Miałem może z 5 lat, słoneczny dzień, wiosna, tata siedzi przy komputerze, mama w pracy, krzyczę „Tata, czy mogę?!”. Tata bez zbędnego drążenia „Tak, synek, tylko daj mi spokój!”.
Tak oto mama wraca do domu, widzi nowe prześcieradło, które zmieniło kolor z białego na „asfaltowy grafit o poranku”, mnie w podobnych barwach, stojącego wraz z plastikową taczką pełną ziemi i doniczkami, przy czym w jednej siedział (już nie) śnieżnobiały kot, obsypany dookoła, równiuteńko, ziemią z ogrodu. Tata zapytany przez mamę co tu się stało, nawet nie wychodząc z biura, rzucił „No jak to co, dziecko się przecież musi bawić”.
>Mama wynajęła opiekunkę
>Tata dostał taki opieprz, że kot myśląc pewnie, że to jego wina, gdzieś się schował
>Prześcieradła nie dało się uratować, zostało wyrzucone
>Ojciec przez tydzień spał na kanapie
Jestem motorniczą i chciałam skierować kilka słów do rodziców, którzy wsiadają z dziećmi. Niestety sytuacja, która dziś miałam nie była miła dla mnie, a tym bardziej dla mamy i dziecka.
Obowiązuje mnie czasówka. Kiedy widzę, że jestem po czasie, nie czekam na biegających pasażerów albo takich, którzy zapatrzyli się w telefon czy robili jeszcze inne rzeczy. Dziś na przystanku jak już zamykałam drzwi, doskoczyła z boku pani, próbując wciskać guzik, żeby jeszcze wsiąść. Zobaczyłam, że jestem po czasie i pojechałam... Kiedy byłam gdzieś w połowie drogi, zobaczyłam dziewczynkę na samym końcu tramwaju, patrzącą jak przystanek i najprawdopodobniej jej mama zostają coraz bardziej w tyle. Po chwili zobaczyłam, że jakaś pani nachyla się do dziewczynki, a więc pomyślałam, że mi się zdawało. Pani z dziewczynką wysiadły na kolejnym przystanku. Obstawiam, że była to pani, która zajęła się dziewczynką. Gdyby jednak dziewczynka została sama, to podeszłabym do niej, zrobiła zatrzymanie i poczekała, aż mama przyjedzie kolejnym pojazdem... Myślę, że dziecko wskoczyło do tramwaju, a mama cofnęła się, żeby coś wyrzucić. Nie wiem, tak obstawiam...
Emocje we mnie ciągle siedzą. Nie wiem jak wsiadacie ze swymi pociechami do pojazdów komunikacji miejskiej, ale proponuję żeby zawsze trzymać je za rękę albo na rękach, albo ogarnąć tak, żeby wsiadać razem.
Mam 24 lata, a tego lata bałem się jak mała dziewczynka. Ale od początku.
Dostałem premię w pracy, więc aby to uczcić postanowiłem zrobić domówkę. Pogadane z sąsiadami, czteropak i kwiaty rozdane, wszystko umówione. W dzień imprezy zawiozłem mojego futrzastego przyjaciela do rodziców, żeby się zbytnio nie stresował grupą pijanych osób.
Impreza jak impreza. Popite, pośmiane. Wszyscy koło rana pojechali do domu, no to ja w kimę. Budzę się koło 1, słysząc hałas z kuchni. Pierwsze co myślę, że to mój pies hałasuje, więc chciałem jeszcze pospać. Wtedy doszło do mnie, że psa nie ma w domu, więc odważnie wstaję i idę pomału sprawdzić co się dzieje. Otwieram drzwi od mojego pokoju i słyszę przerażający dźwięk. Nie mam pojęcia co to. Otwieram drzwi do kuchni i dźwięk tak jakby dobiegał z szafki na naczynia. Wtedy szafka otworzyła się i wypadło z niej kilka garnków. Ja przerażony (przede wszystkim na kacu), nie wiem co robić, więc szybko wybiegam z mieszkania. Po chwili ochłonąłem i zdałem sobie sprawę, że wybiegłem z bloku mieszkalnego w samych bokserkach, w dodatku dziurawych. No więc opanowałem się i wracam do mieszkania. Słyszę tylko ciszę, ale wchodzę do kuchni i wiecie co? Na środku leży telefon obok garnka. Nie mój. Okazało się, że dnia wcześniejszego kumpel chciał mi zrobić żart, w którym poprzestawiał garnki, tak że małe były na dnie, a duże na nich. Miało to spowodować dużo hałasu, kiedy rano otworzę szafkę w poszukiwaniach kubka. Ale był tak pijany, że w jednym z garnków zostawił telefon. Pech również chciał (a może kolejna część pranka), że zawiasy były bardzo poluzowane i całe drzwiczki spadły na ziemię pod naporem garnków przewróconych wibracjami telefonu.
Byłbym pierwszym na świecie człowiekiem, który umarł na zawał w dziurawych bokserkach z powodu zgubionego telefonu.
Właśnie się dowiedziałem, że umarł facet z mojej firmy. Pomyślałem sobie: fajnie, zazdroszczę mu.
Kiedy byłam młodsza i uczęszczałam do gimnazjum, wychowawczyni wzięła nas na wycieczkę do pobliskiego muzeum. Na koniec pani pozwoliła nam iść do sklepu z pamiątkami, więc udałam się z koleżanką, żeby je pooglądać. Zaciekawiła mnie ładna figurka, która znajdowała się za szybką. Gdy tak się jej przyglądałam, stwierdziłam, że koleżanka stoi tuż obok, bo chwilę wcześniej jeszcze rozmawiałyśmy, więc nie odwracając się po prostu zrobiłam szybki ruch ręką w tył żeby ją zaczepić i uszczypnąć w tyłek.
Wtedy poczułam pośladki. Ale szybko się zorientowałam, że nie są jej, bo były... wielkie.
Mina mojej wychowawczyni i stwierdzenie, że nie znała mnie od tej strony była bezcenna :)
Każdy chyba miał w dzieciństwie znienawidzoną koleżankę lub kolegę. Takiego diabła wcielonego, którego bały się wszystkie dzieci na osiedlu. Moje osiedlowe zło wcielone nazywało się Gruba. Tzn. inaczej miała na imię, ale Grubą wymyślił jej brat i tak się jakoś przyjęło... Była starsza o dwa lata, potwornie gruba i jeszcze bardziej złośliwa. Nie było dnia, żeby komuś nie podłożyła nogi, nie dała kuksańca albo wręcz nie napluła w twarz. Nikt jej nie lubił, bo się po prostu nie dało. Któregoś wakacyjnego dnia 6-letnia ja bawiłam się z koleżankami w piaskownicy. Przyszła Gruba i już było po zabawie. Rozwalała zamki z piasku, połamała komuś łopatkę, wiecie, takie wredne dziecięce zagrania. Wzięliśmy ją na przetrzymanie. Im więcej ona nam dokuczała, tym bardziej dzieci ją ignorowały. Psuje jedną zabawę? OK, wynosimy się za blok i gramy w klasy. Przylazła i popychała innych? OK, idziemy grać w chowanego. Mówiła szukającemu, gdzie się kto schował? OK, idziemy na trzepak. Wreszcie, trzęsąc się ze złości, Gruba dała za wygraną i poszła na ławeczkę poskarżyć swojej mamie. Traf chciał, że na tej samej ławeczce siedziała też moja mama i akurat opowiadała zmartwiona, że zgubiła gdzieś ulubiony złoty pierścionek z czerwonym oczkiem i nigdzie go nie ma od kilku dni. Gruba w zemście powiedziała, że widziała go, jak się nim bawiłam i chwaliłam koleżankom w piaskownicy. Oczywiście, moja mama jej uwierzyła...
Co ja się wtedy napłakałam, zarzekałam, że nieprawda, i tak mi nie uwierzyła. Lanie oczywiście też dostałam. A Gruba tylko się śmiała. Poprzysięgłam zemstę.
Okazja do niej nadarzyła się dopiero po ponad 20 latach. Byliśmy z mężem w ogródku piwnym, ciepły, letni wieczór, siedzimy, mąż sączy piwko, ja soczek, kulturka. W pewnej chwili patrzę i oczom własnym nie wierzę – Gruba!!! Choć powinnam napisać raczej Grubsza... :P Po cichu opowiedziałam mężowi sytuację z pierścionkiem. Ten zachichotał szatańsko i wskazał niebieskiego Peugeota, stojącego w dość oddalonym miejscu „Tym przyjechała, widziałem. Poczekaj, tylko skończę piwko”... Zniknął na jakiś czas. Kiedy wrócił, jak gdyby nigdy nic zamówił sobie kolejne piwo, a dla mnie kolejny soczek. Gdy dopytywałam gdzie był tak długo, tylko się tajemniczo uśmiechał. Minęło kilkanaście minut, Gruba idzie do auta. Rusza, zatrzymuje się, wysiada i patrzy z niedowierzaniem. Po chwili słyszymy wrzaski i przekleństwa. Spojrzałam na męża – „Spuściłem jej powietrze z dwóch kół, tych, których nie widać od strony ogródka”...
Mała rzecz, a cieszy ;) Kocham go!
PS Pierścionek się znalazł w tym samym roku, w grudniu, podczas porządków świątecznych. Mama zdjęła go do wyrabiania ciasta drożdżowego i wpadł za szafkę w kuchni :)
Od dłuższego czasu jestem singielką, mój stan w zasadzie mi nie przeszkadza. Przeciwnie, póki takowy jest, mocno z niego korzystam. Stąd każdy grill, impreza czy wyjazd jest po prostu mój. Mam przyjaciela, którego znam od 10 roku życia. Już dawno zaczęłam go traktować bardziej jak rodzinę, ale od jakiegoś czasu, kiedy dziewczyna go rzuciła, daje mi małe sygnały. Nie mam pojęcia, czy sobie to wmawiam czy nie. Tylko dopiero w ostatnim czasie zaczął mi mówić o tym, jak lubi moje oczy czy mój uśmiech, gdzie kiedyś prędzej by powiedział, że widać krzywe zęby, jak się uśmiecham. Ostatnio mówiłam mu, że jest naprawdę moim najlepszym przyjacielem, a on powiedział, że może kimś więcej. Nie chcę stracić przyjaciela, ale też nie mam pojęcia jak mu powiedzieć, że nigdy nie patrzyłam na niego jako kandydata na chłopaka.
Zdarzenie miało miejsce parę lat temu, kiedy jeszcze indeksem studenta była zielona książeczka, nie portal internetowy.
Po zaliczonej sesji letniej, z gotowymi już planami na najbliższe trzy miesiące, udałam się na wydział, coby zebrać autografy szanownych doktorów i psorów. Plan był prosty: dziś dwa wpisy, jutro jeszcze jeden od psora X i wakacje! Tak więc zadowolona, bogatsza o dwie piąteczki, wymaszerowałam z wydziału i wskoczyłam do pobliskiej Pierdonki po zakupy. Wyposażona w dwie (jakże stylowe) pierdonkowe siaty ze spożywką i zestaw srajkorolek pod pachą idę na autobus, który zawiezie mnie pod sam dom, kiedy właśnie dostaję telefon od kolegi z roku: „Zmiana planów, na gabinecie X napisane jest, że wpisy daje dziś do 14:00 i jutro go nie ma”. Cholera! Jest dosłownie za siedem druga! Pędzę jak debil z tymi siatami (choć już chciałam je podrzucić ochroniarzowi do pilnowania), wpadam na wydział i truchcikiem pomykam na pięterko. Przed drzwiami X przystanęłam jeszcze, żeby złapać oddech, a tu nagle w drzwiach psorek. Stoję z tymi siatami, ten odwraca się i pyta: „Pani do mnie?”, kiedy spod pachy wypada mi kibelkowy zestaw przetrwania i z głośnym plaskiem spada na podłogę. Facet spojrzał na srajtaśmę, spojrzał na mnie, znów na srajtaśmę. Zawstydzona przykucnęłam podnosząc zgubę, kiedy pękła mi reklamówa z prowiantem... Masakra. Po korytarzu potoczyły się pomidory, pokulała się kiełbasa salami, rozsypała się ziemia z doniczki z bazylią. Zaczęłam w panice wszystko zbierać, nawet nie chciałam patrzeć mu w twarz, kiedy sam przykucnął i mi pomógł. Podniosłam głowę i zobaczyłam jak trzyma moją bazylię i listek po listku, z niewinnym uśmiechem pięćdziesięciolatka ją zjada :D
Za chwilę zorganizował mi płócienną torbę z logo wydziału, wstawił ocenę o połowę wyższą niż się spodziewałam i życzył smacznej pizzy, jako że sam jest ogromnym fanem tej domowej :)
PS W swoim nieogarnięciu zapomniałam go zaprosić na obiad :(
Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, myślałam, że nie będą mi tak hormony buzować.
Myliłam się... Ostatnio popłakałam się grając w Simsy, bo pokłóciłam moich simów.
Chciałem dziś opisać, jakim byłem gnojem.
Kiedy miałem 20 lat, poznałem świetną dziewczynę. Ładna, mądra i dobra. Dwa lata młodsza ode mnie, dziewica. Po roku poszliśmy do łóżka i też było super. Po czasie zawsze kiedy się nie zgadzaliśmy zacząłem jej wypominać, że jest głupia. Mówiłem, że jak dorośnie, to zrozumie, że mam rację. Jak czegoś nie rozumiała, to mówiłem jej, że nie szkodzi, że przynajmniej jest ładna. Zamieszkaliśmy razem po dwóch latach. Zacząłem być agresywny, nigdy jej nie uderzyłem, ale często krzyczałem, rzucałem przedmiotami, ale zawsze uważałem, żeby w nią nie trafić. Nie byłem całkiem zły, czasem pomagałem jej w domu, dawałem kwiaty itd. Mówiła mi, że czasem się boi, że rani ją moje zachowanie. Zawsze ją wyśmiewałem za histeryzowanie. Zaczął się temat ślubu. Znów ją wyśmiałem. Powiedziałem, że jak wystarczająco długo pomieszkamy razem i zasłuży, to się zastanowię. Po czasie zaczęła mi wypominać, że zbyt rzadko się myję, zęby itd. Że musi mnie do tego zmuszać. Po dziewięciu latach powiedziałem, że ma mi dać spokój, wyszaleję się i zastanowię się, czy się z nią ożenię. Odeszła. Byłem pewny, że wróci. Ostrzegałem ją wtedy, że musi czekać, bo zaprzepaści szansę na małżeństwo. Nie wróciła. Walczyłem, nie chciałem oddać jej rzeczy. Rozpowiedziałem wszystkim, że mnie zdradziła, że to kurwa.
Minął rok. Nawalony napisałem jej, że mam nadzieję, że umrze.
Teraz minęło już 5 lat, ona sobie żyje beze mnie, a ja nie mogę nikogo znaleźć. W życiu nikomu nie powiem, że nadal ją kocham i zrobiłbym wszystko, żeby wróciła. A ona nie chce mnie znać.
Dodaj anonimowe wyznanie