych, rzuconych w gniewie słowach zniszczyć lata związku i jak by się wydawało, wielkiego uczucia.
Pięć lat temu wyszłam za mąż, ukochany bardzo szybko chciał powiększyć rodzinę, więc rok później na świecie pojawiła się nasza córka. Nadmienię, że zachodząc w ciążę ważyłam około 58 kg, kilka dni po porodzie było 73 kg. Przebierałam się w sypialni po pierwszym prysznicu po powrocie ze szpitala i od męża usłyszałam "Ale ty się w tej ciąży zaniedbałaś strasznie" (dla niewtajemniczonych - po porodzie następuje około 6 tygodni tzw połogu, czas gdy hormony powoli się normują, macica obkurcza, organizm przyzwyczaja się do nowej roli. Według niektórych lekarzy kobieta potrzebuje około roku, żeby całkiem "wrócić do siebie" po porodzie. Wiadomo że te parę dni po narodzinach dziecka matka nie ma figury sprzed 9 miesięcy). Nie potrafiłam nic odpowiedzieć, rozpłakałam się, a on nie zwracając na mnie kompletnie uwagi wyszedł z sypialni.
Minęło dokładnie 10 miesięcy, z powodu stresu, zaburzeń odżywiania wywołanych u mnie tamtą sytuacją i kilkoma podobnymi i ciągłego karmienia piersią waga ekstremalnie poleciała w dół. Na wizycie z dzieckiem w przychodni lekarz zbadał i mnie, kazał wtedy natychmiast odstawić dziecko od piersi ze względu na moje zdrowie - ważyłam 47 kg, mój organizm był wycieńczony. Włosy wypadały garściami, cera ziemista, paznokcie kruche i słabe, anemia. Jedynym zadowolonym w całej sytuacji był mój mąż - każdemu kto jeszcze chciał słuchać opowiadał, jak to szybko się "ogarnęłam" po porodzie. Pilnował oczywiście, żebym broń Boże nie przytyła. Potrafił skomentować "Znowu chcesz być grubasem", kiedy słodziłam herbatę.
Jego słowa sprzed prawie roku też wciąż siedziały mi w głowie, myślałam o tym co byłoby z nami, gdybym jednak nie schudła - czy bylibyśmy nadal razem? Czy może znalazłby sobie zgrabną kochankę? Ile jest wart facet, który zamiast wesprzeć swoją kobietę, wypomina jej wygląd dosłownie kilka dni po porodzie? Co jeśli znowu przytyję, na przykład po drugiej ciąży? Stopniowo odsuwałam się od męża, coraz częściej się kłóciliśmy. W końcu spakowałam dziecko i wróciłam do swoich rodziców. Mąż początkowo o nas walczył, potem jednak stwierdził, że to nie ma sensu, bo ja mam "skłonności do tycia", że pewnie teraz, jak on mnie nie pilnuje, to się roztyję z powrotem, a on chce mieć zgrabną partnerkę.
I tak dwa lata po pięknym ślubie odbyła się piękna sprawa rozwodowa. Były miał rację, przytyłam, czy też jak mówi moja mama "wróciłam do żywych", ważę 55 kg, nie objadam się, ale też nie żałuję sobie od czasu do czasu fast foodów czy słodkości.
Sytuacja sprzed lat, kiedy jako świeżo upieczony magister inżynier zacząłem pracę w technikum dwa miasta dalej. Jako że byłem dopiero co po studiach, to nie ukrywajmy, że całkiem dorosły jeszcze nie byłem i z pewnością nie wyglądałem na swój wiek. Pierwszego dnia mojej kariery pedagogicznej nie zapomnę nigdy.
Na starcie, zestresowany jak karp przed świętami, wchodzę do pokoju nauczycielskiego, gdzie nie zdążyłem powiedzieć ''dzień dobry'', a nauczycielka WF-u zaczęła się na mnie wydzierać, z jakiej racji pozwalam sobie tu wchodzić, pokój nauczycielski nie jest dla uczniów, proszę wyjść. Moja twarz przybrała koloru krwistej czerwieni i lekko drżącym głosem musiałem się tłumaczyć. No cóż, zdarza się. Można to nawet uznać za komplement. Lecz nie w następnym wypadku.
Pierwsze zajęcia tego dnia miałem w sali na 1 piętrze. Idąc w stronę drzwi, zauważyłem że pod tą salą stoi 3 uczniów. Spojrzałem na nich, oni na mnie, aż jeden z nich do mnie:
- Na ch*j się patrzysz? Coś nie pasuje?
Szczerze mówiąc, wyglądał starzej ode mnie. Mimo że nie powinienem, bo w końcu nauczyciel, to jednak niedojrzałość wzięła górę i odparłem:
- A co, kur*a, nie mogę?
Po czym pospiesznie otworzyłem salę i dodałem:
- Zapraszam do środka, jestem nauczycielem mechaniki budowli.
Wyraz twarzy tego chłopaka był nie do opisania. Przez całą lekcję siedział cicho, a potem wyjaśniliśmy sobie, że przez takie odzywki do mnie może mieć problemy i odwrotnie - więc sprawa poszła w zapomnienie.
Co prawda nie uczyłem tam długo, ale chłopaka pamiętam do dziś, on mnie zapewne też :)
Dodaj anonimowe wyznanie