#RFbau

Sezon teraz na alergię. Co kogoś spotkam, to oczy czerwone i gile z nosa. Ja sama wyjątkowo w tym roku dostałam, a nigdy nie miałam. Łzy z oczu, katar i straszne drapanie w gardle.
Niestety musiałam wczoraj pojechać na miasto. W pewnej chwili usiadłam sobie na ławeczce i zaczęłam smarkać i kaszleć. Starsza pani dwie ławeczki ode mnie powiedziała: „Teraz to wszyscy mają. Ja też w tym roku dostałam”. Odpowiedziałam, że sezon się zaczyna teraz i te wszystkie pyłki latają. Pani powiedziała, że wczoraj kupiła w tej aptece (i dokładnie pokazała mi palcem, w której) syrop prawoślazowy. Powiedziała, że bardzo jej pomógł, zniknęło drapanie w gardle. Zaprowadziła mnie tam i pokazała który. A że ja zostawiłam portfel w pracy mamy, to nie miałam kasy. Starsza pani kupiła mi go wraz z witaminą C i zapłaciła za wszystko... Nieźle się wzruszyłam. Podziękowałam jej bardzo.
Dzisiaj czuję się już o niebo lepiej :)

#T6krd

4 miesiące temu mój narzeczony dostał swoją wymarzoną pracę. Po studiach prawniczych bez znajomości udało mu się zacząć w dobrej kancelarii. Wielkie szczęście i wielkie przygotowania. Bo przecież wygląd w tej pracy jest ważny. Idealny garnitur, szyty na miarę, i buty. O butach będzie ta historia.

Znalazł idealne, 100% skóra. Z Niemiec. Takie, co posłużą na lata. Był strasznie dumny. „Są tak wytrzymałe, że mnie w nich pochowają i ani ryski nie będzie”. Czekał na nie kilka dni, przyszły pocztą, jeszcze piękniejsze niż na zdjęciu. Śmiałam się z jego zachwytu i powiedziałam „Na serio będziesz bardzo eleganckim trupem w tych butach”.
I faktycznie wyglądał pięknie... Jego rodzice nie chcieli się zgodzić, by włożyć mu do trumny buty za około 1500 zł. Ale ja się uparłam. To były JEGO buty.

Dzień po ich otrzymaniu pojechał po odbiór garnituru. Nie zdążył, jakiś samochód wypadł z drogi i uderzył prosto w niego. Wieczorem do domu zapukała policja. Zabrali mnie na identyfikację. Wyglądał, jakby spał. Chciałam położyć się obok. Jak zawsze przykryć jego zimne stopy kocem. Zamiast tego wróciłam do domu, porozbijałam talerze z naszą kolacją. I położyłam się w łóżku, w którym jego już nigdy nie będzie.
Jednak nie zostawił mnie samej. Zostałam z jego nowym garniturem bez jego zapachu i z maleństwem skrywanym pod sercem. Nigdy się nie dowiedział, że będzie tatusiem. Ale nauczę synka pamiętać o nim. Nauczę go kochać moje wspomnienia.

#pjzqM

Mam cudowną córkę i męża, ale czasami mam dość... Moja teściowa wtrąca się we wszystko, twierdzi, że ma mały kontakt z dzieckiem (mieszkamy w jednym domu, mamy wspólne części mieszkalne!), że dlaczego tak robię, że ona robiła inaczej... Jak ja na coś powiem „nie”, to ona „tak” (czasami przy mnie, a praktycznie zawsze jak mnie nie ma, bo sama się chwali co to robiły, np. mówię przed moim wyjściem, żeby nie dawać córce żadnych słodyczy, to po powrocie słyszę, że jadły ciastka). Odkąd urodziłam proszę, żeby zwracać się do córeczki w prawidłowej formie (zamiast „co jesz?” mówi bezpośrednio do mojej córeczki „co Kasia je?”), a oprócz tego, że mi się taka forma zwracania do dziecka po prostu nie podoba, to nawet logopeda zabroniła tak mówić do niej. Mam wrażenie, że teściowa po prostu chciałaby, żeby moja córka była jej i chciałaby wychowywać ją tak, jak sama ma na to ochotę.

Mój mąż jak we wszystkim mnie rozumie, tak w tej sytuacji uważa, że rację ma mamusia. Czasami mam ochotę się spakować i wyprowadzić, tylko szkoda, że już tyle pieniędzy wydaliśmy w nasz aktualny dom.

#M46wC

Mam 25 lat, nie mam męża ani nawet chłopaka. Nigdy nie miałam i jest mi po prostu wstyd. Nie, nie wstydzę się tego, że jestem sama. Wstyd mi, bo z jednej pensji nie stać mnie na godne życie. Tak naprawdę na nic mnie nie stać. Pracuję na pełen etat, 40 godzin tygodniowo, w weekendy po 12 godzin dziennie dorabiam w gastronomii. Wynajmuję pokój w mieszkaniu i cały czas naiwnie liczę na to, że będzie mnie kiedyś stać na kawalerkę. Gdybym jednak się na nią zdecydowała, zostałoby mi 400, góra 500 złotych na przeżycie (jedzenie, środki czystości), co przy obecnej inflacji jest niemal niemożliwe. Oczywiście z dwóch pensji wynajem kawalerki albo nawet kredyt w perspektywie kilku lat nie byłby problemem. Chciałabym wyjechać za granicę, ale nawet tam agencje mają przede wszystkim oferty skierowane do par. Chciałabym wyjechać na wakacje, bo ostatni raz byłam gdziekolwiek w wieku 15 lat, ale wszystkie wycieczki są dla mnie za drogie. Dla pary wyszłoby taniej.
Wszystkie moje koleżanki z pracy jeżdżą kilka razy do roku na zagraniczne wakacje, opowiadają o budowie domów, a ja siedzę jak ta idiotka. Nie mam jak znaleźć faceta, wiecznie jestem w pracy. Próbowałam portali randkowych – bez jakiegokolwiek powodzenia. I boli mnie to, że najwyraźniej „nie będąc do pary”, tak na dobrą sprawę nie zasługuję na godne życie.

#Hafn5

Poniedziałkowy ranek, wracam do akademika opętańczo obładowana bagażami. W ostatniej chwili wbiegam do autobusu, drzwi się zatrzaskują, autobus z impetem rusza, a ja – tracąc równowagę – przywalam facetowi obok laptopem w łeb, następuję mu drewniakiem na nogę i próbując bronić się przed upadkiem, obrywam pasek jego torby na ramieniu...

Wstyd straszny, spoglądam na nieszczęśnika i mówię:
– Nie szkodzi.
Zbaraniały gość, niewiele myśląc, odpowiada:
– Przepraszam...

#p2pBi

Zapewne słyszeliście o tekście, że lepiej być grubym, bo takich ciężej porwać.

Mieszkam na wsi. Siedzę sobie z siostrą na tarasie. Kury spacerują dziwnie jak zawsze. Nagle atakuje jastrząb i siada kurze Grażynce (imię zmienione) na grzbiecie. Walczy, walczy i jej nie podniósł.

Grażynka otrzepała się z piór i poszła dalej żreć ziarna kilogramami, jak gdyby nigdy nic.

#AX75u

Jak byłem mniej więcej w połowie podstawówki, modny zrobił się temat nadciągających zmian klimatu i katastrof klimatycznych. Mieliśmy na ten temat dwugodzinną lekcję z filmem. Potem musieliśmy napisać kartkówkę. Napisałem, że przykładem katastrofy klimatycznej jest Tomek Kowalski, który tak się spierdział na lekcji historii, że aż musieliśmy wyjść na korytarz.

Nauczyciel jak to przeczytał tak się zaśmiał, że kto wie, czy nie doszło do katastrofy innego rodzaju. I chyba tylko to uchroniło mnie od konsekwencji.

#a0QhU

Pracuję w brytyjskim domu spokojnej starości. Moimi podopiecznymi są seniorzy powyżej 75 roku życia. Naszym obowiązkiem jest zapewnienie im jak najlepszej opieki, do której również zaliczają się interakcje personalne (czyli głównie rozmowy, zachęcanie do integracji z grupą itp.) obok codziennej rutyny, takiej jak posiłki, poranna/wieczorna toaleta. Chciałabym zaznaczyć, że jestem tam jedyną pracującą Polką (co dla historii będzie ważne).

Zeszłego roku wypadł mi dyżur na całe Święta - Wigilia i dwa dni Bożego Narodzenia miałam spędzić po 12h w pracy. Kilka dni przed Wigilią "dołączyła" do nas trójka podopiecznych - dwie kobiety (ok. 80-letnie) na pobyt tymczasowy i jeden mężczyzna (ok. 90-letni) na stałe. Kierownik pokazał panu Johnowi ( w skrócie PJ - przyjmijmy, że tak ma na imię) ośrodek, pokój i zapoznał z resztą personelu i podopiecznych. PJ był introwertykiem - nic nie mówił, siedział w kącie, kiwał tylko głową na "tak" lub "nie".

Pewnego dnia "dostałam" skrzydło budynku, w którym znajdował się pokój staruszka.
Pukam, słyszę ciche "come in" i wchodzę do pokoju, mówię po angielsku wesoło "dzień dobry, jak się czujesz" i przygotowuję PJ na kolejny dzień. Wchodząc do łazienki nuciłam polską piosenkę pod nosem i wtedy zauważyłam, że jestem obserwowana - od tamtego dnia bardzo uważnie mi się przyglądał, jak byłam w zasięgu jego wzroku.

Nadeszła Wigilia - przyniosłam tego dnia opłatek do pracy (koledzy z pracy bardzo chcieli poznać polskie zwyczaje świąteczne). Nadchodzi czas kolacji wigilijnej - dzielę się opłatkiem z załogą oraz seniorami (większość i tak nie wiedziała, co to jest :)). Podchodzę do PJ. On bierze opłatek i nagle po policzkach płyną wielkie łzy. Pyta po angielsku "Jesteś Polką, prawda?", odpowiadam, że tak. A on mnie znów po angielsku prosi, żebym złożyła mu życzenia po polsku. W ich trakcie widzę, że staruszek zalewa się łzami. Spanikowałam, ale PJ do mnie mówi bardzo łamaną polszczyzną przeplataną angielskim, że po raz pierwszy od 40 lat słyszy życzenia wypowiedziane po polsku i pierwszy raz od niepamiętnych czasów ma w ręce opłatek.
Tak się wzruszyłam, że i mi poleciały łzy.

Od tamtej pory często z nim rozmawiałam po polsku (na ile pozwalały warunki). Dowiedziałam się, że był pilotem podczas II wojny światowej, o jego życiu w małej wiosce w górach, że od 40 lat był wdowcem i nie miał dzieci. Zrozumiałam, skąd brak styczności w językiem ojczystym i rodakami.

Pan John zmarł tuż po Nowym Roku. Byłam na jego pogrzebie, a kiedy wróciłam do pracy, kierownik wręczył mi kopertę adresowaną do mnie, a w niej była piękna kartka z napisem:
"Dziękuję. Dzięki Pani to były najpiękniejsze Święta Bożego Narodzenia od 40 lat. Z poszanowaniem - John X". Bardzo się wzruszyłam czytając to krótkie i treściwe zdanie.

Z tego miejsca chcę napisać:
To był dla mnie zaszczyt Pana poznać, Panie John.

#kWtdS

Od początku swej kariery zawodowej jestem związany z bankowością i niemal od początku z kredytami. Pamiętam czasy, gdy kazano nam namawiać ludzi do zaciągania kredytów we frankach. Argumentem było to, że kurs franka był znacznie stabilniejszy od polskiej złotówki wrażliwej na inflację. Klient miał przez to zyskać. A bank miał zarobić mniej. Już wtedy dziwiłem się, że bank działa niejako na swoją niekorzyść. Że bank podpowiada klientom rozwiązanie, wręcz namawia do rozwiązania korzystniejszego bardziej dla klienta niż dla banku. Nie umiałem tego pojąć, lecz skoro kazali namawiać, to namawiałem. W końcu miałem prowizję od każdej podpisanej umowy.
Traf chciał, że potem frank nagle poleciał na łeb, na szyję i frankowicze obudzili się z długami dwa razy większymi niż mieli. Jeśli do tego dodamy niezgodne z prawem przewalutowania dokonywane przez banki, to już w ogóle... mogiła.
Współczułem frankowiczom. Ale wówczas w swej naiwności sądziłem, że perturbacje frankowe są czystym przypadkiem. Że to po prostu pech i już.

Wróćmy teraz do czasów współczesnych. Na początku pandemii banki obniżyły oprocentowanie kredytów hipotecznych. Bardzo obniżyły. I znowu my pracownicy mieliśmy namawiać ludzi, aby brali takie właśnie kredyty. Dziwne, bo na kredytach gotówkowych jest większe oprocentowanie (czytaj: większy zarobek dla banku). No więc jak to jest, że bank zamiast starać się zarobić na kliencie jak najwięcej, podsuwa mu kredycik hipoteczny, na którym zarobi mniej? Czyżby banki zostały nagle miłosiernymi samarytanami?
Nie.
Nagle wojenka i inflacja strzeliła w górę jak rakieta. Ludzie z rzekomo niekorzystnymi dla nich kredytami gotówkowymi o stałej stopie oprocentowania mają to gdzieś, bo ich inflacja w tym momencie nie dotyczy. Ale kredytobiorcy hipoteczni siedzący na zmiennej stopie oprocentowania, która miała być tak szalenie dla nich korzystna, nagle mają raty po dwa razy większe, niż mieli dotychczas.
Przypadek?
Nie, Szanowni Państwo. Ja za długo siedzę w bankowości, by nie zacząć orientować się, że o wszelkich kryzysach, czy to na rynkach walutowych, czy na działaniach militarnych, banki muszę wiedzieć na minimum dla lata wcześniej, bo już wtedy szykują sobie grunt do niezłego zarobku. Coś, co ma być korzystne dla klienta okazuje się potem być dla niego niekorzystne. Coś, na czym klient miał rzekomo zyskać, a bank stracić, okazuje się być czymś dokładnie odwrotnym. To klient traci, a bank zyskuje. Dużo zyskuje. Dwa, trzy razy tyle niż było to pierwotnie planowane.

Moja rada. Rada tym razem nie jako pracownika banku. Tym razem będzie to rada jako zwykłego Polaka, który widzi, że międzynarodowe kartele finansowe grabią moich rodaków. Otóż gdy bank Wam coś proponuje, to za cholerę mu nie wierzcie. Kiedy bank przekonuje, że na czymś bardzo zyskacie, to znaczy, że właśnie tam najwięcej stracicie. I tyle.

#qQOFi

2 lata temu moja Mama zmarła na raka. Przed Jej śmiercią często załatwiałam jej sprawy, chciała bardzo wszystko dopiąć na ostatni guzik - banki i inne instytucje - a także podziękować znajomym i przyjaciołom za to, że byli w Jej życiu. 
Jako że leżała w hospicjum, a z każdym dniem Jej stan się pogarszał prosiła mnie o to, by te sprawy właśnie załatwić. Tak też robiłam, a kiedy przychodziłam do Niej codziennie, zazwyczaj rozmawiałyśmy właśnie o tym, co jeszcze trzeba zrobić. 

Pamiętam, że kiedy odeszła, strasznie żałowałam, że tych momentów nie spędziłyśmy na takich głębokich rozmowach, o życiu, o naszych relacjach. Obie przecież zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że czasu jest coraz mniej. Mimo to cieszyłam się, że mogłam choć trochę pomóc w tych "formalnościach". 
W dniu kiedy zasnęła na zawsze, płakałam, a pielęgniarka, która miała wtedy dyżur powiedziała coś, co wtedy wydało mi się okrutne: "Nie masz teraz co płakać. Zobaczysz za rok, dwa, wtedy dopiero będzie bolało". Niestety, miała rację.

Jej śmierć długo do mnie nie docierała. Najpierw głowę zajęłam tymi wszystkimi rzeczami, które trzeba wykonać po czyjejś śmierci, akty zgonu, pogrzeb, notariusz. Później rzuciłam się w wir zmian: remont, zmiana mieszkania, wyprowadzka, eksperymenty z wyglądem, staże i nauka, korzystanie z życia, jakby miało się ono skończyć jutro, jakbym miała z czymś nie zdążyć. Robiłam wszystko, by o tym nie myśleć.

Pewnego dnia (niecały rok po śmierci Mamy) udałam się na rozmowę kwalifikacyjną do mojej pierwszej pracy w zawodzie. Okazało się, że zostałam przyjęta, strasznie się cieszyłam! Wyszłam z biura, a przez głowę przeszła mi jedna myśl: "Tak bym chciała teraz do ciebie zadzwonić, mamo, i ci o tym powiedzieć...". Nie minęła minuta, a usłyszałam dźwięk telefonu. Dostałam wiadomość od swojego brata ze zdjęciem Mamy. Nogi się pode mną ugięły, ale podziękowałam mu w SMS-ie za zdjęcie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zapytał, o co mi chodzi? Okazało się, że zdjęcie wysyłał, ale jakieś pół roku temu, a doszło ono akurat w tamtym momencie, kiedy tak bardzo chciałam zadzwonić do Mamy! Stanęłam na ulicy i płakałam i śmiałam się na przemian. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę, a ja poczułam, że Ona jest cały czas i czuwa. 

Mój ówczesny chłopak zgasił mnie mówiąc, że to przecież przypadek. Możliwe. Ja mimo wszystko od tamtej pory czuję, że mam swojego osobistego Anioła.
Dodaj anonimowe wyznanie