Jakiś czas temu związałem się z matką wychowującą samotnie dziecko. Niestety, jej córka od początku mnie nie akceptowała. Mimo że starałem się zaskarbić jej przychylność, starałem się być miły, wyrozumiały, nie obrażałem się, gdy mi docinała, tłumaczyłem, że wcale nie chcę zastąpić jej nieżyjącego tatę, że chciałabym zostać jej przyjacielem, że kocham jej mamę, mimo że kupowałem różne prezenty, że jeździliśmy we troje do cyrku, do parku rozrywki, jedliśmy pizzę, lody itd., to i tak mnie nie lubiła.
Gdy po roku wprowadzali się do mnie, urządziła prawdziwą awanturę, że rujnuję jej życie, że musi zostawić koleżanki i przeze mnie zmieniać szkołę, że jestem najgorszym złem, które jej się w życiu przytrafiło, że nienawidzi mnie, żebym zdechł itd. No po prostu resztki włosów stawały mi dęba na głowie, gdy słyszałem co ta smarkula wykrzykuje. Omal nie dostała w twarz od matki, ale zdążyłem wkroczyć między nie i rozdzielić.
Nigdy nie usłyszałem „przepraszam” za tamte życzenia śmierci. Nie usłyszałem też „dziękuję” za nowego laptopa. Kupiłem, bo był jej po prostu potrzebny do nauki. Panowały wówczas lockdowny i czasy zdalnej nauki. Jej stary lapciak wieszał się co chwila i mulił niesamowicie.
Obecnie mamy maj 2022 r. Wraz z wiosną nastąpiła dziwna metamorfoza w zachowaniu dziewczyny. Nie tylko przestała się boczyć na mnie, nie tylko przestała traktować mnie jak najgorszego wroga (cud, że to wytrzymywałem), ale zaczęła się normalnie odzywać, normalnie zachowywać itd. Ale największego szoku doznałem, gdy wybierając się na ryby usłyszałem od niej pytanie, czy może jechać ze mną. Ona i ja? We dwoje? Aż zatkało. Oczywiście zgodziłem się. No i faktycznie pojechaliśmy we dwójkę.
Brzeg jeziora, sami na odludziu, dookoła krzaki i moje dwie wędki nad powierzchnią wody. Ja łowiłem, a ona chyba się trochę nudziła. Żałowała, że zapomniała stroju kąpielowego. A potem zdjęła dżinsy i koszulę i zaczęła się opalać bez stroju. W samych majtkach. Nawet stanika nie miała.
Przepraszam bardzo, ale to nie jest już małe dziecko. Ona ma piersi. Co prawda jeszcze drobne, no ale jednak ma. Dziwne, że się nie wstydzi. Biologicznego ojca powinna się wstydzić a co dopiero mnie – „obcego” faceta.
Nic na to nie powiedziałem. Udawałem, że nie zwracam uwagi. Ona leżała obnażona, a ja obok łowiłem dalej. Po powrocie jej matce też nic nie wspomniałem o dziwnym zachowaniu córki. Boję się jednak, że ona coś kombinuje. Że moja radość z nagłego ocieplenia relacji jest przedwczesna. Niby od paru dni jest spokój, wręcz wspaniale, jak nigdy dotąd, ale mam wrażenie, że to cisza przed burzą. Obym się mylił.
Mieszkam w niedużej wiosce, gdzie większość ludzi zna się choćby z widzenia. Jako dziecko byłam molestowana przez ówczesnego kolegę ojca. Bałam się o tym komukolwiek powiedzieć (nie pytajcie, gdzie byli wtedy rodzice, bo sama nie wiem).
Kiedy miałam 10 lat wybuchła afera, ktoś skierował sprawę do sądu. Pojawił się nawet artykuł w lokalnej gazecinie o tym, że molestował dwie dziewczynki z rodziny państwa Iksińskich. Wyobraźcie sobie, że mało kto w to uwierzył. Serce mi pękało słysząc prawie codziennie lamenty własnej matki że ''te dzieci to wymyśliły, Henio taki dobry chłop, jak ludzie mogą w to wierzyć'' itd. Z czasem wszystko ucichło.
Kiedy tylko doszła do mnie informacja, że po rozprawie został posadzony, poczułam lekką ulgę. Po wszystkim starałam się wyprzeć te wydarzenia z pamięci.
Mając 16 lat zapoznałam się przypadkiem z chłopakiem o nazwisku Iksiński. Po dwóch latach znajomości wyznał nieśmiało, że czuje coś więcej i tak od słowa do słowa zostaliśmy parą.
O moich przejściach z dzieciństwa nie wiedział nikt. Długo zbierałam się, żeby powiedzieć chłopakowi. Zaczęłam sobie wszystko przypominać i doszłam do drastycznego wniosku. Mój chłopak miał dwie siostry. Pewnego dnia nie wytrzymałam i powoli, przełykając łzy zaczęłam opowiadać. Reakcja chłopaka mnie zaskoczyła, sam zaczął płakać i niechętnie mówić. Wyobraźcie sobie, że informacje sprzed lat nie były do końca prawdziwe.. Ten skurwysyn molestował nie tylko dziewczynki. Mój chłopak zrobił coś, na co ja się nie odważyłam. Powiedział matce, a ona wiedziała co z tym robić. To on go posadził. Może i na krótko, ale posadził. Powiedział mi też, że ta sprawa miała duży odzew i wielu rodziców z dziećmi zgłaszało się do sądu złożyć zeznania przeciwko pedofilowi.
Wyobraźcie sobie, że moja matka nadal uważa, że Henio był niewinny.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że on miał córkę. Wyniosła się z domu jako nastolatka. Ludzie mówią, że nie wytrzymywała oskarżeń ludzi za ojca, a ja obawiam się, że to mogło wyglądać zupełnie inaczej, niż się komukolwiek wydaje...
To było jeszcze za komuny. Miałem wówczas 14 lat i nie byłem na tzw. bilansie. Tak nazywano badania lekarskie. Nie wiem, czy dziś urządza się uczniom takie badania, ale kiedyś były one standardem. Nie byłem, bo chorowałem. Po powrocie do szkoły usłyszałem, że muszę uzupełnić badanie. Od kolegów dowiedziałem się jak ono wygląda. Oprócz ważenia, mierzenia i innych tego typu rzeczy było też zaglądanie w majtki. Każdy musiał na chwilę odciągnąć gumkę, aby pani mogła zerknąć do środka. Koledzy bardzo to przeżywali, bo za naszych czasów nie było wszędobylskiej golizny, nie było internetu i epatowania genitaliami, które dziś na nikim nie robią już chyba wrażenia. Każdy z nas zwyczajnie wstydził się swego siusiaka. Mnie też krępowała perspektywa, że będę musiał go odsłonić.
Higienistka umówiła się ze mną po którejś tam lekcji. Przyszedłem o ustalonym czasie. Kazała mi się rozebrać do majtek. Byliśmy sami w gabinecie. Rozebrany musiałem boso stawać na wadze, stawać pod wzrostomierzem. Musiałem zakrywać jedno oko i odczytywać literki na tablicy, potem drugie. Musiałem zasłaniać jedno ucho i powtarzać szeptane przez panią słowa, potem drugie. Musiałem pochylać się i dosięgać czubkami palców do podłogi, a zaraz potem stałem wyprostowany, czując jak końcówka długopisu sunie wzdłuż linii kręgosłupa.
Wreszcie nadeszła TA chwila.
- Zdejm majtki - usłyszałem.
- Zdjąć? - powtórzyłem pamiętając, że przecież koledzy musieli tylko odciągnąć gumkę znad przyrodzenia.
- Tak. Jesteśmy sami, nie ma kolejki, więc mogę poświęcić ci więcej czasu niż zazwyczaj. Jeśli się wstydzisz, to zamknę drzwi - odpowiedziała podchodząc do drzwi i rzeczywiście przekręciła gałkę w zamku. - No ściągaj, na co czekasz.
Po chwili wahania zatknąłem kciuki za obwód gumki i zjechałem majtkami po nogach. Czułem, jak policzki zaczynają mnie piec na widok własnego przyrodzenia zwisającego z gęstwiny czarnych włosów łonowych. To miał być dopiero początek horroru... Przyrodzenie zaczęło mi nabrzmiewać. Wbrew woli i rozumowi rosło, aż musiałem nakryć je ręką. Im bardziej starałem się nie dopuścić do erekcji, tym wzwód stawał się prężniejszy.
- Nie zasłaniaj się - upomniała kobieta z uśmieszkiem cisnącym się w kąciki ust. Kucnęła przede mną i zwyczajnie odciągnęła mi ręce na boki.
Dziś takie rzeczy byłyby pewnie nie do pomyślenia. Gdyby dziś lekarz-mężczyzna rozebrał uczennicę do naga, by ją sobie tak po prostu pooglądać z ciekawości, to poszedłby pewnie siedzieć. Ale za komuny nie takie rzeczy uchodziły płazem. Za komuny była inna mentalność. Po powrocie do domu, kiedy opowiedziałem rodzicom o całym zdarzeniu, to zostałem jeszcze skarcony za bezwstydne zachowanie (wzwód) i pouczony, że u lekarza nie należy się wstydzić.
Ujmę to tak – kiedyś pozwalano sobie na znacznie więcej.
Mam świnkę morską, czy jak kto woli – kawię domową. Zawsze jak kupuję jej karmę, to na początku wybieram z niej wszystkie czerwone kuleczki i je jem, bo po prostu mi smakują, a mój zwierzak wiecznie patrzy na mnie z takim wyrzutem w oczach.
Ach...
Sytuacja sprzed chwili… Moi rodzice kilka dni temu się pokłócili, w sumie jak zawsze po weekendzie. Dziś siedzimy w trójkę w salonie, gdy nagle dostaje SMS od mamy "Jak nasza córeczka się pójdzie kąpać, to zaliczamy kuchenny stół?".
Chyba nie chciałam nigdy dostać takiego SMS-a...
Aby zmniejszyć widoczność plam na policzkach, moja mama ciągle testuje nowe kremy. Gdy plamy nie znikają lub są takie same, rodzicielka stwierdza, że ma uczulenie na dany krem.
Ostatnio pożyczyłam jej korektor. Mama się pomalowała i zadowolona, bo plam nie ma! Jakież było moje zdziwienie, gdy parę godzin później powiedziała, iż odkryła, że ma uczulenie na wodę, bo gdy przemyła nią twarz, to plamy znów się pojawiły.
W liceum na matematyce miałem tak, że babka od matmy się na mnie uparła. Nic nie zaliczałem w pierwszym terminie, w drugim to tak może połowę, w trzecim przeważnie już coś tam się udawało, ale to i tak była ciągła walka o zaliczenie semestru. Nie tylko ja tak miałem, moja klasowa sympatia też zaliczała się do grupy największych niedorajd matematycznych w tej klasie (warto wspomnieć, że dwuosobowej grupy).
Przypadkowo dowiedziałem się, że inni uczniowie zapisują się na jakiś międzyszkolny konkurs „Rozrywki matematyczne”, a w samym konkursie startuje się parami. Długo się nie zastanawiając wpisałem na listę naszą dwójkę.
Wielkie było zmieszanie nauczycielki, kiedy w obecności dyrekcji wręczała dwójce wiecznie zagrożonych uczniów dyplomy za zajęcie pierwszego miejsca we wspomnianym konkursie :)
Historia sprzed dobrych 4 lat, która dopiero wczoraj miała swój finał.
Razem z kilkoma kumplami byliśmy posiadaczami quadów i crossów. I czy to w weekendy, czy w tygodniu, jeździliśmy do pobliskiego lasu poszaleć. Wiem, trochę to nieodpowiedzialne. Więc z czasem zaczęły się pojawiać tam patrole straży miejskiej, policji, nawet służby leśnej. Nigdy nas nie złapali na gorącym uczynku, ale wiedzieliśmy, że trochę przesadzamy.
Nie chcieliśmy jednak rezygnować z naszych zabaw, a w pobliżu nie było specjalnie innych miejsc, gdzie można by sobie poszaleć. W związku z tym, udaliśmy się do leśniczego i po ponad tygodniu ustaleń, mieliśmy wytyczone trasy, gdzie mogliśmy jeździć. Na policję również poszła informacja, że mamy pozwolenie, by panowie nie jeździli na darmo do wezwań. Skorzystał na tym też leśniczy. Zapytacie jak? Ano od jakiegoś czasu miał problem z Januszami wywożącymi śmieci do lasu. Niby na wjazdach były pomontowane kamery, ale za wjazd do lasu jeszcze nikogo nie zamykają. A ciężko udowodnić, co delikwent ma na przykrytej plandeką pace. Więc oprócz szaleństwa, mieliśmy też oko na niektóre trasy i nielegalne wysypiska.
I tak może po 2 miesiącach jednego Janusza złapaliśmy. Nawet nie próbował uciekać na widok 3 quadów i jednego crossa. Lublinem miałby raczej małe szanse. Facet dostał grzywnę, a my o sprawie zapomnieliśmy. Przynajmniej z pozoru.
3 tygodnie później dzwoni do mnie dziewczyna kumpla, że ten miał wypadek na quadzie. I co się okazało? Nie była to zwykła wywrotka. Ktoś rozciągnął żyłkę między drzewami. Kumpla przed utratą głowy uratował przypadek. Dosłownie metr wcześniej wjechał na jakiś korzeń, w skutek czego quad mu podskoczył i zamiast zawadzić szyją, zawadził klatką piersiową, a żyłka zaczepiła się o zamek kurtki
Sprawa poszła na policję. My przestaliśmy jeździć, z obawy o własne głowy, a służby robiły co mogły, by sprawcę złapać. I dorwały. Po roku żmudnego śledztwa, odpowiedzialnym okazał się nie kto inny, jak ów Janusz, który dzięki nam musiał zabulić 5 tysi na poczet kary za wywożenie śmieci. Więc postanowił się zemścić na gówniarzach, którzy mu zaszli za skórę.
Sprawa poszlakowa, więc po pierwszym skazującym wyroku, postanowił się odwołać. I tak sprawa ciągnęła się prawie 3 lata. My daliśmy sobie spokój z jazdą. Ze strachem człowiek czasami nie wygra, a mi od tej pory jakoś ciężko było na quada wsiąść. Bałem się, że znowu jakiś geniusz rozciągnie żyłkę w lesie. I tym razem szczęście nie dopisze.
Facet dostał 15 lat odsiadki, z racji, że oskarżony był nie o uszkodzenie ciała, a o usiłowanie zabójstwa. Ale dalej nie mogę zrozumieć, co trzeba mieć w głowie, by nie zdawać sobie sprawy z faktu, jakie zagrożenie dla motocyklistów taka żyłka niesie?
Moim szefem był psycholog z wykształcenia. Cały czas miał problem z tym, że jak to on określił, nie wie co ja myślę i czuję, kiedy on do mnie mówi. Dziś mnie zwolnił (do końca tymczasowej umowy zostały mi dwa tygodnie), oto powód: „Bo ja nie wiem co pani myśli, nie mogę pani rozgryźć, pani jest za mało ekspresywna podczas wykonywania pracy”.
Jestem księgową. Co ja, miałam chichotać nad fakturami?
Całe życie byłam nastawiona na to, że muszę w życiu osiągnąć sukces, mam być najlepsza. Rodzice ledwo wiązali koniec z końcem, ale bardzo pilnowali, żebym się uczyła, bo inaczej będę nikim. Bardzo nie chciałam być nikim, a wiedząc, że muszę się starać pięć razy bardziej niż rówieśnicy, nie pozwałam sobie na błędy. Najwyższa średnia, konkursy... Nie było tam wiele czasu na życie. Nieraz wystarczyłoby mi pouczyć się do testu kilka godzin, żeby dostać 5 lub 4. W moim wykonaniu było to kilka dni, aby dostać 6, a ponieważ jak wiadomo testów jest sporo, to dużo więcej ponad to nie robiłam.
Nie wolno mi było chodzić na żadne dodatkowe zajęcia, bo po pierwsze nie było nas stać, darmowe z kolei tłumaczone były tym, że szkoda tracić czas na głupoty.
Generalnie byłam wzorowo poprawna poza jednym. Właściwie od dziecka kłóciłam się z mamą. Na zewnątrz wszystko okej, ale w domu nieraz aż trzaskało od kłótni. Miałam taki okres, że naprawdę chciałam, żeby ona umarła. Postanowiłam wyprowadzić się najszybciej jak się da (miałam takie momenty, że naprawdę wpadałam w szał i bałam się, że ją zabiję), chciałam dostać się do liceum w dużym mieście i postarać się o jakieś stypendium, żeby mieszkać w bursie. Żeby się tam dostać, nakręciłam się na naukę jeszcze bardziej. Nie spałam, uczyłam się po nocach, odpuszczałam wycieczki klasowe. Chęć wyprowadzenia się była najsilniejszym uczuciem w moim coraz bardziej wykończonym ciele.
Udało mi się. Wyprowadziłam się w wieku 16 lat, prawie nie wracałam do domu.
Pracowałam kiedy się dało, żeby tylko zapewnić sobie trochę niezależności. Prawie przestałam się uczyć. Straciłam sens. I okazało się, że nawet słabo płatna praca zapewnia mi lepsze warunki niż miałam w domu, że wcale nie muszę być nie wiadomo kim, żeby nie biedować, że ludzie są super i wcale nie czekają, aż się potknę, że są osoby, które mi pomogą, że WOLNO MI POPEŁNIAĆ BŁĘDY.
Moje zachwycenie nowym życiem mieszało się z epizodami spazmatycznego płaczu kiedy przypominałam sobie, ile czasu w życiu straciłam. Wciąż czuję tę stratę. Te wycieczki klasowe, te spotkania ze znajomymi, te nieprzeczytane książki inne niż podręczniki, seriale, zajęcia dodatkowe, zniszczone poczucie własnej wartości...
Tego czasu już nie nadrobię.
Chore ambicje matki, która sama nie pracowała, bo nie ma pracy dla ludzi z jej wyższym wykształceniem. Teraz widzę, że na mnie oparła swoją pozycję, bo sama nie miała nic, moje osiągnięcia przedstawiała jako swoje, bo to jej zasługa, że się uczę. Wiecznie byłam nie dość dobra, nie dość skromna, nie dość pomocna, nie dość pokorna, nie dość religijna (jej się nawet Matka Boska objawiła, taka jest idealna).
Pracuję nad sobą, jest lepiej, mam własne mieszkanie, męża, jestem szczęśliwa. Coraz rzadziej płaczę. Ale nigdy nie poczuję z siebie dumy, zawsze czuję, że to za mało.
Dodaj anonimowe wyznanie