#yxyoB

Wzrosły koszty życia oraz raty kredytu i to jest tragedia dla wielu rodzin. A dla mnie...

Mam męża i synka trzyletniego.
Przed ślubem pracowałam w sklepie spożywczym, ale gdy zaszłam w ciążę, za namową męża i rodziny zrezygnowałam z pracy. Mąż zarabiał dobrze i kupiliśmy dom na kredyt.
Gdy syn skończył rok, chciałam wrócić do pracy, ale mąż stwierdził z moją mamą, że dziecko jeszcze jest za małe. Poczekałam trochę i wróciłam do tematu, ale „...czego ci brakuje, źle ci?”, „będziesz robić na zmiany, a co z dzieckiem?”, „więcej wydasz na opiekunkę, niż zarobisz”, „ja pracuję, co, nie ufasz mi?”, moja mama jeszcze dorzucała, że powinnam myśleć o rodzinie, a nie o jakimś moim widzimisię. A ja chciałam do ludzi... Kocham synka, ale on dorasta i co będzie ze mną?
I przyszły podwyżki, jedna, druga, a mąż zaczął przebąkiwać, że mały jest w przedszkolu i co ja robię cały dzień, jak on na mnie haruje.

Znalazłam pracę niedaleko domu w butiku, który jest otwarty w godzinach pracy przedszkola. Moja mama twierdziła swoje, ale tym razem poparł mnie mąż, że jeszcze jedna wypłata się przyda. Od czasu gdy pracuję (ponad dwa miesiące), mąż jest innym człowiekiem – pomaga w domu, docenia mnie i opowiada, jak to poszłam do pracy, by pomóc mu w spłacie zobowiązań. Syn zadowolony, a ja tylko kiwam głową, że łatwo nie jest, ale dajemy radę.

Prawda? Cieszę się, że mam pracę, pieniądze się przydają, ale najważniejsze dla mnie jest to, że mam swoje i nie muszę się o nie prosić męża, no i mam swój świat poza domem.

#6Vfwd

Jestem strażakiem (28 lat, '94 rocznik) w Wojskowej Straży Pożarnej.
Mamy pracowników resortu obrony narodowej w straży (cywilów, zazwyczaj emerytów z PSP). Chłopy między 50-60 lat. Nieroby straszne (bo byli dowódcami zmian w PSP)|.
Jezu, jacy to są zboczeńcy...

Na interwencjach czasem bywa tak, że poszkodowaną jest młoda, przystojna kobieta. Ja wtedy nie patrzę na nią jako na obiekt seksualny (no to by była przesada), a patrzę jak na osobę poszkodowaną. Dziady, emeryci z PSP i te ich komentarze, jak z memów: „ale bym ją cimcirimci”, „od niej to bym grosza nie wziął”. Ja już nie potrafię na to patrzeć, tego słuchać. Ostatnio nie wytrzymałem. Podszedłem do takiego dowódcy cywila z PSP i powiedziałem „Zamknij kurna mordę, bo ci wy***bię. Jak ci nie wstyd? Ta dziewczyna może być twoją córką”.

Zastanawiam się, czy żony tych pajaców o tym wiedzą. Wstyd mi za nich, tacy ludzie nigdy nie powinni być w straży pożarnej, i to jeszcze jako dowódcy zmian. Tfu, precz z nimi.

#ZFBq2

Zaczynam się poważnie zastanawiać czy nie staję się powoli rasistą i homofobem. A wszystko przez Disneya, Netflix, HBO czy BBC.

Jestem chwilę przed pięćdziesiątką, a całe życie przepracowałem w wielkich, międzynarodowych korporacjach. W trakcie tej pracy wielokrotnie pracowałem z ludźmi wszystkich kolorów skóry i wszelakich orientacjach seksualnych, i nigdy, ale naprawdę NIGDY nie oceniałem nikogo z tych powodów. Bywało, że byłem jedyną białą osobą w multikulturowych zespołach i takie wydarzenia są dla mnie do dziś bardzo miłym wspomnieniem. Dodam również, że niezależnie od rasy/orientacji byli to wspaniali ludzie, o bardzo wysokim poziomie kultury i olbrzymim doświadczeniu i wiedzy merytorycznej – często czułem się wśród nich jak „ubogi krewny”.
Co ważne, ludzie ci doskonale znali swoją wartość, i nie uważali się zarówno za dyskryminowanych, ani uprzywilejowanych ze względu na swoje pochodzenie.

A teraz do głównego wątku: od kilku lat obserwuję rosnącą tendencję do upychania na siłę przez wielkie stacje telewizyjne i platformy streamingowe reprezentacji ludzi i innym niż biały odcieniu skory oraz nieheteroseksualnej orientacji. Żeby nie być gołosłownym, podam konkretne przykłady: czarnoskóra Anna Boleyn (Anna Boleyn), czarnoskóry Achilles (Troja: upadek miasta), czarnoskórzy hobbici i elfy w „Pierścieniach Władzy”, czarnoskóry Wąż Morski w „Rodzie Smoka”, czarna Arielka w nowej syrence. Dodatkowo pozamieniane płcie i homoseksualna orientacja Phastosa w Eternals.

Zdaję sobie sprawę, że cześć tych produkcji to filmy z fikcyjnymi bohaterami, ale oni też byli osadzeni w pewnym, dobrze zdefiniowanym, kręgu kulturowym, i dodatkowo dobrze opisani w kwestii wyglądu (płowowłosy Achilles, różana Ariel, valeriańskie pochodzenie Corlysa Velaryona).

I nie chodzi tu o to, że nie lubię widzieć czarnych aktorów: uwielbiam Denzela Washingtona, Danny'ego Glovera, Kubę Goodinga Jr. i całą masę innych – wkurza mnie zarówno zakłamywanie historii, jak i „polityczne” wciskanie niepasujących postaci na siłę.

Żeby być dobrze zrozumianym – tak samo nie podobała mi się Scarlett Johannson w „Ghost in the shell” czy John Wayne jako Czyngis Chan – te role powinni zagrać Azjaci.

Przecież jest tyle niesamowitych postaci, o których można nakręcić setki świetnych filmów: Rosa Parks, Martin Luther King, Nelson Mandela, Ralph Ellison, Louis Armstrong i wielu innych. Poza tym Czarny Ląd ma kilka tysięcy lat historii i masę fantastycznych legend, postaci, wydarzeń na setki tysięcy kilometrów taśmy filmowej – po co upychać na siłę w rolach kompletnie od czapy???

#BZOBe

Zacznę od tego, że mieszkam z rodzicami i dziadkami w jednym domu. Babcia i dziadziu są wzorowym małżeństwem i nigdy nie widziałam, żeby tak na poważnie się pokłócili, więc pewnego dnia gdy przyszłam na śniadanie nie wiedziałam o co chodzi, widząc babcię z miną, która może zabić, za to dziadek z miną winowajcy próbuje być niewidzialny. Próbowałam dowiedzieć się o co chodzi, na co dziadziu odpowiedział tylko, że uderzył babcię. Nie mogłam w to uwierzyć, bo taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca. W końcu dziadek opowiedział całą historię. A było tak: „Śniło mi się, że byłem z babcią na wycieczce w zamku. Spacerowaliśmy, ale w pewnym momencie zobaczyłem stado wilków, chciałem uciekać, ale babcia jak zwykle mnie nie słuchała, no i te wilki nas dopadły. Nie miałem się jak bronić, ale w ostatnim momencie znalazłem duży kij. Już czułem sierść tego wilka na ręce, no to walnąłem mu z całej siły w łeb”.
Jak się okazało, dziadziu smyrał przez sen babcię po głowie (tak, właśnie to była sierść wilka) i z całej siły uderzył ją pięścią w głowę myśląc, że to wilk.

Na następne urodziny babcia dostała kask, tak w razie czego ;-)

#IwzgN

Jakiś czas temu ukończyłem studia, ale długi czas nie mogłem znaleźć pracy. Przynajmniej nie w swoim zawodzie. Roznosiłem dziesiątki CV po różnych firmach, ale zawsze słyszałem to samo – że odezwą się, jeśli moja kandydatura zostanie pozytywnie rozpatrzona. Oczywiście nikt się nigdy nie odezwał. Zdesperowany pisałem kolejne podania i rozsyłałem do coraz dalszych firm. W sumie chyba z ulgą przyjąłem fakt, że znowu nie było odzewu, bo przecież nie byłoby mnie stać na wynajem mieszkania w Warszawie czy Poznaniu. Przez cały ten czas poszukiwania byłem zarejestrowany w Urzędzie Pracy. O dziwo, przyszła stamtąd wiadomość, że jest dla mnie pewna propozycja zatrudnienia. Zdumiałem się, bo przecież wcześniej sam osobiście odwiedziłem wszystkie interesujące mnie firmy w okolicy i nikt mnie nie potrzebował. Jednak okazało się, że propozycja dotyczy niewielkiego prywatnego warsztaciku, który – szczerze powiedziawszy – średnio był związany z moim wykształceniem. Ale usłyszałem w urzędzie, że jak się nie zgłoszę na rozmowę, to mogą mnie skreślić z listy i stracę jakiś tam status. No więc poszedłem.

Na miejscu przywitał mnie właściciel firmy – człowiek w średnim wieku. Bez większych nadziei przyniosłem mu tysięczne wydrukowane CV, a on przeczytał je i spytał o list motywacyjny. Kuźwa, wariat. Jaką mogę mieć niby motywację do podjęcia zatrudnienia w rodzinnym zadupiu za marne grosze? Poprosiłem więc o kartkę papieru i przy nim, normalnie długopisem, siedząc naprzeciw niego, nabazgrałem jedno zdanie, że moją motywacją jest chęć zarabiania pieniędzy i że dlatego gotów jestem codziennie przychodzić i uczciwie pracować w zamian za równie uczciwe wynagrodzenie. Koniec, kropka.

Zostałem przyjęty. Ze względu na szczerość. Usłyszałem od przyszłego szefa, że przyjaciółmi może nie zostaniemy, ale z pewnością się dogadamy, bo on też lubi walić prosto z mostu i wykładać kawę na ławę.

#sBCFq

Zawsze jak ktoś się pytał, dlaczego się zdecydowałam na studia za granicą, mówiłam o lepszych perspektywach na zawód, innym podejściu do studentów i innych takich. Gdy w rozmowie ze znajomym padło „ja wiem, że ty uciekasz” (przed rodziną), w pierwszym odruchu zaprzeczyłam. Oczywiście, rodzina idealna nie jest, nie raz miałam ich dość, ale że uciekam? Czy to nie przesada? Jednak teraz, siedząc już za granicą, muszę przyznać – to jednak było podyktowane możliwością wybycia z domu.

Bałam się wyjazdu, w końcu inny kraj, język i kultura. Mieszkam w domu z różnymi nacjami, obcymi ludźmi, a czuję się bezpieczniej niż w domu rodzinnym. Zdecydowanie wolę zasypiać przy odgłosach imprezy jednego ze współlokatorów niż awantury rodziców, w szczególności że towarzystwo kulturalnie przed północą wynosi się do baru, by nie przeszkadzać innym, a nie drą się do 3 w nocy, jak moi rodzice. Już prawie przestałam mieć kłopoty z bezsennością i kryciem moich rzeczy (w domu rodzinnym zazwyczaj nie wolno mi ich było mieć na wierzchu. Jeśli było wolno i zostawiłam, to rodzeństwo potrafiło je przywłaszczyć). Największym strachem jest to, że będę zmuszona przenocować rodzeństwo i to wszystko powróci, znów maniakalnie zacznę chować personalne bibeloty i jedzenie. Odciąć się całkowicie nie mogę, ale też nie chcę. Marzę, by moja mała utopia nie została naruszona kiedykolwiek.

Mimo tych wszystkich odczuć wciąż jest mi ciężko przyznać, że pochodzę z rodziny lekko patologicznej...

Ale ludzie! Udało mi się! Studiuję za granicą i jestem niemalże wolna. A z czasem może i nawet brzęczące z tyłu głowy słowa ojca „TY I STUDIA?! Albo się nie dostaniesz, albo cię wy**bią po pierwszym roku” znikną. I tego wszystkim życzę – wolności i spełnienia marzeń.

#dkBto

Czas wymienić kobietę na lżejszy i milszy model, jakkolwiek brutalnie to brzmi. Pękło we mnie coś po weselu u kuzyna. Byłem sam, gdyż moja kobieta nie chciała iść.
Córka ma ponad cztery lata, moja kobieta przez cały ten czas nie miała czasu doprowadzić się do porządku. Jest otyła, zaniedbana i wiecznie narzeka. Narzeka na wszystko. Od dłuższego czasu wolę robić nadgodziny, niż wracać do domu do wiecznie niezadowolonej kobiety, która ma o wszystko pretensje. Od ponad dwóch lat nie może znaleźć stabilnego zatrudnienia, bo za ciężko, bo szef ją wkurzył, bo atmosfera zła, bo ktoś podniósł na nią głos, bo ta praca sprawia, że ma depresję itp. Po ostatnich podwyżkach wszystkiego, w tym kredytu hipotecznego, poprosiłem ją, że musi ograniczyć spożywanie cukrów, fast foodów, już nie tylko, bo wygląda jak wygląda, ale ze względów ekonomicznych, bo nie damy rady. Jej dieta oparta o cukry i tłuszcze naprawdę dużo kosztuje. Myślicie, że zrozumiała? Nie zrozumiała. Obraziła się. Kobieta najzwyczajniej mnie obrzydza.

#PWe0d

Ta historia przydarzyła mi się całkiem niedawno. Otóż wysiadłam ze swojego autobusu i postanowiłam pójść do pobliskiego supermarketu po coś do picia. Byłam już praktycznie przy drzwiach, kiedy to zatrzymała mnie pewna kobieta (od razu zaznaczę, że była schludnie i porządnie ubrana), która poprosiła mnie o trochę drobnych na kilka bułek. Zdziwiłam się, bo nie wyglądała na biedną, no ale pozory mogą mylić, mogło jej zabraknąć itp. Powiedziałam od razu, że pieniędzy nie dam, ale możemy iść do supermarketu, to kupię jej bułki. Widziałam, że nie spodobała się jej ta opcja, ale jednak się zgodziła. Przed wejściem wzięła jeden duży wózek sklepowy. Zdziwiło mnie to, ale nie komentowałam, bo może tak lubi.

Jak możecie się domyśleć, zaraz po dotarciu do sklepowych regałów zaczęła ładować produkt za produktem. Zaznaczę, że były to dość drogie produkty, jak np. wielka bombonierka z wyższej półki czy cała wielka butelka wody kokosowej i tym podobne rzeczy. Ja na spokojnie zapakowałam ze cztery bułki i układałam plan.

Gdy znaleźliśmy się przy kasie z bułkami w mojej ręce i z tą babką, która cały koszyk zapełniła (swoją drogą trochę naiwna myśląc, że za to wszystko zapłacę), głośno się do niej zwróciłam, że najpierw ja zapłacę za bułki, a potem ona za resztę zakupów. Babka aż zrobiła się czerwona i zaczęła krzyczeć, że oferuję jej pomoc i się w ostatniej chwili wycofuję, rzuciła parę obraźliwych słów, a ludzie w kolejce zainteresowani patrzyli na nas. Ja spokojnie powiedziałam, że owszem, oferowałam pomoc i za bułki, o które mnie prosiła, chętnie zapłacę, ale nie zdeklarowałam się, że kupię jej pół sklepu. Ostatecznie babka z krzykiem mnie wyzwała i wyszła z supermarketu cała czerwona. Mogłam równie dobrze poczekać na to aż kasjerka skasuje te produkty i odmówić wtedy płacenia, ale nie chciałam robić problemu sprzedawczyni ani innym klientom.
A bułki kupiłam dla siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie