Jestem pielęgniarką pracującą na oddziale internistycznym. Na takim oddziale jest często dużo pacjentów ciężkich, leżących, wymagających opieki i pomocy we wszystkim. Część mojej rodziny i znajomych próbuje co jakiś czas mnie namówić, abym zmieniła oddział na pediatryczny, bo się na takim nie nadźwigam. Odpowiadam wtedy, że nie mogłabym pracować na oddziale dziecięcym, bo jestem bardzo wrażliwa, nie nadawałabym się do takiej pracy, bo mi było szkoda tych dzieciaczków.
Prawda jest taka, że nie pójdę na taki oddział, bo dzieci mnie niemiłosiernie wnerwiają, i zamartwiający się rodzice, zawracający co chwilę głowę, doprowadzaliby mnie do szału. Kolejnym powodem jest fakt, że nie chcę wyjść na jakiegoś potwora, bo „jak to można nie lubić dzieci”.
Nie mówię prawdy mojej rodzinie/znajomym, bo to są ludzie, którzy wyobrażają sobie oddział pediatryczny z uroczymi, uśmiechniętymi bobasami. Nie dociera do nich, że praca na takim oddziale może być bardzo męcząca, bo chore dzieci są głośne i często płaczą (z powodu dolegliwości, strachu przed badaniami). Jak podaję argument, że „nie mogłabym tam pracować, bo chce mi się płakać jak widzę chore dzieci”, to rozmowa jest szybko ucinana, a jak mówiłam prawdę, że dzieci są głośne i ciężko nieustannie wspierać rodziców małych pacjentów, to mówili, że przesadzam i ciągnęli rozmowę. Więc zaczęłam kłamać i mam dzięki temu spokój.
Jestem wykładowcą wyspecjalizowanym w dość wąskiej, acz pasjonującej dziedzinie nauki. Oprócz przemawiania do moich studentów, czasem bywam zapraszany do prowadzenia seminariów na różnych konwentach tematycznych czy zjazdach. Ostatnio trafiła mi się kapitalna fucha - wykład dla 320 osób transmitowany (oczywiście wyrywkowo) przez jedną z czołowych stacji telewizyjnych.
Nie powiem - wprawdzie takie sytuacje to dla mnie nic nowego, to mimo wszystko trochę się stresowałem. Dzień przed tym wydarzeniem, zrobiłem sobie mały jogging po pobliskim parku. Swoją drogą - polecam bieganie, jako świetną metodę na pozbycie się smutków i trosk wszelakich.
Rano zadzwonił budzik. Ja jednak dałem sobie jeszcze "pięć miuuuutek, mammmooo..." Obudziłem się po piętnastu minutach i w popłochu zacząłem się ogarniać. Garniak wyprasowany wieczór wcześniej, broda nienagannie ogolona, włosy na szybko przylizane, gęba umyta, buty wypastowane. Lecimy z tym koksem.
Wskoczyłem w obuwie, zamówiłem taksówkę, wpadłem do sali lekko zdyszany, dostałem błyskawiczny opieprz za spóźnienie i niemalże z marszu zostałem wepchnięty przed publiczność. Mimo lekkiej zamotki wszystko poszło super. Czułem się jak ryba w wodzie. Zastanawiało mnie tylko, czemu rzucane przeze mnie suche żarciki wywołują tak duże salwy śmiechu. No, trudno, może zgromadzeni od razu rozpoznali we mnie kawalarza?
Zaraz po wykładzie, nie żegnając się z nikim, złapałem taksówkę i wróciłem do domu odespać parę utraconych przez wykład godzin, które normalnie spędziłbym w objęciach Morfeusza.
Wieczorem zaległem przed telewizorem, aby zobaczyć skróconą relację z mojego "występu".
Dopiero wtedy zorientowałem się, że z mym idealnie skrojonym, wyprasowanym garniturem, dostojną brodą, wzorowym fryzem i postawą godną najznakomitszego człeka nauki, kontrastują moje "kamasze". Otóż jeden but był skórzanym, eleganckim butem pasującym do garniaka, natomiast drugi... sportowym adidasem w kolorze oczojebnego, k#rwa, różu!
W porannym zamieszaniu jakimś cudem chwyciłem za jeden z moich sportowych trepków, w których wieczór wcześniej drałowałem sobie po parku. Pewnie gdybym nie wpadł spóźniony do sali, to ktoś zdołałby mi zwrócić na to uwagę. A tak, stałem się pośmiewiskiem na skalę krajową. Potem, jak mnie pytano o tajemnicę mojego ubioru, to mówiłem, że był to zamierzony, wcześniej zaplanowany pomysł, który miał dać metaforyczny efekt zaburzenia wymuszonej harmonii. Jak dobrze, że jestem filozofem.;)
Przez trzy lata chodziłem z jedną dziewczyną, która zmuszała mnie do oglądania yaoi, czyli anime o gejach. Strasznie tego nie lubiłem, ale była uparta. Z czasem kilka historii nawet mi się spodobało, bo wydawały się być naturalne. Po paru seansach coś we mnie się obudziło i autentycznie dzieliliśmy zainteresowanie do tego samego hobby, a ona była mega szczęśliwa. Tylko, że to co się obudziło to biseksualizm i odkryłem, że mogą mi się podobać faceci. Oswoiłem się z tym i poznałem ludzi, którzy pomogli mi siebie zrozumieć, a jednym z nich był chłopak, w którym się zauroczyłem z wzajemnością. Tak więc zerwałem z nią i wyjaśniłem jej wszystko, od momentu, w którym zainteresowała mnie yaoi, aż do zrozumienia siebie i poznania chłopaka, dla którego zrywam z nią.
Co prawda związek z nim nie był długi, a po latach można uznać, że kontakt z byłą się wznowił, ale na etap znajomych. Okazuje się, że po tym jak chłopak rzucił ją dla innego faceta, znienawidziła yaoi, a ja dalej oglądam.
Bardzo chciałam mieć dziecko. Razem z mężem jak dowiedzieliśmy się o ciąży, byliśmy bardzo szczęśliwi. Synek urodził się z infekcją. W związku z tym, że jestem emocjonalna, bardzo to przeżywałam. Obecnie dziecko jest zdrowe i ma 4 miesiące.
Kilka dni temu był u nas kuzyn mojego męża. Podczas zmiany pieluchy mąż swoim zwyczajem całował synka po stópkach i kolanach. Dziś przyszła opieka społeczna. "Ktoś" złożył zawiadomienie, że molestujemy 4-miesięczne dziecko, bo całujemy je w dziwnych miejscach.
Nigdy bym synowi nie zrobiła krzywdy, ale tego człowieka to chyba mąż pobije, jak o tym się dowie...
Mam wrażenie, że relacje romantyczne między ludźmi w dzisiejszych czasach to bardziej transakcja biznesowa niż mowa o jakimś uczuciu, miłości. W dobie tindera oraz innych portali randkowych mamy wrażenie, że mamy pełną kieszeń kobiet / mężczyzn do wyboru bez dna, że możemy przebierać i dużo osób wpada w błędne koło. Spotykamy się z kimś, pierwszy zgrzyt i do widzenia, wracamy na portal i szukamy dalej swojego ideału. Oczywiście nie mówię o wszystkich, ale byłam użytkownikiem owego portalu bardzo długo i wiem jakie ludzie mają do tego podejście. To jest cel tych aplikacji, bo ty nie masz tam znaleźć miłości tylko tam być jak najdłużej się da, dawać zarabiać tym aplikacjom. Przez to wszystko trudno w tych czasach wytrzymać w jednym związku.
Ja się przyznam, że też wpadłam w ten wir perfekcji, szukałam swojego ideału, idealnego związku. Ale takich związków nie ma. Życie to pełne pasmo dobrych i złych chwil, prędzej czy później nastanie jakiś problem. Nie mówię, żeby tkwić w związkach przemocowych, toksycznych, ale ludzie potrafią kogoś skreślić za pierdołę, albo wolą się pożegnać zamiast wyczerpać wszystkie środki, które ten problem mogą rozwiązać.
A teraz historia właściwa: ja kiedyś przez pewien portal randkowy poznałam faceta. Dobrze mnie traktował, czułam się z nim swobodnie, ale kwestia seksu na samym początku nie działała. Facet miał ciężki okres w swoim życiu przez co miał przedwczesne wytryski, za bardzo też nie umiał mnie zadowalać, udawałam orgazmy, nawet myślałam o rozstaniu, bo na co mi taki facet? Jednak coś mnie blokowało, żeby to zrobić, bo go kochałam. Kiedyś nastał dzień szczerej rozmowy między nami, go też to sfrustrowało. Ten problem dało się rozwiązać. Orgazmów nie udaję, mój facet mnie zaspokaja w pełni i ciągle nasz seks urozmaicamy. Oczywiście to się nie stało z dnia na dzień, poprawa działa się stopniowo. A wiem, że wiele kobiet by go już skreśliło, ja też chciałam. I nie żałuję, bo dzisiaj mam super kochanka w łóżku i faceta, którego kocham.
Godz. 07:00, gówniaki z piętra niżej drą mordy.
Reszta dnia - gówniaki drą mordy w mieszkaniu i na podwórku.
Godz. 20, gówniaki wciąż drą mordy.
Godz. 23, gówniaki drą mordy.
Godz. 04:00, najmniejszy gówniak drze mordę, bo pora na karmienie.
Taka kolej rzeczy, sama nie tak dawno byłam gówniakiem - taka natura gówniaka, że musi sobie podrzeć mordę ;)
Piątek wieczór, godz. około 21, właścicielka gówniaków (lub jak kto woli matka) wali rozwścieczona do moich drzwi:
- Czy może pani ściszyć muzykę? (ton wyraźnie wskazuje, że to nie prośba)
- Ale jeszcze nie ma 22.
- Ale moje dzieci chcą już spać! (dzieci lub jak kto woli gówniaki)
Drodzy właściciele gówniaków... Skoro inni wam dają żyć, to wy też dajcie żyć innym.
Jedną z moich największych tajemnic jest to, że mam podwójne obywatelstwo. Polskie i jeszcze jednego państwa. Mój przodek udawał obywatela tego państwa i w dawnych czasach wyrobił sobie lewe dokumenty. Jest mi z tym źle, bo: 1. wiem, że to kłamstwo, 2. nie mam żadnej więzi z tym krajem, 3. nie lubię, a nawet nienawidzę tego państwa jako takiego. Ktoś z rodziny chlubi się tym, że ma tamto obywatelstwo i wstyd mi przed ludźmi z miasta.
Krew mnie zalała kilka lat temu, gdy u nas w szkole organizowali wycieczkę poza UE i Strefę Schengen, potrzebny był paszport, a mój polski był nieważny i trzeba było na szybko wyrabiać nowy. Osoba ta namawiała mnie, aby użyć paszportu tamtego państwa. Tak. Żeby ludzie w szkole zaczęli mnie wytykać palcami. Mało kto lubi ludzi stamtąd. Oczywiście, jedynymi opcjami było dla mnie poczekanie na wyrobienie polskiego paszportu albo rezygnacja z wycieczki.
Co ciekawe, gdyby moi znajomi dowiedzieli się, że mam podwójne obywatelstwo, prędzej obstawialiby inne państwo, graniczące z Polską, które wręcz uwielbiam. Inna część moich przodków była stamtąd i to z tamtym państwem bardziej się utożsamiam.
Interesuje mnie zrobienie sobie za ileś lat badań genetycznych, bo ciekawi mnie, jakie dokładnie mam pochodzenie. Mogę być każdym, byle by nie przedstawicielem narodu, którego mam obywatelstwo. Ludzie w Polsce są tak wymieszani, że wszystko jej możliwe i wiem, że gdyby okazało się, że jednak mam pochodzenie od nich, będę mniej lubić siebie. Dlatego raczej tych badań nie zrobię.
Marzę o momencie, w którym zrzeknę się obcego dla mnie obywatelstwa. I nie obchodzi mnie to, że może być wojna i - tak jak ostrzega osoba z rodziny, wpatrzona w tamte państwo - paszport może się przydać. Jedno z rodziców i tak ma tylko polskie obywatelstwo i bez tej osoby nigdzie się nie ruszę, nie zostawię jej w potrzebie. Rodzice nie są razem i to na mnie spoczywa odpowiedzialność za rodzica.
Rzecz działa się w czasach gimnazjum na wycieczce szkolnej. Jeden kolega chciał „przykozaczyć” i udowodnić wszystkim, jak to on poważnie i dorosło wygląda. Udaliśmy się dużą grupą do sklepu jako widownia, a on z dumną miną podszedł do kasy kupić prezerwatywy. Pani kasjerka, autentycznie zdziwiona, skomentowała tylko: „Ale chłopczyku, po co ci to? Przecież to ci spadnie”...
Od tamtej pory minęło kilkanaście lat, ale podejrzewam, że koleś nadal może mieć traumę :D
Podczas rozmowy z rodzicami poruszyliśmy temat związany z higieną osobistą i powiedzieli, że po sikaniu (chodzi o toaletę w domu, nie o publiczną) nie ma potrzeby mycia za każdym razem rąk. Dla mnie to jest oczywisty element higieny. Powiedzcie mi, czy to jest normalne? Bo teraz już sama się zastanawiam, że może to tylko ja przesadnie dbam o czystość :|
Dostałam dziś dwie wiadomości tekstowe od mojego męża:
1) godz. 09:54: "Nie czekaj na mnie wieczorem, mam dużo pracy i skończę bardzo późno"
2) godz. 09:58: "Marzę, by spędzić z Tobą cały, długi wieczór i nie martwić się żoną. Niedługo już zawsze będziemy razem".
Dodaj anonimowe wyznanie