Mam zaledwie 16 lat, a moim problemem jest jedzenie, a dokładniej kcal.
Od małego lubiłam jeść, a w 5 klasie sporo przytyłam, co moi rodzice dawali mi dość mocno do zrozumienia. W 8 klasie moja figura była mi obojętna do czasu, w którym zaczęły lecieć do mnie przykre dosyć zaczepki, np. w ojciec potrafił przy mojej koleżance powiedzieć, żebym „weszła na steper” i wiele innych, codziennie spotykałam się z takimi komentarzami, nie tylko od niego, bo gdy szłam po jedzenie, to rodzice wytykali mi jego ilość. Z 67 kg przeszłam na 57, pasowało mi to, mimo iż osiągnęłam to głodówkami. Kiedy zaczęło już być lepiej i zaczęłam normalnie się odżywiać, to słyszałam komentarze, że znów coś mi się przytyło, więc znowu zaczęłam się głodzić, później się obżerać. I ciągle tak mam. Po zjedzeniu większego posiłku czuję się bardzo źle i myślę tylko o ilości zjedzonych kcal. Mam tego dość, mam obsesję na punkcie swojej wagi, stając przed lustrem widzę siebie o większych rozmiarach. Zrobiłam zdjęcie przy różnicy kilku kg i naprawdę było widać różnicę, która na zdjęciu mnie satysfakcjonuje, ale nie mogę normalnie jeść, bo przytyję, a jak przytyję, to znowu będę się niefajnie czuła, bo od wagi zależy mój humor.
Moja żona zaszła w ciążę, planowaną, jesteśmy szczęśliwi, wszystko super. Poszła do szefa powiedzieć jaka jest sytuacja i tu pierwsze zdziwienie: szef poprosił ją, aby została jeszcze tydzień, bo akurat mieli ważny projekt w pracy na ukończeniu. Moja luba wytłumaczyła, że chciała tylko poinformować, bo uważała, że tak wypada, że wcale nie ma zamiaru rezygnować z pracy (to był 2 miesiąc ciąży, czuła się dobrze, nic nie zmuszało jej do L4). Szef szczęśliwy, powiedział, że jeśli się będzie gorzej czuła czy coś, to ma od razu zgłaszać i się niczym nie przejmować.
Fajnie, że się troszczy, ale troszczy się tylko szef, bo gdy inne kobiety z jej pracy dowiedziały się o tym, że jest w ciąży i nie poszła na L4, to zaczęła się masakra.
Nie było dnia aby nie usłyszała, że nie dba o dziecko, niektóre mówiły jej nawet, że chce je zabić, sytuacja z dnia na dzień była gorsza. Była z tym u szefa, ale on stwierdził, że nie ma wpływu na to co inni mówią, jedyne co mógł zrobić, to pozbawić premii za ostatni kwartał owe miłe panie.
Żona wytrzymała tak 2 tygodnie, sam radziłem jej iść na to L4, widząc jak dzień w dzień wraca zapłakana z pracy.
Tak właśnie kobiety, zachowując się najgorzej jak tylko mogły, pokazały jakie są i na co zasługują.
Poszedłem na imprezę do klubu disco polo. I wiecie co? Bawiłem się wspaniale, to była świetna impreza.
Anonimowe? Ano tak. Bo wśród znajomych uchodzę za totalnego przeciwnika tej muzyki... ze strachu przed wyśmianiem. A w głębi duszy kocham disco.
Nie piję już rok alkoholu, więc uznałem, że czas podzielić się z kimś moim doświadczeniem.
Ludzie myślą, że odwyku potrzebują tylko pijący i ludzie, którzy rujnują swoją karierę i godność piciem. Otóż ja wcale nie byłem pijakiem, bo upijałem się sporadycznie, raz na rok może. Nie zniszczyłem sobie kariery ani się nie stoczyłem. Pewnego dnia jednak uświadomiłem sobie, że wszystkie moje problemy, złe decyzje, których żałuję i które skutkują do dziś, wszystkie głupie zachowania, kłótnie z żoną, oglądanie porno i inne dewastujące nawyki były po alkoholu. Ograniczone panowanie nad sobą jest dość oczywistym skutkiem picia, ale w moim przypadku to również niestabilność emocjonalna – stawałem się dwubiegunowy, raz przeszczęśliwy, potem przybity. Pierwszy miesiąc był trudny, ale po roku bez picia widzę, jak wszystko w życiu ulega poprawie. Jakbym obudził się z jakiegoś snu, w którym biegam i stoję w miejscu. Teraz kontynuuję rozwój osobisty, rodzinny, zawodowy itd., który zatrzymał się przez alkohol.
Piłem jedno, dwa piwa średnio co dwa dni. Też tak macie i myślicie, że to nie problem? To spróbujecie nie pić przez trzy miesiące.
Mój słodko niezdarny chłopak stłukł szklankę z limitowanej edycji.
Następnego ranka przy śniadaniu przepraszał. Nie byłam zła, wyjaśniając to wyciągnęłam z szafki mój ulubiony kubek i tłumaczyłam, że o zniszczenie tego dostałabym piany z pyska, ale ma się nie przejmować tamtą szklanką.
Niestety zapomniałam, że ironia mnie kocha.
Gdy to tłumaczyłam, mój kubek wypadł mi z ręki.
Tak że ten, mi było przykro. A on jeszcze nigdy nie był tak siny z powodu tłumionego śmiechu :/
Siedzę na kibelku, dwójeczka w trakcie.
Po wszystkim odrywam kawałek papieru, wydmuchuję nos i podcieram tyłek. Prawie zawsze tak robię.
Że też musiałam ten jeden raz pomylić sekwencję...
Właśnie wróciłam z siłowni i nieprędko tam wrócę. Ale po kolei.
Za rok biorę ślub. Z racji tego postanowiłam zrzucić parę kilogramów. Dokładnie 25. Jestem gruba, ale udało mi się znaleźć faceta, któremu w ogóle to nie przeszkadza. Chcę schudnąć dla siebie. Najbardziej motywuje mnie to, że nie chcę wyglądać jak ziemniak na własnym ślubie. Przeszłam na dietę, zaczęłam biegać, jeździć na rowerze. Schudłam 5 kilogramów i byłam wniebowzięta. Postanowiłam zapisać się na siłownię.
Idę sobie zadowolona, z pozytywnym nastawieniem. I wiecie co? Jeszcze chyba nigdy nie usłyszałam tylu nieprzyjemnych komentarzy. "Chodakowskie" i "Lewandowskie" patrzyły na mnie z pogardą i szeptały miedzy sobą. "Pudziany" również rzucały niepochlebnymi komentarzami. Nie wiem, czy na każdej siłowni tak jest, ale naprawdę zrobiło mi się przykro.
Dobra, wiem, jestem gruba. Z własnej winy. Jednak próbuję coś z tym zrobić. Próbuję zmienić swoje życie i zamiast ze wsparciem, spotykam się z hejtami. Ludzie, trochę wyrozumiałości. Nie od razu Rzym zbudowano.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że kobiety, które chcą realizować tradycyjny model rodziny są potępiane i to z reguły przez kobiety. Jednak od początku...
Swojego męża poznałam jeszcze w szkole średniej, w wieku 24 lat wyszłam za mąż, potem skończyłam studia, znalazłam pracę, podobnie jak mąż. Od zawsze chcieliśmy dużą rodzinę, więc w wieku 25 lat byłam już w pierwszej ciąży, w wieku 27 w drugiej, w wieku 29 w trzeciej, a gdy miałam 32 lata urodziłam czwarte i ostanie dziecko.
Gdy rodzicom i znajomym powiedziałam, że zostaję z dziećmi w domu, to wszyscy się oburzyli. Nie docierały tłumaczenia, że koszt żłobka dla jednego dziecka to 1000 zł miesięcznie w naszym mieście, że za przedszkole liczą sobie 500 i zwyczajnie naprawdę nie opłacało mi się iść do pracy. Próbowałam wrócić na pół etatu do swojej starej pracy, ale nie chcieli mi dać takiego wymiaru godzin. Mąż dobrze zarabia, jest w stanie nas utrzymać, więc siedzę w domu, choć siedzę to za dużo powiedziane.
Nawet nie zliczę, ile razy moje "koleżanki", które zamiast pieluch wybrały karierę, potrafiły szydzić ze mnie, że wybrałam żywot kury domowej. Nawet rodzina, a zwłaszcza moja mama, potrafiła mi powiedzieć jak czasami mówiłam jej, że padam z nóg, że po czym ja jestem zmęczona, jak do pracy nie chodzę. Jak chodziłam swego czasu na hybrydy, to ludzie się burzyli, że jak to tak, nie pracuje, a na przyjemności ma. Ogólnie panuje przekonanie, że kobieta w tych czasach to powinna robić karierę, rodzić dzieci, opiekować się domem i mężem i przy okazji się rozdwoić.
Gdy idę z dzieciakami do sklepu czy do parku, to naprawdę widzę nieprzychylne spojrzenia. Jak byłam w ostatnim miesiącu ciąży, z dwójką dzieci pod pachą w aptece i źle się poczułam, to jeszcze usłyszałam, że tyle dzieci narobiłam, to pewnie zdrowa jestem i tylko od kolejki chcę się wywinąć.
Przytyków o beneficjentach, patologii, czy w ogóle o całym 500+ to nie zliczę. Jasne, korzystamy z dodatków, odkładamy, kupujemy za to dzieciakom ciuchy czy kursy albo kolonie latem dla najstarszych. Ale to przecież nie grzech. Poradzilibyśmy sobie i bez tego, ale skoro moje dzieci mogą mieć coś ekstra, to czemu by nie? W ludziach jakaś taka nienawiść narasta i niesprawiedliwość społeczna, ale to naprawdę nie jest wina rodzin wielodzietnych. Przynajmniej takich normalnych, nie patologicznych.
Ja wiem, że ludziom się nie dogodzi i kobiety, które nie chcą mieć dzieci w ogóle też mają przerąbane. Każdy kij ma dwa końce.
Mnie w tej sytuacji jednak boli najbardziej, że najwięcej przykrych komentarzy usłyszałam właśnie od kobiet i to często zupełnie obcych. Beneficjentka, kura domowa, krowa rozpłodowa czy po prostu "patusiara". A musicie wiedzieć, że naprawdę mamy normalny dom, stać nas na wakacje, dzieci są czyste, zadbane, w miejscach publicznych grzeczne. Po prostu nie rozumiem tej nienawiści.
Historia miała miejsce w maju kilka lat temu. Trzecia klasa gimnazjum. Po napisaniu egzaminów wszyscy, nawet nauczyciele, odetchnęli i trochę się wyluzowali. Najbardziej nasz matematyk – mimo że słynął ze swoich niezapowiedzianych kartkówek, wtedy już nam odpuścił (swoją drogą to jeden z najlepszych nauczycieli, jakich w życiu miałam).
Całą klasą już na początku gimnazjum stwierdziliśmy, że pod koniec szkoły zrobimy coś, żeby historia o naszym wyczynie krążyła wśród następnych pokoleń. Obmyśliliśmy plan idealny.
Jak wiadomo, maj to rozpoczęcie sezonu na grillowanie. Zrobiliśmy więc wielką naradę wojenną, na której zarządziliśmy składkę i rozdzieliliśmy zadania. Tego dnia kilka osób, w tym ja, przyszło do szkoły 10 minut po dzwonku. Klasa już dawno weszła do sali, a my wszystko przygotowaliśmy i czekaliśmy na sygnał w postaci SMS-a.
A teraz wyobraźcie sobie minę nauczyciela, kiedy w połowie lekcji drzwi gwałtownie się otwierają i wchodzą uczniowie targający pojemniki z mięsem, papierowe talerzyki, plastikowe widelce i przenośnego grilla, krzycząc „Niezapowiedziana karkówka!” :D
Będzie o niebezpieczeństwie nadmiernego spożycia alkoholu i wstydliwych tego skutkach.
Lata temu, dość mocno już zrobiony, wracałem po jakiejś imprezie nocką ciemną do domu i spotkałem na ulicy jakiegoś człowieka, który poprosił o ogień. Grzecznie przypaliłem mu papieroska, po czym ruszyłem w swoją stronę.
Nagle zapragnąłem sprawdzić godzinę i z przerażeniem stwierdziłem brak czasomierza. Ruszyłem z kopyta za palaczem, dopadłem go i ryknąłem „Oddawaj zegarek!”. Jako że posturę mam niezgorszą, to delikwent bez protestów zegarek mi oddał.
Dumny z siebie ruszyłem do domu, gdzie ujrzałem mój zegarek leżący sobie na półeczce...
Dodaj anonimowe wyznanie