Pracuję w jednej z popularnych restauracji szybkiej obsługi i, jak wiadomo, przez takie miejsca przewijają się najróżniejsi ludzie. Jednak sytuacja, która miała miejsce ostatnio przebiła absolutnie wszystko.
Pracuje u nas pani, która specjalizuje się w utrzymywaniu czystości na sali jadalnej - zamiata, myje tacki itd. Warto nadmienić, że ta pani jest niesamowicie nieprzyjemna zarówno dla klientów, jak i dla współpracowników - chamskie odzywki, opryskliwe uwagi są na porządku dziennym. Aż dziwne, że nikt jeszcze nie złożył na nią skargi i szef jej nie zwolnił, bo niektóre teksty przerastają ludzkie pojęcie! Ale do rzeczy.
Ostatnio nasza bohaterka została przyłapana na moczeniu mopa w toalecie w celu późniejszego mopowania podłogi na sali jadalnej (!), a informacja ta oczywiście szybko trafiła do przełożonych. Po rozmowie wyjaśniającej pani była wysoce zbulwersowana, o co tyle szumu, że wszyscy się jej czepiają, a poza tym "w domu to niby jak oni używają mopa?".
Czy tylko ja nie moczę mopa w kiblu, żeby umyć podłogę w pokoju?
Zaczynam się bać, w czym prała szmatki, których używamy do przecierania blatów...
Od kilku dni między mną a nastoletnią córka panuje krępująca cisza. Nie umiemy rozmawiać ze sobą, ani nawet spojrzeć sobie w oczy. Co prawda ja kilkakrotne już próbowałem przełamać na niewidzialny mur jaki nagle wyrósł między mną, ale to chyba tylko jeszcze bardziej pogarsza sprawę. Każde moje poruszenie z nią tego tematu powoduje natychmiastowe wypieki na jej policzkach i ucieczkę z pola widzenia.
Pewnie myślicie, że pokłóciliśmy się albo coś w tym stylu. Otóż nie. Chodzi o zwykłą wizytę w przychodni. To miało być standardowe badanie kontrolne po zdjęciu gorsetu ortopedycznego. Żona cyklicznie wozi córkę na takie badania, ale tym razem akurat się rozchorowała. Więc ja musiałem zawieźć Gośkę. Miało to wyglądać tak, że córcia wejdzie do gabinetu sama, do swojej pani doktor, a te 10 minut przeczekam na krzesełku w poczekalni. Ale jak pech, to pech. Okazało się, że nasza rodzinna pani doktor też się rozchorowała. Zamiast niej przyjmował inny lekarz - facet. Ten nawet nie chciał słyszeć o badaniu nieletniej dziewczynki bez obecności rodzica. Wręcz zostałem zaszantażowany, że albo wejdę do gabinetu jako świadek albo badanie się nie odbędzie wcale. Konował powtarzał, że nie zamierza ryzykować reputacją zamykając się sam na sam z nagą dziewczyną. Byliśmy oboje z Gośką w szoku słysząc, że rozebranie ma być całkowite, do naga. Córka nigdy wcześniej tak nie miała u swojej pani doktor. Było tylko rozebranie do majtek. A konował odparł, że aby ocenić wadę postawy musi widzieć także pośladki a nie zasłaniający je materiał. Na szczęście w gabinecie był parawan. Za niego weszła zmieszana Gosia ale to "szczęście" nie trwało długo.
Po kilkuminutowych oględzinach mojego dziecka usłyszałem, że "nie jest dobrze" i żebym podszedł i sam zobaczył. Przejęty spełniłem prośbę (nakaz) ale nawet nie wyobrażam sobie jak Gosia sczerwieniała stojąc widząc mą twarz zaglądającą za parawan. A konował jeszcze ją upomniał by się nie zasłaniała tylko ręce trzymała opuszczone. Jejku, co to dziecko musiało przeżywać w takiej chwili to nawet nie chcę o tym myśleć. Przecież widziałem ją całą. I na górze i na dole. Z tyłu też bo w pewnym momencie kazał jej się odwrócić i wykonać skłon by dosięgła czubkami palców podłogi.
Mija czwarty dzień od tego koszmarnego badania, a ja mam wrażenie, jakby ktoś zamienił mi córkę. Z dawnej roześmianej nastolatki nie zostało nic. No chyba, że milcząca i zawstydzona postać nie umiejąca spojrzeć mi w oczy. Nie wiem co robić aby wróciła dawna Gosia, abym odzyskał z nią dawny kontakt. Robię co mogę ale to na nic. Boję się, że ta trauma na zawsze odbije się na jej psychice. I co wtedy! Jak mam temu zapobiec?
Rok temu, z okazji Tłustego Czwartku mój chłopak zabrał mnie na romantyczną kolację. Wybrał moją ulubioną restaurację, w której podają ciasteczka z wróżbami. Z euforią zasiadłam na luksusowym siedzisku rozkoszy, czekając na nasze jedzonko. Gdy kelner przyniósł sushi, jakieś napoje i wcześniej wspomniane ciasteczka, mój luby wręczył mi słodycz z której wystawała kartka.
Rozwinęłam ją i przeczytałam treść: "W tym wyjątkowym dniu życzę Ci, żebyś zrzuciła tak z 10 kilo, a potem skontaktuj się ze mną". Spojrzałam na mojego partnera, a on, śmiejąc się pod nosem, powiedział:
- Ale możemy zostać przyjaciółmi. - odparł, puszczając oczko.
Tak, zerwałam z nim.
Tak, zrzuciłam te 10 kilo.
Nie, nie skontaktowałam się z nim.
Moje wyznanie będzie się wydawało chamskie, ale cóż.
Chodzę do liceum z niepełnosprawną dziewczyną, znam ją od dawna, więc sam przyzwyczaiłem się do tego, że jeździ na wózku i traktowałem ją jak normalną osobę, bez specjalnych względów, w końcu sama utwierdzała wszystkich, że jest normalna i nie potrzebuje litości, aż do czasów liceum.
Ogólnie szanuję i współczuję inwalidom, ale ona... ona to inny rodzaj człowieka. Rozumiem nie czuć się dobrze i wymagać opieki, ale nadużywać tego, że nie może chodzić (wiem, że brzmi to abstrakcyjnie, do tej pory też myślałem, że się nie da).
Zacznijmy od tego, że nasza jedyna licealna wycieczka była robiona pod nią, wszystko wyszukiwane z udogodnieniami dla inwalidów, nie pojechaliśmy w góry, choć każdy chciał i zadowoliliśmy się morzem, tydzień przed powiedziała, że nie jedzie, bo jej się nie chce.
Studniówka była robiona na jakimś wygwizdowie, też ze względu na nią, gdy opłaciliśmy zaliczkę, powiedziała, że nie jedzie, bo jej się tam nie podoba.
W dodatku zmyśla na każdym kroku, a to uczulenia, bóle głowy, nie pojawia się na lekcjach, a potem nauczyciela proszą, by jej pomóc, bo sobie nie radzi.
Ja wiem, że brzmi to okropnie, ale czuję się winny, że tak bardzo nie trawię człowieka tak pokrzywdzonego przez życie. Cały czas krąży mi po głowie, że jestem złym człowiekiem, ale wszyscy wiedzą, że gdyby chodziła, nikt by się do niej nawet nie odezwał.
O traceniu wiary w ludzi.
Pracuję w barze niedaleko od centrum jednego z większych miast w Polsce. Jakiś czas temu miałem poranną zmianę. Byłem sam z obsługi. Upalny dzień, środek tygodnia, ogólnie mało się dzieje. Pierwszym klientem był pewien starszy pan, który przychodzi co jakiś czas. Grzeczny i spokojny, zamówił piwo i usiadł w ogródku. Po jakimś czasie wyszedłem zapalić papierosa. Gość akurat kończył piwo, wstał i zaczął iść w kierunku wejścia do knajpy. Nagle się wywrócił i uderzył tyłem głowy o nogę stołu. Podbiegam do niego przestraszony. Krew się leje, nieprzytomny, ale oddycha. Chwila paniki. Środek miasta, nikogo nie ma. EDB, kursy BHP, ale pierwsza taka sytuacja w moim życiu. Bardzo się zestresowałem, ale udało mi się zadzwonić na 112 po karetkę. Jechała jakieś 20 minut. W połowie tego czasu pan odzyskał przytomność i usiadł. Dalej krwawił i trochę majaczył, stoję obok i czekamy na pomoc. Dalej się stresuję. W końcu pogotowie przyjeżdża. Rozmawiam chwilę z ratownikami, biorą pana do ambulansu.
I wtedy, jeszcze nawet sygnał pogotowia nie ucichł, jakaś baba drze się z drugiego końca ogródka „Czy ktoś mnie w końcu obsłuży?!”. Nie wiem, kiedy tam wlazła, ale nie ma opcji, że nie widziała krwawiącego dziadka i ratowników. Na szczęście mamy samoobsługę, więc po kawę i tak musiała podejść do baru.
Gorsze było to, że po tygodniu przyszedł ten pan i opieprzył mnie, że zmarnowałem mu cały dzień przez to pogotowie i jak znowu się wywali, to mam nigdzie nie dzwonić.
Poszedłem z dziewczyną z Tindera do restauracji na pierwszą randkę. Bardzo szybko zorientowałem się, że ona przyszła się najeść na mój koszt. Jej mina i czerwona twarz, kiedy poprosiłem kelnera o dwa osobne rachunki, była tak bezcenna, że wynagrodziła mi irytację oraz późniejsze epitety, jakimi mnie obrzuciła tamtego wieczoru. Od razu wybuchła, że ona nie ma pieniędzy i nie zapłaci. Kelner poprosił właściciela i cieszę się, że byłem konsekwentny, nieugięty i nie dałem się zastraszyć właścicielowi. Zapłaciłem za siebie, a jej ktoś wysłał kod blik.
Oczy całej sali były skierowane na nas i z całą pewnością nigdy już tam nie pójdę.
Mogę napisać, że jestem z siebie dumny, że nie dałem się ani wykorzystać, ani zastraszyć. Tym chciałem się z wami podzielić i dodam – nie dawajcie się naciągać tylko dlatego, że dziewczyna jest ładna.
Moja najbliższa ciotka choruje na schizofrenię. Bałam się, odkąd dowiedziałam się o jej chorobie. 2 razy przy mnie ratowano ją, po próbach samobójczych. Pierwszy raz, gdy miałam 7/8 lat. Żyje, ale ma chory żołądek i jest bardzo przyćmiona od leków. Skończyła bardzo trudny kierunek studiów. Miała umysł ścisły, ale pozostał tylko ślad dawnej inteligencji. Słyszałam, że wyśmiewał ją nawet lokalny ksiądz - kanalia. Nie ma to jak mikromiasto. Bardzo mi jej szkoda.
Gdy byłam mała i słyszałam, że ciotka jest w szpitalu, pytałam o przyczynę. Babka mówiła, że ciotka zjadła za dużo kiszonych ogórków. Dlatego bałam się jeść je, żeby nie trafić do szpitala. Któregoś razu mama się wnerwiła i uznała, że nie warto kłamać. I bardzo dobrze, bo kiedyś musiałam się dowiedzieć. Ciotka bywała niebezpieczna. Mieszkała w mojej miejscowości i często ją widywałam.
Gdy miałam jakieś 12/13 lat, zaczęłam się bać, że niedługo ta choroba może się ujawnić również u mnie. Liczyłam na to, że jeśli minie wiek, w którym ona zachorowała (jakieś 17/18 lat) i nic mi się nie stanie, to będzie dobrze. I rzeczywiście, wiek ten mam dawno za sobą i nie mam schizofrenii. Miałam wielkie szczęście. Jestem jednak dosyć depresyjną i znerwicowaną osobą, ale jakoś się trzymam. Moja najbliższa kuzynka ma 18 lat i podobno dzieje się z nią coś złego. Słyszałam (bo nie mam kontaktu z tą kuzynką), że się tnie, grozi samobójstwem, wymusza wszystko i leży, nic nie robiąc. Chyba zupełnie normalny jest tylko jej brat. Chora ciotka nie ma dzieci, ale jeśli chodzi o dzieci jej rodzeństwa, to wszystko w porządku jest tylko z jednym wnukiem na troje. Gdybym miała siostrę - schizofreniczkę, to chyba bym się nie zdecydowała na dzieci. Martwię się, że te geny mogą być zakodowane w rodzinie i że moje dzieci też by miały to, albo jakąś inną dolegliwość.
Gdy miałam te 12/13 lat i korzystałam ze szkolnej toalety, zastanawiałam się, czy na pewno jestem w toalecie, czy może gdzie indziej, ale mam urojenia. Ciotce zdarzyło się załatwić na szpitalne łóżko, bo nie kontaktowała. Żyłam ileś lat w stresie. Mierzyłam się z tym sama. W pewnym momencie nawet zastanawiałam się, czy nie popełnić samobójstwa, gdybym zachorowała, bo co to za życie? Renta, stygmatyzacja społeczna i urojenia. Cieszę się, że mieszkam już w innym mieście i nie jestem z nią kojarzona. Gdy moja mama poszła na urlop zdrowotny, jakaś babcia w sklepie pytała ją, czy na głowę. Otóż, nie, ale i tak wkładają nas do jednego wora.
Teraz, po wielu latach, czasem w toalecie przypominam sobie moje zastanawianie się sprzed lat i tylko cień myśli przechodzi mi przez głowę: "A co, jeśli to nie jest toaleta?".
Ostatni tydzień w pracy miałem bardzo ciężki. Codziennie wracałem bardzo późno do domu i prawie od razu kładłem się spać. Piątek był najgorszy, zmęczenie sięgało zenitu, nic więc dziwnego, że padłem jak kłoda na łóżko i szybko usnąłem.
Jakieś dwie godziny później poczułem szarpanie i krzyk mojej narzeczonej. Obudziłem się i zobaczyłem jak ona pochyla się nade mną, zapłakana i przerażona. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, mocno mnie przytuliła i przez łzy powiedziała: "w ogóle nie chrapałeś, myślałam, że nie żyjesz".
Mój ojciec był alkoholikiem. Zniszczył mi życie. Matka nigdy od niego nie odeszła. Teraz on już nie żyje (zapił się na śmierć), a ja jestem dorosła. Cały czas chodzę na terapię, bo sobie nie radzę sama ze sobą. Jestem sama, bo nie umiem być w związku. O dzieciach to w ogóle nie ma mowy. Tymczasem moja mama co kilka dni chodzi na grób ojca. Sprząta, zmienia kwiaty, zapala znicze i dziwi się, że ja z nią chodzić nie chcę. Tłumaczyłam jej wielokrotnie, że nie będę tam chodzić, bo nie mam takiej potrzeby i zwyczajnie nie chcę. Mimo to ona cały czas mi robi wyrzuty, że tak nie można, bo jaki był to był, ale to przecież mój ojciec.
Ostatnio zadzwoniła do mnie siostra mamy. Opieprzyła mnie, że robię przykrość matce, bo nie chodzę z nią na cmentarz. To zresztą wstyd na okolicę, bo mieszkamy w małym mieście i ludzie widzą, że nigdy mnie tam nie ma. Na koniec dodała, że jestem wyrodną córką, bo dzięki ojcu jestem na tym świecie i choćby za samo to jestem mu winna szacunek.
Dzięki, ciociu. W moim stanie psychicznym właśnie takiego wsparcia potrzebowałam.
Ja się nie prosiłam o sprowadzenie na ten świat. Czasem myślę nawet, że wolałabym się nie urodzić niż tak się męczyć psychicznie. Po co mi to wszystko?
Czasy młodości, ponad 30 lat temu. Razem z bratem naszym ulubionym zajęciem było ganianie z kijami czy łukami. Strzały robiliśmy z leszczyny, z pełnym opierzeniem. Za grot robiły najczęściej gwoździe.
Historia właściwa.
Nasz sąsiad był, no cóż, trochę trunkowy, jak mawia mój ojciec. Oprócz faktu, że był starym kawalerem, lubił czasami wyładować się na swoim psie.
Któregoś dnia, gdy tak bawiliśmy się z bratem, akurat na pastwisku za domem sąsiada, widzieliśmy kolejną scenę agresji pod adresem psa. Nie wiem co mi wtedy strzeliło do głowy, ale postanowiłem zainterweniować. 11-latek w starciu z napranym 40-latkiem w starciu bezpośrednim miałby niewielkie szanse. Co więc zrobiłem? Strzeliłem do niego z łuku. I trafiłem go. W dupę... Wrzask był taki, jakby faceta ktoś ze skóry obdzierał.
Najśmieszniejsze jest to, że sąsiad nie był w stanie rozpoznać strzelca, bo będąc nawalony jak bela, guzik tak naprawdę widział. Mi się upiekło, brat pary z gęby nie puścił. A wieś miała temat do plotek i żartów na najbliższy tydzień. Nawet psu przestało się obrywać, bo sąsiad pomyślał, że to jakaś kara boża, więc się trochę opamiętał. Może nie tyle opamiętał, co zmienił obiekt zainteresowania, jeśli chodzi o rozładowywanie agresji. Zaczął drewno rąbać.
Dodaj anonimowe wyznanie