2 lata temu moja Mama zmarła na raka. Przed Jej śmiercią często załatwiałam jej sprawy, chciała bardzo wszystko dopiąć na ostatni guzik - banki i inne instytucje - a także podziękować znajomym i przyjaciołom za to, że byli w Jej życiu.
Jako że leżała w hospicjum, a z każdym dniem Jej stan się pogarszał prosiła mnie o to, by te sprawy właśnie załatwić. Tak też robiłam, a kiedy przychodziłam do Niej codziennie, zazwyczaj rozmawiałyśmy właśnie o tym, co jeszcze trzeba zrobić.
Pamiętam, że kiedy odeszła, strasznie żałowałam, że tych momentów nie spędziłyśmy na takich głębokich rozmowach, o życiu, o naszych relacjach. Obie przecież zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że czasu jest coraz mniej. Mimo to cieszyłam się, że mogłam choć trochę pomóc w tych "formalnościach".
W dniu kiedy zasnęła na zawsze, płakałam, a pielęgniarka, która miała wtedy dyżur powiedziała coś, co wtedy wydało mi się okrutne: "Nie masz teraz co płakać. Zobaczysz za rok, dwa, wtedy dopiero będzie bolało". Niestety, miała rację.
Jej śmierć długo do mnie nie docierała. Najpierw głowę zajęłam tymi wszystkimi rzeczami, które trzeba wykonać po czyjejś śmierci, akty zgonu, pogrzeb, notariusz. Później rzuciłam się w wir zmian: remont, zmiana mieszkania, wyprowadzka, eksperymenty z wyglądem, staże i nauka, korzystanie z życia, jakby miało się ono skończyć jutro, jakbym miała z czymś nie zdążyć. Robiłam wszystko, by o tym nie myśleć.
Pewnego dnia (niecały rok po śmierci Mamy) udałam się na rozmowę kwalifikacyjną do mojej pierwszej pracy w zawodzie. Okazało się, że zostałam przyjęta, strasznie się cieszyłam! Wyszłam z biura, a przez głowę przeszła mi jedna myśl: "Tak bym chciała teraz do ciebie zadzwonić, mamo, i ci o tym powiedzieć...". Nie minęła minuta, a usłyszałam dźwięk telefonu. Dostałam wiadomość od swojego brata ze zdjęciem Mamy. Nogi się pode mną ugięły, ale podziękowałam mu w SMS-ie za zdjęcie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zapytał, o co mi chodzi? Okazało się, że zdjęcie wysyłał, ale jakieś pół roku temu, a doszło ono akurat w tamtym momencie, kiedy tak bardzo chciałam zadzwonić do Mamy! Stanęłam na ulicy i płakałam i śmiałam się na przemian. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę, a ja poczułam, że Ona jest cały czas i czuwa.
Mój ówczesny chłopak zgasił mnie mówiąc, że to przecież przypadek. Możliwe. Ja mimo wszystko od tamtej pory czuję, że mam swojego osobistego Anioła.
Wyznanie z tych naprawdę anonimowych.
Ostatnio w moim mieście zaczęły się juwenalia, toteż jak wiadomo, okres imprez rozpoczęty. Po jednej z takich imprez ruszyłam ze znajomymi na kluby. Zabawa była przednia, a szalona noc poprowadziła nas do jednego z większych krakowskich klubów. Nie owijając w bawełnę, poznałam tam faceta. Był przystojny, dobrze zbudowany (mówił, że coś tam trenuje), zabawny, dobrze nam się rozmawiało, a co najważniejsze, tańczyło. No ideał. Bawiliśmy się przednio, ale też wypiliśmy naprawdę dużo i czułam się już mocno podchmielona, a większość znajomych już poszła. Sama stwierdziłam, że powoli trzeba myśleć o wyjściu, ale jeszcze trochę pod wpływem chwili, a trochę po to, by zachęcić późnego chłopaka na wspólne wyjście, zdecydowałam się zaciągnąć go na szybką akcję do toalety. Nie były to może komfortowe warunki, ale czułam, że taka okazja może się nie powtórzyć. Miałam jego przyjaciela w ustach i wydawało mi się, że jest mu naprawdę dobrze, bo słyszałam, jak wzdycha, gdy nagle... zesikał się. A ja myślałam, że dochodzi...
Nie mam pojęcia, czy specjalnie, czy nie mógł wytrzymać, bo praktycznie od razu stamtąd wybiegłam z potężną traumą i niesmakiem do dzisiaj.
Tak że morał chyba taki, że nawet jak ktoś wydaje się na pierwszy rzut oka perfekcyjny, to faktycznie różnie z tym bywa.
Pamiętam jak byłam w podstawówce, z wielka chęcią nosiłam sukienki, spódniczki, krótkie spodenki. Jeśli dobrze pamiętam, to w 5 klasie okazało się, że ważę 60 kg. To był dla mnie szok. Przecież to niemożliwe. Nie objadałam się słodyczami ani nic z tych rzeczy. Rodzina ciągle powtarzała, że nie jestem gruba, że jestem w sam raz. A ja nic z tym nie robiłam, no bo po co? Jestem przecież w sam raz. W gimnazjum ludzie zaczęli się ode mnie odwracać. Rozmawiałam głównie z dziewczynami z klasy, nie szukałam nawet osób do bliższej przyjaźni, bo kto by się chciał ze mną zadawać – z grubą dziewczyną. Przestałam ćwiczyć na WF-ie, bo się po prostu wstydziłam. Poszłam do technikum, ciężko było mi się tam zaaklimatyzować, ale dałam radę. Lecz dalej nic nie robiłam ze swoją nadwagą. Rodzice z rodzeństwem zaczęli lekko dogryzać, że koleżanek nie mam, że chłopaka nie znajdę, a ja stwierdziłam, że po co schudnąć? Wtedy zaczną sobie o mnie przypominać, zwracać uwagę na mnie, może znajdzie się ktoś ,kto pokocha mnie taką jak wyglądam. I dalej nic nie robiłam.
Teraz mam 160 cm wzrostu i jakieś 35 kg nadwagi, może nawet więcej, nie wiem, bo się dawno nie ważyłam. I dziś ukończyłam drugi trening. Obiecałam sobie, że dam radę, choćby skały srały, ale ja schudnę, zrzucę to.
Tak że trzymajcie za mnie kciuki!
Kilka miesięcy temu przeprowadziłem się za granicę. Kumpel obiecał mi pomoc w ogarnięciu wszystkiego. Miałem pomieszkać chwilę u niego, zanim znajdę jakiś pokój na wynajem, ale tak się złożyło, że akurat mój przyjazd pokrył się z wyjazdem jego przyjaciółki na miesiąc do Polski, więc zaproponowała, że mogę zatrzymać się u niej, skoro mieszkanie i tak stałoby puste. Nie chciała nic w zamian, miałem tylko dbać o jej roślinki i odbierać pocztę. Nie znałem tej dziewczyny, więc miło mi się zrobiło, że jednak Polacy za granicą nie są tacy źli, jak słyszałem. Gdy przyjechałem, jej już nie było, więc nie miałem okazji jej nawet spotkać, klucze przekazał mi kolega.
Mieszkanie bardzo mi się spodobało, było małe, przytulne, bardzo minimalistyczne. Niewiele było tam przedmiotów, brak telewizora czy radia, jedynie mnóstwo książek.
Dość szybko zaczęło mi się nudzić, nie mogłem pooglądać telewizji, nie miałem swojego laptopa, nie znałem miasta, więc postanowiłem sobie poczytać. Zacząłem grzebać wśród wielkiego stosu książek i tak trafiłem na jej pamiętnik. Wiem, że nie powinienem go czytać, ale ciekawość wzięła górę. To nawet nie był pamiętnik, bardziej notatnik, pełen jej przemyśleń, wierszy i opowiadań. Erotycznych opowiadań. Tak bardzo się w to wkręciłem, że nie mogłem się oderwać przez całą noc. Nawet nie wiem kiedy zacząłem się do tych opowiadań masturbować. Jej przemyślenia i notatki również mnie zafascynowały, były głębokie i mocno zamieszały mi w głowie. Przejrzałem każdy kawałek jej mieszkania. W jednej z szuflad znalazłem kilka wibratorów, co podkręciło mnie jeszcze bardziej.
I wiem jak głupio to może zabrzmieć, ale zakochałem się. W osobie, której nigdy nie widziałem na oczy i nigdy nie zamieniłem słowa.
W końcu dostałem pracę i wynająłem pokój. Wyprowadziłem się i do dziś tej dziewczyny nie poznałem. Miałem okazję, gdy już wróciła i zaprosiła mnie i naszego wspólnego znajomego do siebie, ale stchórzyłem. Bałem się, że nie będę potrafił ukryć swoich uczuć i ona od razu domyśli się, co zrobiłem.
I tak to już trwa. Nie ma dnia, żebym o niej nie myślał. Wiem, gdzie mieszka, wiem o czym myśli, co czyta, o czym fantazjuje, jaką pije herbatę i jakich używa perfum. Nie wiem, jak wygląda, jaki ma głos, nie znam jej charakteru. Ale wpadłem w jakąś straszną obsesję. Mój kumpel co jakiś czas proponuje, żebyśmy spotkali się we trójkę, podobno ona sobie żartowała, że chciałaby poznać faceta, który spał w jej łóżku. A mi coraz trudniej znaleźć wymówki, w końcu mieszkamy w tym samym mieście. Ale boję się, że spotkanie jej na żywo zniszczy całą moją wizję jej osoby i złamie mi serce (wiem, jak irracjonalnie to brzmi). Albo wręcz przeciwnie, okaże się idealna i tym bardziej nie będę w stanie zwalczyć tej chorej obsesji. Czuję się jak idiota.
Siedzisz sobie spokojnie na religii, leniwie wpatrując się w księdza. Inni robią to samo. Temat o alkoholizmie, więc wszyscy są ciekawi, co powie ksiądz. Na dźwięk jego słów drgasz, coś w tobie pęka. Ksiądz mówi „Kto pije codziennie przez tydzień, jest alkoholikiem. Alkoholik jest nikim, nie powinien żyć, nie powinien istnieć, trzeba się go pozbyć”...
Próbujesz zaprotestować, mówiąc, że alkoholizm to choroba, że takim ludziom trzeba starać się pomóc. Ale ksiądz ciągnie dalej, przekrzykując cię i nie pozwalając dokończyć. Dlatego pakujesz się i nie zważając na proboszcza, wychodzisz i idziesz do domu.
Do domu, w którym czeka na ciebie pijany ojciec. Ojciec, który według księdza nie ma prawa żyć i powinien umrzeć.
Mieszkam w akademiku, a co się z tym wiąże mamy łazienkę na jedno skrzydło budynku.
Zawsze korzystałam z tradycyjnej szczoteczki do zębów, ale dostałam pod gwiazdkę swoją wymarzoną elektryczną szczoteczkę, trochę hałaśliwa, ale jak zęby czyści! Jako że jest jedna łazienka na skrzydło, są ciągłe walki kto pierwszy i ile będzie korzystał. Rzecz miała miejsce, kiedy to już po kąpieli postanowiłam umyć zęby. Czyszczę zęby, mija około minuty i nagle słyszę:
- Do jasnej cholery, to jest łazienka, a nie miejsce do ruchania!
Chciałam zobaczyć kto taki śmieszek, więc otwieram łazienkę jednocześnie czyszcząc zęby, uwierzcie mi, pierwszy raz w życiu widziałam żeby twarz ludzka przybrała czerwony kolor ze wstydu, a bieg do pokoju zajmował mniej niż rekord świata na 100 m. No cóż, dziewczyna pomyślała, że moja hałaśliwa szczoteczka to wibrator.
Pracuję w szkole jako pedagog. Sama szkołę średnią skończyłam prawie 10 lat temu, jestem w miarę na bieżąco.
Mamy multum niepełnoletnich uczniów, którzy chodzą do szkoły raz na 3 miesiące, ich frekwencja woła o pomstę do nieba, większość z nich jest zwyczajnie nieklasyfikowana.
Moim obowiązkiem jest dzwonienie do rodziców i motywowanie ich, aby dzieciak zaczął do szkoły uczęszczać, bo dopóki dzieciak nie ma 18 lat, ma zasmarkany obowiązek uczęszczania do szkoły.
Wydzwaniam do rodziców w październiku, grudniu, marcu, kwietniu, że ich pociecha nie realizuje obowiązku szkolnego, uprzedzam, że będą tego konsekwencje w postaci pisma do sądu i ewentualnie kuratora.
Wiecie jakie są odpowiedzi rodziców, których 16-letnie dziecko opuszcza 600 godzin w ciągu roku szkolnego?
- No Michaś nie wstaje rano, nie mam na to wpływu.
- Maciuś powiedział, że nie ma się w co ubrać, więc nie chodzi do szkoły.
- Kacperek obiecał, że będzie już chodził! (a Kacperka nie ma kolejne 3 miesiące)
- No bo on zasypia, wstaje o 11 i już nie opłaca mu się iść na lekcje.
- No bo on gra po nocy, zasypia o 5 rano, nie wysypia się.
- Ja nie mam wpływu.
- Nie wiem co robić.
- On mnie nie słucha.
No mówcie co chcecie, ale w moim życiu, całkiem niedawno, gdybym przez 3 miesiące nie chodziła do szkoły, to matka by mnie rozniosła.
Godziny szczytu, wracam do domu przepełnionym autobusem. Słychać charakterystyczny sygnał, który oznacza, że drzwi niedługo się zamkną. Ucieszona, bo już przystanków do domu coraz mniej i nagle.... Słyszę przeraźliwy huk.
Biedna babeczka z wielkimi siatami biegła do autobusu, ale niestety nie zdążyła wsiąść. Mało tego, wpadła nogą w przerwę między krawężnikiem a autobusem. Rozpłaszczyła się na drzwiach, zakupy się porozsypywały, twarz jak glonojad, powoli zaczęła zsuwać się po szybie. Patrzę na nią, ona patrzy na mnie i nagle widzę samotne jabłko, toczące się po chodniku.
Bardzo chciałam jej pomóc, ale przez kolejne 10 minut nie mogłam opanować śmiechu.
Jestem okropnym człowiekiem...
O tym, jak trauma może zablokować człowieka i odebrać mu czerpanie radości z konkretnych rzeczy.
W podstawówce nie byłem zbyt dobry w piłkę nożną, a w to zazwyczaj graliśmy na WF-ie. W ogóle nie lubiłem gier zespołowych, bo wszyscy mieli do mnie pretensje, jeśli dałem sobie odebrać piłkę. Mógłbym całą lekcję robić gimnastykę albo skok przez kozła, byle nie gry zespołowe. Często zanosiłem nauczycielowi lewe zwolnienia albo kitowałem, że noga mnie boli. (Z tego miejsca chciałem przeprosić pana, nazwijmy go Marek. Panie Marku, przepraszam, że unikałem Pana lekcji, ale miało to związek z tym, co zafundowali mi „koledzy” z klasy, Pana bardzo lubiłem i nawet fajnie się rozmawiało, siedząc na ławce). Pan Marek i tak przez 3 lata na koniec wystawiał mi 5, bo o dziwo ze sprawdzianów miałem takie oceny (rzut piłką lekarską, skok przez kozła, bieganie na czas itp.)
Teraz kilka komunikatów do dawnych chłopaków z klasy. To nie moja wina, że nie jestem Lewandowskim, ja się nie pchałem do tej gry. Nie byliśmy na mistrzostwach świata, a wy zafundowaliście mi traumę, jakby przeze mnie drużyna odpadła z eliminacji. Bałem się, bałem się każdego dnia, kiedy były zajęcia sportowe, modliłem się, żeby się przeziębić, wtedy dostałbym zwolnienie, dzień, w którym odwoływano WF był dniem najpiękniejszym.
Teraz prawidłowa część wyznania.
W gimnazjum było zupełnie inaczej. Na początku też nie byłem jakiś dobry, ale tam trafiłem na porządnych ludzi, którzy nie wyśmiewali mnie, bo nie umiałem przyjąć piłki. W tym czasie zacząłem grać dużo lepiej i zaciekawiłem się tym sportem. Nawet zacząłem oglądać z tatą Ligę Mistrzów i mecze lig krajowych (a, no tak, dziękuję wam za popsucie mojej relacji z ojcem, bo zawsze gdy oglądał mecze, ja kłóciłem się z nim, żeby tego nie robił).
Zacząłem zgłębiać wiedzę o piłce nożnej i w liceum byłem już niezłym ekspertem. Na studiach dołączyłem do uczelnianej drużyny piłkarskiej. Co prawda na pozycji obrońcy, ale zawsze coś. Ciągle studiuję i w międzyczasie robię licencję trenerską i mam nadzieję, że jakiś klub da mi angaż. Po studiach i jak będę miał stabilną pracę, zamierzam założyć własny klub piłkarski, a kasę zebrać z crowdfunding. Żałuję, że nie pokochałem tego sportu od początku.
Teraz wiem, że ci ludzie po prostu leczyli swoje kompleksy, ale w tamtym czasie to nie było oczywiste.
Mój znajomy cały czas jest pijany. Weekend, dzień powszedni, święta, rano, wieczorem. Nie dawało mi to spokoju, byłem ciekaw, czy miał problemy w dzieciństwie, jest alkoholikiem czy się nudzi? Zapytałem jego matkę, ale takiej odpowiedzi nigdy bym nie oczekiwał.
Okazuje się, że gość jest niesamowicie inteligentny, w topowym procencie na świecie. Gość po prostu nie jest w stanie znieść tego, że jest ponadprzeciętny, ciągle czuje, że nie pasuje do społeczeństwa, że otaczają go ludzie mniej inteligentni. Ratunek odnalazł w alkoholu, dzięki któremu się ogłupia, gdy jest pijany może chociaż trochę poczuć się normalnie.
Gdzieś kiedyś słyszałem, że mądrość jest przekleństwem, a głupota błogosławieństwem...
Dodaj anonimowe wyznanie