Moja mama trafiła do szpitala, a lekarz powiedział mi, że zostało jej ledwie kilka dni.
W odwiedziny pojechałam z moją 6-letnią córką. Zaraz po przyjeździe położyła się obok swojej babci i powiedziała jej, że za parę dni trafi do piekła.
Dziś na ulicy spotkałem mojego szefa. Miałem na sobie t-shirt z napisem: „My boss is an asshole” („Mój szef to dupek”). Nie mogę się doczekać jutra...
Mój brat jest królem przypału.
Zacznę od tego, że u nas w domu podczas korzystania z toalety nigdy się nie zamykamy ani nie krępujemy się, żeby wejść, gdy już ktoś tam jest.
Tak więc ostatnio mój brat poszedł na dwóję, a ja akurat w tym czasie zapragnęłam odłożyć paczkę podpasek do łazienkowej szafki. Gdy weszłam, brat uruchomił snapa i zaczął nagrywać filmik. Najpierw nagrywał mnie mówiąc: "Ten moment, gdy chcesz się w spokoju wysrać, a siora ci włazi, żeby odłożyć podpaski'', po czym przełączył kamerkę na przednią i wykrzyczał "Patrzcie jak sram!''. Chciał mi wysłać tego snapa, ale przez przypadek wysłał w prywatnej wiadomości do dziewczyny, która mu się podoba. Plus jest taki, że na tym snapie nie było widać jego sprzętu i że dziewczyna po odpowiedzi w stylu "Wtf?!'' nie roztrząsała dalej tej sprawy. Niemniej jednak do dziś boi się jej spojrzeć w oczy. A ja już planuję mu zrobić koszulkę na urodziny z napisem "Keep calm & patrzcie jak sram" :D
Lata temu robiłem jakiś bzdurny kurs, kaprys ówczesnej szefowej. Kurs był w Starachowicach, jakieś 70 km od domu. Wymagało to jazdy ileś tam razy przez kilka tygodni. Jeździłem wtedy autem „sportowym” dla biedaków, o niejasnej przeszłości, w którym nie wszystko działało jak powinno. Sama marka OK, ale ten konkretny egzemplarz pozostawiał trochę do życzenia. Chyba służył do zrywania asfaltu jakiemuś warszawiakowi, sądząc po rejestracji, w każdym razie nie był to dobry zakup.
Był jesienny, dżdżysty dzień. Mimo że nie jechałem wcale szybko, na jednym z zakrętów wyleciałem z drogi. Złożyły się na to mokra nawierzchnia, parametry auta i przyznaję, niewielki. acz dość szybki ruch kierownicą, bo nieopatrznie przekroczyłem nieco kołem linię środkową i chciałem wrócić na swój pas. Sekundę później zobaczyłem, jak wysokie trawy i krzewy obijają przednią szybę samochodu, który zleciał z niewielkiego mostka nieco w dół, finalnie uderzając bokiem w drzewo. Drzwi nie chciały się otworzyć, więc wyszedłem przez rozbitą boczną szybę. Nic mi się nie stało, poza nadszarpniętym więzadłem w kolanie i nieco sztywnym karkiem. O ile kark bardzo szybko doszedł do siebie, to kolano odzywało się jeszcze długie miesiące po wypadku, ale przy chodzeniu nie przeszkadzało, w treningach również nie. Ból odczuwałem tylko przy teście oporowym w jednym kierunku. Samochód do kasacji, ja bez większego szwanku.
Nie powiedziałem nikomu, że po drodze jakaś kobieta machała „na stopa”. Zazwyczaj biorę kogoś jak macha, bo sam kiedyś też machałem i wiem jak to jest z tej drugiej strony. Kiedy się zatrzymałem, jednak odmówiła. Może nie chciała jechać z mężczyzną, a może miała jakieś przeczucie. Odjeżdżając widziałem, jak macha dalej. Potem wielokrotnie myślałem, że albo miała szczęście, albo dobrą intuicję. Kierowca trzyma kierownicę, jest to jakaś stabilizacja. Pasażer ma z tego względu nieco gorzej.
To było niemal 14 lat temu. Nie miałem z tego powodu traumy, na drugi dzień wsiadłem za kierownicę innego samochodu i normalnie pojechałem do pracy. W momencie wypadku kilka scen z życia przeleciało mi przed oczami, po wszystkim postanowiłem sobie, że życie jest za krótkie, by tracić je na rzeczy nieistotne oraz że warto robić tylko to, co jest ważne i spełniać marzenia. Oczywiście postanowienia sobie, życie sobie, ale to już zupełnie inne historie.
Było to 7 lat temu, gdy istniały jeszcze gimnazja. Na niedzielny obiad miałem wtedy rosół, kotlety schabowe, ziemniaczki i surówkę, kotletów zostało, więc wsadziłem je do lodówki. Na następny dzień zimne wyjąłem i wsadziłem między kromki chleba i wziąłem je do szkoły.
Jedną kanapkę zjadłem na pierwszej przerwie, drugą na drugiej przerwie. Trzecia godzina to angielski. Uczyła mnie wtedy pani Natalia, była młoda, zgrabna, tylko że wredna i ruda. Pod koniec lekcji zaczął boleć mnie brzuch, spytałem, czy mogę iść do toalety. Nie mogłem. Po chwili spytałem drugi raz – też nie mogłem, więc z moich czterech liter wydobył się gaz podobny do zapachu gnoju, cała klasa poczuła i wtedy dostałem pozwolenie... Wybiegłem do toalety, miałem 50 m. Gdy już ściągałem do połowy spodnie, z mojego zadka wyleciała kupa, zrobiłem ją tak, że muszla była czysta, bokserki, spodnie od środka też, a za to całe w gównie brudne od zewnątrz. Dokończyłem sprawę już do muszli, zdjąłem bokserki, wytarłem się nimi i je wyrzuciłem do muszli. Poczekałem, aż skończy się przerwa, a zacznie lekcja i poszedłem na stołówkę napić się herbaty, a tam moi koledzy z klasy, śmialiśmy się razem z tego. Oni na lekcje, a ja do domu na pieszo, a miałem 10 km. W połowie drogi zatrzymał się autem mąż mojej wychowawczyni, powiedziałem mu co się stało, podwiózł mnie do domu.
Na następny dzień miałem już ksywkę obsraniec, dowiedziałem się też, że zapchałem WC i obsrałem cała klapę. Miałem wizytę u pedagoga, a co najlepsze w aucie u nauczyciela, który mnie zabrał, pojawiły się 4 choinki zapachowe i dwa zapachy w olejkach, gdzie dzień wcześniej ich nie było...
Dziś jestem kojarzony tylko z tym, gdzie się nie odezwę, nikt mnie z całego gimnazjum i całej podstawówki nie kojarzy, dopóki nie wspomnę o tym, że to ja się zesrałem 7 lat temu w szkole i miałem ksywkę obsraniec. Trochę smutne, bo nikt mnie nie pamięta z imienia czy wyglądu, tylko z tego co robiłem w szkole i w jaki sposób, a byłem typem, który odwalał śmieszne sytuacje. Najważniejsze to mieć dystans do siebie, ja się wtedy nie załamałem, tylko śmieszyło mnie to jak innych. Pamiętam, że usłyszałem wtedy od pani pedagog, że jestem nienormalny, bo się nie przejmuję tym, że mnie wyzywają i dokuczają. A co, miałem się przejmować tym, że zrobiłem kupę w majty, a woźna mnie nie lubiła, bo musiała odpychać kibel? Jarałem się tą sytuacją jak inni i obróciłem to w śmieszna sprawę. Pamiętam tylko, że spodnie były prane trzy razy i nadal nie zszedł ślad... No i te moje majtki z napisem „Nocny wojownik”, które sprawiły, że pomimo że woźna była wkurwiona dodatkową brudną robotą, to się nieźle uśmiała.
Jestem wegetarianką z powodów zdrowotnych. W życiu spotkałam wielu ludzi, którzy mieli na ten temat bardzo dużo do powiedzenia, mimo to nigdy nie nakłaniałam nikogo do zmiany diety. Po prostu to nie mój interes, co kto ma na talerzu.
Jestem też w związku z mężczyzną bardzo negatywnie nastawionym na "wymysły" o niejedzeniu mięsa. Nigdy go nie oszukiwałam - od samego początku wiedział, że jestem wegetarianką. Odkąd pamiętam zawsze z tego szydził i próbował na siłę wciskać mi mięso do ust. Dlaczego z nim nie zerwałam? Bo oprócz tej wady to naprawdę wspaniała osoba.
Wszystko jednak się zmieniło, kiedy razem zamieszkaliśmy. Mój limit wytrzymałości na jego teksty został przekroczony. Uknułam szatański plan, który miał mu pokazać, że moje "zamienniki" też są dobre i pożywne. Umówiliśmy się, że od dziś sama będę jeździć na zakupy i gotować, a on miał przejąć sprzątanie. Jako że mam większy talent w kuchni niż on, a lubi sobie podjeść, zgodził się.
Od pół roku nieświadomie jada "mięso" wegetariańskie. Cóż, miała być tylko nauczka, ale kiedy ujrzałam jak zajada się moimi pulpetami czy hamburgerami, a nawet kotletami, które do złudzenia przypominają mięso, a potem zadowolony z siebie mówi "A widzisz, kotku? Jednak nie ma nic lepszego niż mięsko!", nie mam serca tego skończyć. Doszło nawet do tego, że jego wyniki na siłowni znacząco się poprawiły i teraz wszystkim kolegom opowiada, jak ta jego "żonka" wspaniale gotuje i zaprasza na obiad, żeby posmakowali "dań na masę".
A ja tylko śmieję się w duchu, bo ta moja zemsta za te wszystkie męczące słowa jest słodka jak miód. No i pokazuje jak wiele siedzi w naszych głowach. ;)
Krótko. Boję się mętnych wód. W życiu nie włożyłabym ręki do ciemnego jeziora płynąc rowerem wodnym czy podobnym ustrojstwem.
Dziś czułam się dość niepewnie wyjmując ogórka kiszonego ze słoika.
Kojarzycie teleturniej Rosyjska Ruletka?
Po kilku błędnych odpowiedziach, prowadzący pociągał za dźwignię i uczestnik wpadał do dziury.
Jak byłem mały, bardzo mały, to myślałem, że taki przegrany tam zostaje na zawsze i umiera z głodu i ich chciałem zgłosić na policję, ale potem pomyślałem, że przecież jacyś policjanci też to na pewno oglądają i skoro nic z tym nie robią, to sam muszę zorganizować akcję ratunkową. Chciałem się tam zgłosić i jakoś dyskretnie uwolnić innych. Tylko nie wiedziałem jak się tam dostać. Do dzisiaj nie wiem.
Wkurza mnie niemiłosiernie to, że na każdym kroku próbuje się wyłudzać nasze dane. Firmy takie jak Google czy Microsoft wykorzystują każdą okazję, byle zmusić użytkowników do zakładania kont i w konsekwencji – podawania swoich danych. Konfigurujesz telefon? Podaj swoje imię, nazwisko, datę urodzenia. Chcesz aktywować licencję na Office’a? To samo. Wkurzające.
Niedawno zaręczyłam się ze swoim długoletnim partnerem (po 8 latach). Jestem jedynaczką, ale nie rozpuszczoną, wbrew powszechnej opinii, ponieważ u mnie w domu nigdy się nie przelewało. Mój narzeczony za to ma dwie siostry i brata, z czego siostry są w podobnym do mnie wieku.
Cale życie marzyłam o rodzeństwie, bo ani nie mam za bardzo kuzynostwa (trójka i wszyscy mieszkają daleko), ani przyjaciółki już tak czasu nie mają. Wiecie, dom, rodzina i zostaje kawa raz na dwa tygodnie. Brakowało mi rodziny, zwłaszcza że mieszkam daleko od domu rodzinnego i pomimo codziennego rozmawiania z rodzicami to nie to samo.
Niestety, nie mogę się dogadać z rodzeństwem partnera. To znaczy, nasze relacje są dobre, lubimy się, ale o niczym mi się nie mówi. Czy to o zaręczynach, czy ciąży, czy choćby chorobie dowiaduję się ostatnia i to przez przypadek. Mam wrażenie, że rodzeństwo partnera wraz ze swoimi partnerami tworzy klub, do którego nie mogę się dostać.
Jest mi zwyczajnie przykro. Ludzie mnie lubią, nawet oni, ale pomimo tego nie czuję, jakbym była w rodzinie. Teoretycznie nie jestem i myślałam, że po zaręczynach bardziej mnie zaakceptują, ale nic z tego.
Próbowałam wywrzeć wpływ na narzeczonego, że teraz ja przecież zostanę jego rodziną i może ze mną by się zakolegował, ale on to tylko bagatelizuje, bo przecież mnie wszyscy lubią. No może i tak, ale nadal czuję się jak obca. Ostatnio właściwie przez cały czas czuję się samotnie. Dużo z tego powodu płaczę, pomimo zaręczyn jakoś nie czuję się szczęśliwa, brakuje mi rodziny. I to bardzo. Tęsknię na rodzicami. Może nie powinnam do nich tęsknić, skoro mam 26 lat i narzeczonego, ale nic nie poradzę. Mam wrażenie, że jestem sama samusieńka na świecie i mało kogo obchodzę.
Partner niby mnie kocha, ale wiem, że z każdą pierdołą potrafi lecieć do siostry i wystawić mnie. Rok temu pojechali sobie razem na jeden dzień nad morze i mnie nie zabrali, choć jego siostra wzięła ze sobą męża. Dla mnie miejsca zabrakło. To boli. Naprawdę boli myśl, że pomimo tyłu lat razem nadal nie jest się na pierwszym miejscu. Partner twierdzi, że ja po prostu nie rozumiem relacji rodzeństwa. Może i jest w tym prawda.
Kocham go, jest dla mnie dobry. Rzadko się kłócimy, mamy wspólne plany i marzenia, dogadujemy się na każdym polu oprócz tego. Mam wrażenie, że jakich słów bym nie użyła, on mnie po prostu nie rozumie.
Dodaj anonimowe wyznanie