Jestem głupi. Autentycznie.
Skończyłem studia, jestem „kimś”. Mam pracę, w której pracuję 6 lat, wyzysk, traktowanie nowych lepiej ode mnie, januszerka. Ludzie pytają, czemu nie zmienię pracy, 6 lat doświadczenia w branży, jestem kumaty, dużo ogarniam. Z palcem w nosie powinienem dostać nową pracę za lepsze pieniądze.
Problem w tym, że uważam się za człowieka głupiego. Na studiach kułem na pamięć, byle zaliczyć. Nic nie rozumiałem z tego co do mnie mówili, po prostu ciągi liter. Praca dyplomowa to był koszmar, nie umiałem jej napisać.
Obracam się w branży energetycznej. Nie wiem jak działa prąd. Nie mam pojęcia o fotowoltaice, nie rozumiem zasady działania urządzeń, którymi się zajmuję. Znam na pamięć to co robią i tylko dlatego jestem w tym dobry, bo umiem powtarzać. Nie wiem dlaczego ważna jest kolejność przewodów w gniazdku, a płaską wtyczkę można podłączyć odwrotnie i nic się nie dzieje. W życiu prywatnym też nie jestem orłem – formularze podatkowe, umowy, pisma do urzędów. Nie rozumiem tego języka, jakim są napisane. Sprawy urzędowe to dla mnie kosmos. Dałem się kilka razy oszukać przez moją głupotę i nawet straciłem trochę kasy.
Kiedy ktoś mówi do mnie na poziomie specjalistycznym, to tylko przytakuję. Nigdy nie mam pytania, które mógłbym zadać.
Szef mnie docenia za lojalność, ale tylko słowem. Prawda jest taka, że boję się zmienić pracę, bo wyjdzie moja głupota i mnie wywalą, a potem jedyne gdzie będę mógł się zatrudnić to przy miotle.
Nie czuję się mądry w żadnej dziedzinie życia.
Jeśli rozmawiamy w jakimś gronie o potencjalnych rozwiązaniach problemu, to zawsze moje rozwiązanie jest najgłupsze, bo nie uwzględnia rzeczy oczywistych. Nie umiem przewidywać prostych rzeczy.
Jedyne na czym się znam tak naprawdę, to ćwiczenie na siłowni... Nic więcej nie potrafię.
Zima. Ja jako niepozorny dzieciak. Na długo przed dobranocką, ale już się ściemniało. Pędem wracałem od kolegi, w obawie, że nie zdążę na wyznaczoną przez mamę godzinę powrotu. Biegłem sprintem, a tu jebs, gleba na środku drogi. Zamiast wstać i się otrzepać, wolałem podziwiać gwiazdy. Taki był ze mnie artysta tanich plakatówek. Zrobiło mi się szkoda gwiazd, ludzie woleli słońce od nich (bo słońce to, qrwa, planeta jest) i mówili okropne rzeczy, np. że ktoś jest brzydki jak noc. Żeby je pocieszyć zarecytowałem, głęboki i poważny w moim mniemaniu, wiersz dziadka "gdy najdzie mnie ochota, zapukam w wasze wrota, szybko, z przekonaniem, bo inaczej mi nie stanie". Taki dumny byłem, że gdy inne dzieciaki grzały dupska w ciepłych domach, ja miałem poczucie misji, dokonania czegoś, jako dar dla świata i przyszłych pokoleń.
Moim darem okazała się kurtka do prania, bo pół godziny leżałem w gównie jakiegoś Burka.
No i prawie przejechał mnie ciągnik.
Stresuję się tym, że nie dam rady z swoim uzależnieniem.
Zaczęłam spożywać alkohol w bardzo młodym wieku, mam ojca alkoholika i uważam, że to mogło się też przyczynić do tego, że przy każdej możliwej okazji sięgałam po alkohol.
W pewnym okresie mojego życia bardzo rzadko sięgałam po alkohol, ale to zmieniło się rok później. Zaczęłam sięgać po alkohol codziennie, piłam do takiego stopnia, że nie było ze mną żadnego kontaktu. Po wypiciu odwalałam dużo głupich rzeczy. Konsekwencje tego zachowania ciągną się za mną aż do dziś. Przez dalszych znajomych jestem uważana za alkoholiczkę, śmieją się ze mnie przy każdej okazji, gdy mówię im, że rzuciłam picie, wyśmiewają mnie i dogryzają mi różnymi tekstami.
Nie dziwię się, że tak robią, bo sama sobie zapracowałam na takie zachowanie, ale naprawdę czasami mnie to cholernie boli. Czuje że nie mogę z nikim o tym porozmawiać, bo nikt nie wierzy, że nie będę pić.
Przez to, że piłam, rozpadł się mój związek, Rozpad relacji przyczynił się do tego, że więcej piłam, nie umiałam sobie poradzić z tym bólem. Miałam próbę samobójczą, która się nie udała.
Czuję się jak śmieć. Chcę się naprawdę zmienić. Próbowałam się ogarnąć, nawet poszłam do psychologa. I przez jakiś czas było dobrze, ale wszystko się zepsuło przez sytuacje w domu – kłóciłam się z mamą do tego stopnia, że chciała wezwać na mnie policję, straciłam pracę, znajomi się ode mnie odwrócili, stan mojego zdrowia się pogorszył.
Nie jestem pewna siebie, nie umiem stworzyć zdrowej relacji. Rzuciłam alkohol, bo nie chcę żyć jak wcześniej, mam tego dość. Przez brak wsparcia boję się, że nie dam rady i wszystko wróci. Mam też nadzieję, że osoba, którą straciłam przez picie odezwie się do mnie, bo mimo tego że minął prawie rok, wciąż za nią bardzo tęsknię.
Boję się też samej siebie, nie wiem co czuję, czuję się odcięta od tego świata. Żaden człowiek nie ma dla mnie żadnego znaczenia, nie umiem nikomu zaufać. Chcę się nauczyć żyć od nowa. Najchętniej wyjechałabym z Polski i ułożyła sobie życie od nowa.
Męczy mnie sumienie.
Tak bardzo nie chcę wracać do tego, co było.
Niedawno, razem z moim 14-letnim synem, organizowałem wyprzedaż garażową.
Dzieciak nie był tym zachwycony i cały czas gapił się w telefon. W pewnym momencie zacząłem rozmawiać z jakąś kobietą i jej córką. Dziewczynka była chora na raka. Bardzo spodobał jej się jeden miś i zapytała o jego cenę. Mój syn oderwał wzrok od ekranu telefonu i powiedział do niej: "uśmiechnij się do mnie jak najmocniej, a miś będzie twój".
Dziewczynka uśmiechnęła się (chyba najszerzej jak umiała), a mój syn wręczył jej misia mówiąc: "twój uśmiech jest wart milion dolarów dzieciaku".
Nigdy wcześniej nie byłem z niego tam dumny.
Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale zakochałem się w mojej przyjaciółce. Długo wstrzymywałem się, czy jej to powiedzieć, bo nie chciałem zepsuć relacji, jaka między nami była. Dogadywaliśmy się naprawdę super – do dnia, kiedy postanowiłem jej powiedzieć co czuję.
Kiedy w końcu odważyłem się na wyznanie jej moich uczuć, zobaczyłem jej minę i już widziałem, że wydarzyło się to, czego tak bardzo się obawiałem. Mówiła spokojnie i bez krzyku, ale czuć było, że nie jest z tego powodu zadowolona. Po długiej rozmowie usłyszałem tylko, że powinniśmy ograniczyć nasze spotkania.
Jak można się domyślić, moja samoocena powędrowała w dół i czuję się jak totalne zero. Nie pomaga fakt, że specjalnie mnie unika, choć powiedziałem jej, że chcę tylko żeby było tak jak kiedyś, rozumiem też co ona mogła poczuć, ale i tak ciężko jest mi zrozumieć, jak dwa słowa mogą przekreślić długoletnią znajomość, ot tak. Strasznie dobija mnie ta sytuacja i w sumie nie wiem co mam robić. Szkoda, bo straciłem nie tylko miłość, ale również przyjaciółkę.
A morał z tego jest taki: zastanówcie się dwa razy, czy na pewno chcecie powiedzieć coś, co wpłynie na wasze życie.
Z serii „kontrowersyjne poglądy”.
Kiedyś myślałam, że nie wolno mieć uprzedzeń do żadnej grupy. Było mi szkoda niepełnosprawnych i nadal tak jest, ale odkąd poznałam ich bliżej, mniej ich lubię. Znam co najmniej kilkanaście, a luźno to nawet kilkadziesiąt osób. Co mnie denerwuje? Wiele zachowań, między innymi: cynizm i zgorzkniałość. Rozumiem, że jest im źle, ale to nie powód, żeby wylewać frustrację i złość na innych. Jedni wydają się cisi i bez charakteru, ale w sposób inny niż osoby pełnosprawne. Inni starają się być jak najgłośniejsi, tak jakby chcieli coś udowodnić otoczeniu.
Jedna osoba spośród nich jest przemądrzała i musi mieć zawsze rację, inna opowiada wszystkim, nawet nowopoznanym osobom, które niekoniecznie chcą o tym słuchać, o swoich łóżkowych podbojach (o ile są one w ogóle prawdziwe), ze szczegółami, typu: z iloma osobami jednocześnie i jak to robiła. Spora część jest nietowarzyska i zamknięta w sobie. Jeśli ktoś zakoleguje się z tobą, jeśli jesteś pełnosprawny, i tak istnieje duża szansa, że prędzej czy później kopnie cię w cztery litery dla innej osoby, niepełnosprawnej. Niektórzy z nich twierdzą, że mają dystans do siebie i lubią żarty o niepełnosprawnych, ale spróbuj powiedzieć coś złego na jakąkolwiek grupę społeczną, to cię zjedzą i wezmą to do siebie, bo nie wolno nikogo dyskryminować. Niektórzy bywają roszczeniowi i chcieliby, żeby pchać ich wózek po prostej drodze, nawet gdy ręce mają sprawne.
To tylko kilka przykładów. Na tyle osób znam jedną albo dwie, które nie mają odchyłów.
Dzisiaj pierwszy raz zostałam na noc u mojego chłopaka. On wiedząc, że jestem dziewicą powiedział, że nie będzie nalegał na seks i poczeka tak długo, aż w końcu będę gotowa. W nocy przebudziłam się, bo miałam jakiś koszmar. Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam, że mój ukochany masturbuje się... blisko mojej twarzy.
Stałem sobie ostatnio na przystanku i nagle przyszła jakaś dziewczyna z włosami spiętymi w dwa koki, w takim powydziwianym stroju i z zabawkowym mieczem świetlnym w ręku.
Los chciał, że akurat w okolicy kręciła się policja. My na przystanku specjalnie na dziewczynę nie reagowaliśmy, może wracała z jakiejś imprezy, której tematem przewodnim były Gwiezdne Wojny. Ale dwaj policjanci do niej podeszli i zaczęli wypytywać, po co jej ten "kij" (czyli miecz). Ona na to, że po nic, element stroju. Policjanci drążą, czy kogoś nim uderzyła, to pewnie jest niebezpieczne i cóż, muszą zarekwirować. Trochę osłupiałem, ona zresztą też, no ludzie złoci, to tylko zabawka, kawałek świecącego plastiku, dziewczyna góra 165 cm wzrostu, wątpliwej postury i siły. Autobus pojechał, nie był mój, więc stoję sobie dalej. Dziewczyna protestuje, pyta jak to tak, wydała na niego całe 25 zł! Autobus nadal stoi, bo chyba ktoś kupował u kierowcy bilety. Dziewczyna ostatecznie się zdenerwowała, szybkim ruchem wyrwała miecz z rąk jednego z policjantów i wyskoczyła do autobusu akurat jak zaczynały się drzwi zamykać. Policjanci w krzyk, zaczęli walić w autobus, ale ten odjechał w siną dal z dziewczyną - Jedi.
Jeśli to czytasz, pozdrawiam Cię! Min tych policjantów nigdy nie zapomnę!
Chyba nie wszystko ze mną w porządku.
Mam hopla na punkcie seryjnych morderców. Interesuję się nimi od dziecka, tak jak kryminologią i kryminalistyką. Szczytem wszystkiego jest to, że jeśli w okolicy znajduje się dom jakiegoś dawnego mordercy, idę tam, stoję chwilę i kontempluję (wyobrażam sobie to wszystko), a nawet robię zdjęcia i wysyłam znajomym.
Byłam pod kamienicą jednego seryjnego mordercy w mieście, w którym studiuję. Adres znałam na pamięć. Na wyjeździe, w innym regionie Polski, a dokładnie w Katowicach, przy okazji znalazłam czas na to, żeby odszukać dom „Władcy Much”. Na pewno nie skończę na obejrzeniu domów ich dwóch. „Dorwać bestię” to moja ulubiona radiowa audycja. Śledztwa ciekawią mnie tak bardzo, że to właśnie przy nich chciałabym pracować, ale nieco minęłam się z powołaniem. Po moich studiach mogłabym robić aplikację prokuratorską, ale akurat ta praca mi nie odpowiada. Tak na marginesie, sekcja zwłok, nawet świeżych, to potworny i niewyobrażalny smród. Nawet ubrania potem śmierdzą. Fajnie by było pracować jako psycholog policyjny, czy też zajmować się tworzeniem profilu osobowościowego sprawcy.
Urodziny mam przed walentynkami. Nie lubię otrzymywać prezentów, wolę sama sobie je sprawiać. W tym roku zamarzył mi się jakiś komplet seksownej bielizny. Po wybraniu modelu podeszłam do kasy. Traf chciał, że za mną stała kobieta, która uwielbia wsadzać nos w nie swoje sprawy. Kasjerka podliczając zakupy, chcąc nie chcąc zaprezentowała mój wybór. W pewnym momencie babka za mną: „Ooo, dla męża?”.
Ja na nią, kasjerka to na nią, to na mnie. Wypaliłam więc: „Nie wiem w czym chodzi pani mąż, ale to akurat dla mnie”.
Kobieta nabrała na twarzy eleganckiej czerwieni :)
Dodaj anonimowe wyznanie