Resztki mojego poczucia własnej wartości legły w gruzach. Facet uciekł mi z łóżka! Tak, dobrze czytacie, uciekł z łóżka. Bardzo się starałam, wydawało mi się, że namiętność była już bardzo podkręcona i w momencie kiedy nie miałam już nic na sobie, on się odsunął, spojrzał na mnie wzrokiem przypominającym obrzydzenie i mówiąc "przykro mi, nie potrafię" ubrał się i wyszedł...
Nie mogę przełknąć tego upokorzenia, wiem, że nie do końca mu się podobałam i poczułam w głębi duszy, że próbował sobie wmówić, że moje ciało mu się podoba, bo przypadłam mu do gustu z charakteru, a finalnie okazało się, że nie potrafi pójść ze mną do łóżka. Po co on w ogóle to zaczynał, po co dawał mi nadzieję? Nie rozumiem.
Latem, przed rozpoczęciem pracy, pojechałem na tydzień do rodziców. Ponieważ szwagier pracuje za granicą na budowę domu, moja starsza siostra i ich 5-letni syn mieszkają z moimi rodzicami. Oskar (mój siostrzeniec) jest potwornie rozpuszczony. Matka i siostra pozwalają mu na wszystko, a szwagier jak już przyjeżdża to - mówiąc wprost - się obija. Wiem, że mój ojciec raz czy dwa nie wytrzymał i dał młodemu w tyłek, ale miał po tym taką jazdę, że teraz albo po pracy ucieka na ryby albo majstruje coś w garażu.
Mieszkam ponad 300 km od nich, więc rzadko przyjeżdżam, ale teraz już do rzeczy.
Po dwóch dniach od mojego przyjazdu miałem totalnie dosyć krzyków, wrzasków, walających się zabawek (Oskarek nie musi po sobie sprzątać) i kretyńskich kreskówek na Cartoon Network.
Raz przyłapałem młodego jak strzelał z zabawkowej procy do starego, ślepego psa sąsiadów, więc skonfiskowałem mu zabawkę. W akcie zemsty Oskar "przypadkiem" walnął piłką w mój samochód, na który sam zarobiłem, a na masce powstało piękne wgłębienie. Zrobiłem lekką zadymę. Oczywiście siostra i matka uwierzyły, że to było "niechcący" i powiedziały Oskarkowi, że "to troszkę nieładnie" i w ramach "kary" musiał mnie przeprosić. Z pomocą ojca wywalczyłem od siostry pieniądze na blacharza.
Przez noc trochę ochłonąłem i postanowiłem dać smarkowi nauczkę. Rano przy śniadaniu powiedziałem siostrze i matce, że zabiorę siostrzeńca na wycieczkę. Ucieszyły się, więc spakowaliśmy kanapki i wodę i pojechaliśmy.
Wywiozłem młodego nad rzekę, w miejsce idealne na piesze wędrówki i zabrałem na dłuuugi spacerek. Picia mu nie żałowałem, wysłałem do siostry kilka SMS-ów, że wszystko gra. Tylko raz zatrzymaliśmy się na dłużej, żeby zjeść. Pod koniec młody był tak zmęczony, że beczał. Przy aucie obiecałem mu, że jak jeszcze raz przyłapię go na dokuczaniu zwierzętom albo niszczeniu cudzych rzeczy, to zrobimy sobie jeszcze dłuższą wędrówkę.
W domu oczywiście dostałem niezły opieprz od matki i siostry za "znęcanie się nad dzieckiem", ale ojciec nawet przyznał mi rację.
Do końca mojego pobytu młody chodził jak w zegarku, a moje słowo było dla niego święte.
Siostra dalej ma lekkiego focha, ale mnie to nie rusza, bo dalej uważam, że dzieciakowi się należało, choćby za tego nieszczęsnego psa :)
Dziś rano czytałam wyznanie pewnej dziewczyny, która zakochała się w przyjacielu, ale bała się wyznać mu miłość, a teraz będzie świadkiem na jego ślubie. Po przeczytaniu zrobiło mi się strasznie jej żal, ale nie mogłam sobie wyobrazić, co ona musi teraz czuć. Nigdy w nikim się nie zakochałam i ciężko mi wyobrazić sobie, co może czuć zraniona osoba.
Oczywiście nie mam zamiaru rozpisywać się na temat cudzej historii, jednak przez to wyznanie zdałam sobie sprawę, że ze mną jest coś nie tak – dlaczego nie mogę jak inni poczuć co to miłość i rozczarowanie lub żal po nieudanym związku?
Mój rozwój emocjonalny zatrzymał się w wieku 11 lat. W owym czasie moją miłością byli aktorzy. Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Quo Vadis i zakochałam się w w Pawle Delągu, potem przyszła kolej na Brada Pitta czy Colina Farrella, z wiekiem osoby się zmieniały, ale zawsze były to postacie fikcyjne lub nierealne do zdobycia.
Obecnie jestem po 30-stce, wszyscy dookoła maja już partnerów, mężów, dzieci, a ja nawet nie mam chłopaka. Za każdym razem gdy słyszę "no kiedy ty wreszcie kogoś poznasz", to mam ochotę wykrzyczeć, że z przyjemnością kogoś poznam, ale nie umiem, bo od kilku lat wzdycham do pewnego chłopaka. I tu pojawia się problem, gdyż spodobał mi się chłopak, który raczej nigdy nie odwzajemni moich uczuć, bo nie wie, że istnieję. Nie jest to jakaś znana osoba, mieszkająca setki kilometrów ode mnie. Chłopak gra w teatrze, który znajduje się kilkanaście kilometrów ode mnie.
Dlaczego dziś postanowiłam o tym napisać? Otóż przed pandemią regularnie odwiedzałam teatr, głównie dla tego chłopaka, lubiłam siedzieć i go słuchać (przy okazji jest muzykiem i występuje w wielu koncertach). W ostatnim czasie musiałam się pocieszyć filmikami na YT i jego profilem na Insta. Do dziś… dostałam zaproszenie na próbę do teatru, w którym gra ten chłopak. O niczym innym ostatnio nie myślałam, jak tylko o tym, kiedy go znów usłyszę.
Nie wiem jak opisać moje rozczarowanie, kiedy 20 minut przed koncertem dowiedziałam się, że on dziś nie wystąpi. Czułam, jakby co najmniej uciekł mi sprzed ołtarza. Kiedy siedziałam pogrążona w smutku, przede mną usiadł chłopak, i nie uwierzycie, ale to był on... Przez trzy godziny nie mogłam się na niczym skupić, czułam jak wali mi serce, to były tortury, był tak blisko, a zarazem tak daleko. Koncert się skoczył, a ja myślę tylko o nim.
Błagam, niech mną ktoś potrząśnie i każe mi się ogarnąć, bo zwariuję. Żyję marzeniami i złudzeniami, że nasze drogi kiedyś się skrzyżują. Wiem, że nie mam już 15 lat, a zachowuję się jak gówniara. Pomyślicie, że może nie mam innych zmartwień, ale mam ich sporo i naprawdę brak drugiej osoby przy boku i nierealna miłość to życie mi jeszcze bardziej utrudnia.
Świąteczny tłum i szał zakupowy. Kolejka jak za komuny. Stoję za młodym małżeństwem i słyszę oto taki dialog:
- (On głosem męczennika) Kochanie, jak mnie strasznie boli głowa. I gardło. I w kościach mnie łamie i w ogóle to chyba mam gorączkę
- Kamil, przecież dałam ci rano <nazwa leku>
- Boże, jak strasznie mnie boli...
- Masz tu jeszcze <nazwa leku> i weź się w garść!
- Ale gardło też mnie tak strasznie boli...
- Dobrze, masz tu jeszcze coś na gardło.
(5 minut później)
- Nadal strasznie wszystko mnie boli. Masz tam coś jeszcze w tej torebce, co mógłbym wziąć?
Na to wkurzona już kobieta wyjęła ostentacyjnie z torebki różaniec, tak żeby każdy mógł go zobaczyć i podała zdezorientowanemu mężowi z tekstem:
- Masz, Kamil. Odmów. Niestety, ale z tego co widzę to już twoja końcówka i ja ci już nie pomogę. Została tylko modlitwa o cud.
Kasjer wprawdzie nie wstał i nie bił brawa, ale za to cała kolejka się śmiała :-)
Kilka lat temu otworzyłam lumpik w małym miasteczku, w którym mieszkam. Interes rozwijał się coraz lepiej, myślałam nawet o utworzeniu "filii" w miasteczku niedaleko, jednak okazało się, że jestem w ciąży i zwyczajnie nie dam sobie rady z prowadzeniem sklepów, póki kaszojad nie pójdzie chociaż do żłobka. Nie chciałam likwidować sklepu, żal mi było wyrobionej renomy i zdobytych klientek - możecie się śmiać z "renomy" używanych szmatek, ale miałam naprawdę świetne ciuchy i często panie ubierały u mnie całą swoją rodzinę. Jak długo mogłam, pracowałam, bo jak wiadomo, "pańskie oko konia tuczy", ale z początkiem trzeciego trymestru postanowiłam skorzystać z pomocy Marlenki, córki znajomej mojej mamy. Marlenka jako znawczyni mody i znanych marek roztoczyła przede mną wizję wielkiego rozwoju sklepu, klientki miały walić do nas drzwiami i oknami. Ale gdyby tak było, nie pisałabym teraz tej historii...
Marlenka notorycznie na zmianę to otwierała sklep godzinę później, to zamykała godzinę czy nawet dwie wcześniej. Bez żadnej informacji dla klientek, choćby karteczki w drzwiach. Tu dentysta, tu umówiła się z narzeczonym, tu nagle rozbolała ją głowa. Ja wszystko rozumiem, ale wystarczyło dać mi znać, że potrzebuje wyjść, i ja lub mama bez problemu byśmy ją zastąpiły na tę godzinę czy dwie. Doszło do tego, że znajome wypytywały mnie, czy zwinęłam interes, bo kiedy by nie zajrzały było zamknięte.
Obrotna Marlenka postanowiła wymienić swoją garderobę moim kosztem - nagminnie przynosiła swoje prywatne rzeczy do sklepu, w zamian wybierała rzeczy z wieszaków. Była na tyle bezczelna, że pewnego razu na wieszaku znalazłam kurtkę, w której Marlenka przechodziła pół zimy - z uśmiechem stwierdziła, że trochę jej się przytyło, więc wzięła sobie większą, a swoją starą ot tak po prostu powiesiła w jej miejscu...
Ostateczną kwestią były obroty - parę miesięcy po pojawieniu się Marlenki spadły strasznie, owszem, było mnie stać na czynsz i jej wypłatę, ale jeśli dla mnie zostało 1000 zł w miesiącu, to było święto. Okazało się, że Marlenka nie dba o klientów, całe dnie spędza z łokciami wprost przyklejonymi do biurka i na każde zadane przez klientki pytanie o kolor, rozmiar czy dostępność ciuchów odpowiada znudzonym NIE WIEM, nic więc dziwnego, że w końcu mało kto zaglądał do sklepu.
Kiedy wreszcie miałam dość i wygarnęłam jej to i owo, stwierdziła, że inaczej sobie tę pracę wyobrażała i w takim razie ona podziękuje za współpracę. Cóż było robić, dzieć w trybie przyspieszonym został zapisany do żłobka, a ja wróciłam ratować podupadający interes. Znalazłam odpowiedzialną dziewczynę, pojawiły się transmisje na fb, ogółem nie spodziewałam się takiego rozwoju.
Szkoda tylko, że znajoma mamy opowiada wszem i wobec, jak to jej córeczka rozwinęła mój biznes, a ja kopnęłam ją za to w tyłek.
Przygotowania świąteczne. Ja i moja babcia w kuchni, lepimy pierogi, kiedy to zeszło mi się na wspominki mojego byłego chłopaka.
"Jeszcze poprzednie święta spędzaliśmy razem, jak on mógł mnie tak zranić, kto mnie teraz zechce... bla, bla".
Babcia słuchała chwilę w milczeniu, po czym rzuciła we mnie pierogiem. Nie byle jakim, najdorodniejszym pierogiem, jaki w życiu widziałam. Trafiła prosto w głowę, po czym zaśmiała się i mówi:
- Weź się w garść, kobieto, ten przystojniak z parteru od dawna ma na ciebie chrapkę.
Przystojniaku z parteru, nadchodzę! :D
Pracuję na UJ w Krakowie, biolog, spec. morfologia. Dane, które spływają nam od roku, mówią jasno: czy się zaszczepiłeś czy nie, czy może jesteś ozdrowieńcem, ale jeśli miałeś kontakt z tym patogenem, spodziewaj się problemów z krwią już zaraz.
4 miesiące po szczepieniu lub przejściu infekcji notujemy ogromny wzrost D-dimerów we krwi badanych. Na tyle duży, że w przypadku lekkiego odwodnienia lub leków na "krew" czy też wysiłku typu sportowiec wyczynowy (np. triathlon), w połączeniu z temperaturą powoduje zatory, udary, zakrzepice, głównie zatorowość płucną.
Nasza analiza przeszła przez sort i kazali nam ją zraportować (czyli oddać wszystko).
Po oddaniu we wrześniu nasz team został rozwiązany, a każdy dostał nową destynację, taką, że z Krakowa wylądowałem w Warszawie, a mój w sumie przełożony jest w Poznaniu. Reszta po prostu rozeszła się po całej Polsce, a było to 35 osób.
Następnie zaproponowano mi stanowisko w dziekanacie, zaznaczając, że jeśli odmówię, to nie będzie już mojego stanowiska. Tadam! Tak nas załatwili jedną dokumentacją.
Tak czy owak, uważajcie na swoją krew, dzieje się coś niepokojącego. Za dużo było badanych (133 200 suma populacyjna) z całego świata.
Nigdy nie chciałem wierzyć w to, że starsze kobiety zajmują czas lekarza, rozmawiając o wszystkim, tylko nie o zdrowiu.
Do czasu... Do czasu aż przez cienkie ściany gabinetu cała poczekalnia nauczyła się, jak zrobić cienkie i chrupiące ciasto do pizzy.
Mam 17 lat i mam problem z moim fetyszem stóp. Ogólnie podniecają mnie dziewczyny, jak i ich stopy, ale mam problem z moim przyjacielem... Strasznie mnie pociągają jego stopy i nie wiem, czy to dlatego, że są bardzo małe i zadbane jak u kobiety, czy to jednak ze mną jest coś nie tak.
Będąc dzieckiem zawsze lubiłam jeździć do mojego ulubionego wujka. Wujek zawsze spędzał ze mną dużo czasu. Uwielbiał się ze mną bawić, nawet bardziej niż ze swoimi dziećmi. Niestety jego najstarszy syn, a mój kuzyn nigdy mnie nie lubił, bo zabierałam mu tatę, natomiast jego rodzeństwo było szczęśliwe jak przyjeżdżałam.
Mając 5 lat pojechałam z rodzicami do wujostwa na święta wielkanocne. Wszystko fajnie przebiegało, bawiłam się z kuzynostwem, no i oczywiście z wujkiem. Przyszedł zajączek, zostawił wszystkim prezenty i wszyscy byli szczęśliwi. Wiadomo, jak Wielkanoc, to lany poniedziałek. Od rana biegałam z kuzynami i oblewałam wszystkich wodą z małego jajeczka. Nagle złapał mnie wujek i zabrał mi jajko i wypił mi całą wodę z jajka. Zdenerwowałam się i pobiegłam do mamy, żeby mi je uzupełniła. Znów biegałam i oblewałam wszystkich. Ponownie złapał mnie wujek i opróżnił jajko. Sytuacja powtórzyła się kilka razy, więc sobie odpuściłam.
Święta się skończyły i trzeba było wracać do domu, więc jak to dziecko - koniec zabawy, to było mi smutno.
Miesiąc później zadzwoniła do mamy ciocia, widać było, że coś się stało, bo mama płakała. Okazało się, że mój kochany wujek nie żyje. Żal i rozpacz, że wujcio jest u aniołków.
Pojechaliśmy na pogrzeb. Był to najgorszy dzień w moim życiu. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, zabrało mnie na bok kuzynostwo, widać było, że są na mnie źli, mało powiedziane... Byli wręcz wściekli. Okazało się, że ten niedobry kuzyn miał w szkole lekcje na temat zanieczyszczonej wody i ubzdurał sobie, że to wszystko moja wina, bo wujek wypił moją wodę z kranu. Nastawił na mnie swoje rodzeństwo i do dziś słyszę te słowa "ZABIŁAŚ NAM OJCA". Jako mała dziewczynka uwierzyłam w to wszystko, ale bałam się powiedzieć o tym rodzicom.
Lata mijały, a ja żyłam w przekonaniu, że to moja wina. Dopiero w szkole się dowiedziałam, że to była nieprawda.
Dodaj anonimowe wyznanie