#FKt45

Wydarzyło się to kilka lat temu. Na pewnym portalu, oferującym między innymi wejściówki na przeróżne wydarzenia za połowę ceny, wykupiłem grę w kręgle dla czterech osób w galerii na warszawskim Mordorze. Udałem się tam z przyjacielem i dwoma nowo poznanymi koleżankami. Na miejscu dostaliśmy stolik przy torze, zamówiliśmy sobie alkohol oraz coś do jedzenia i bawiliśmy się świetnie. Gdy czas wynajmu toru dobiegł końca, ruszyliśmy w dalszą drogę, by oddawać się szaleństwom sobotniej nocy. Wieczór był bardzo udany.
Rano, przeliczając wydatki z zeszłej nocy, zorientowaliśmy się z przyjacielem, iż nie zapłaciliśmy za alkohol i jedzenie, które do wykupionego wcześniej toru żeśmy zamówili. Szybka decyzja – trzeba wrócić i oddać. W okolicach kolejnego weekendu wszedłem do galerii, udałem się do klubu i podszedłem do barmana, celem uregulowania zaległości. On trochę zdziwiony, podzwonił po kelnerkach, aby ustalić, która z dziewczyn była tego wieczoru odpowiedzialna za naszą część sali. Dostał następnie ode mnie odliczone pieniądze z dodatkowym napiwkiem i rzekł do mnie:
– Pierwszy raz to się zdarza.
– Pierwszy raz ktoś zapomniał zapłacić? – zapytałem go.
– Nie – odpowiedział. – Pierwszy raz ktoś wrócił i oddał.

Zdębiałem, jeszcze raz przeprosiłem i wróciłem do domu pełen zadumy nad ludzką uczciwością...

#g1LDb

Wyznanie jak najbardziej anonimowe, bo wiedzą o nim tylko dwie osoby. Ja i wspomniana poniżej siostra cioteczna – zwana dalej kuzynką.

Druga połowa lat 90., miałem wówczas 17-18 lat. Wraz z bratem o rok młodszym pojechaliśmy w odwiedziny do wujostwa (siostry naszej mamy), a co za tym idzie do naszego kuzynostwa, w tym kuzynki starszej ode mnie o trzy lata. Z kuzynką zawsze świetnie się dogadywałem, podobnie z jej koleżankami – rówieśniczkami. Jak to w tym wieku bywa, postanowiliśmy wypełnić ten wieczór wyjściem na imprezę. Tak więc ja, mój brat, kuzynka i chyba dwie koleżanki poszliśmy do knajpy z muzyką (nie było wielkiego wyboru – małe miasteczko). Bawiliśmy się świetnie, piliśmy alkohol, hormony buzowały. Udało mi się zbajerować jedną z dziewczyn i kiedy towarzystwo się rozchodziło stwierdziłem, że zostanę z koleżanką, licząc na coś więcej. Niestety oprócz pocałunków i jakiegoś macania nie doszło do niczego więcej, więc niespełniony wróciłem do miejsca spoczynku. W domu wujostwa nie było zbyt wiele miejsca i młodzież spała w jednym pokoju. Mój młodszy brat na podłodze, kuzynka na rozłożonym łóżku i tam też obok niej było dla mnie miejsce. Zmęczony imprezą i alkoholem położyłem się celem szybkiego zaśnięcia, nie było ono jednak mi dane. Poczułem prawie natychmiast rękę na swoim udzie i między nogami. Z uwagi na fakt, że wcześniej obszedłem się smakiem, oraz na ilość wypitego alkoholu, puściły mi hamulce. I tak w wieku kilkunastu lat przespałem się z najbliższą kuzynką.

Nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat, ale i też nie krępowaliśmy się w żaden sposób w swoim towarzystwie… Taka historia sprzed ponad 20 lat :)

#7jvqp

Pracuję w centrum handlowym. Prowadzę salonik prasowy. Mamy dość duży ruch, zwłaszcza w weekendy, kiedy to na zakupy wybierają się całe rodziny.
Problem zaczyna się, kiedy taka matka czy ojciec przyprowadzą ze sobą upośledzone, często już dorosłe dziecko. Ja wiem, że taka chora osoba nie zdaje sobie sprawy, że nie powinna robić niektórych rzeczy: drzeć gazet, pluć na podłogę czy zgniatać batoników, ale gdzie są wtedy rodzice? Ano stoją sobie w drugim końcu sklepu i zaaferowani przeglądają gazety i książki. Zwrócenie uwagi skutkuje zazwyczaj świętym oburzeniem: „Pani nie ma za grosz empatii, pani jest uprzedzona! Czy pani nie widzi, że to chore dziecko jest?”. Kubłem zimnej wody staje się dla takiego „troskliwego rodzica” rachunek wystawiony za zniszczone rzeczy, które podczas zabawy „biednego dziecka” ja i moje pracownice skrupulatnie zbieramy i nabijamy na kasę. Rekordzistką była mamusia, która za zniszczenia poczynione przez swojego syna zapłaciła 124,80 zł. Chłopak niszczył wszystko, czego dotknął. Samych podartych gazet uzbierało się na ponad 60 zł.
Nieraz próbują protestować. Wmówić, że takie już było, że nie Adaś pogniótł, podarł, zniszczył. Zapraszamy wtedy na zaplecze, gdzie pokazujemy nagranie z kamer. Taki seans najczęściej odbywa się już w asyście pracownika ochrony, wezwanego stosunkowo wcześniej, na wypadek gdyby mama lub tata usiłowali umknąć bez płacenia za szkody.

Żal mi tych ludzi, tych śliniących się, bełkoczących dzieciaków. Ale zachowanie tych wszystkich rodziców sprawia, że po prostu ich nie lubię...

#QJYL3

Zacznę od tego, że jestem bardzo bogata... A dokładniej moi rodzice są. Mimo tego, że mieszkam w domu z basenem i jeżdżę drogim samochodem, wychowano mnie tak, aby nie patrzeć na ludzi przez pryzmat pieniędzy. Nigdy nie zdarzyło mi się chwalić stanem majątkowym moich rodziców, a tym bardziej wywyższać z tego powodu. Ale przechodząc do sedna...

Owszem, ja nie oceniałam ludzi po tym ile mają pieniędzy, ale oni robili to w przypadku mnie. Cały okres nauki szkolnej wspominam bardzo źle. Gdy byłam miła i pomocna, wszyscy się zachwycali jaka to jestem "inna niż wszystkie bogate laski", ale gdy coś mi się nie spodobało i zaznaczałam to w kulturalny sposób, padało "to, że jesteś bogata, nie znaczy, że lepsza!". I tak czas mijał... W podstawówce jeszcze dało się żyć, dzieci były bardziej skupione na zabawie niż pieniądzach, ale gimnazjum i liceum... Koleżanki potrafiły wybrać się ze mną na duże zakupy, a przy kasie "nagle" się zorientować, że rzekomo zapomniały portfela i przecież "Ola, zapłacisz za mnie? Tobie to nic nie robi te 500 zł". Przyznam, że nie raz godziłam się na to, gdyż nie chciałam stracić jednych koleżanek, które mnie lubiły. Czułam się wykorzystywana.

Pamiętam jedną sytuację z gimnazjum, gdy bardzo lubiana znajoma oznajmiła mi, że zaprosi mnie na swoje urodziny, jeśli kupię jej drogi telefon. Nie kupiłam... Zwyzywano mnie i opluto, bo przecież "przez moje bogactwo jestem zachłanna i nie chcę się dzielić". W liceum było jeszcze gorzej, chyba trafiłam na złe otoczenie... Ludzie mnie okradali, nie raz zabrano mi buty z szatni czy nawet kurtkę. Bardziej "patologiczne" przypadki wyglądały tak, że kilka starszych dziewczyn czekało na mnie pod szkołą i groziły mi, że mnie pobiją, jeśli nie oddam im pieniędzy. Szczytem wszystkiego była sytuacja, gdy zaczęłam się spotykać z chłopakiem z równoległej klasy. Z początku było pięknie, ale po miesiącu zaczęły się natarczywe prośby, czy kupię mu nowy telefon, komputer, a nawet czy zasponsoruję mu wycieczkę za granicę wraz z dwoma kumplami, oczywiście beze mnie. Zakończyłam to, a on w rzekomej zemście przychodząc do mojego domu po kilka swoich rzeczy, które kiedyś zostawił, ukradł telefon mojej mamy, który zostawiła w kuchni na blacie.

Mam 19 lat, zero znajomych, przestałam ufać ludziom. Co z tego, że stać mnie na coś drogiego, jeśli jedyne czego pragnę to prawdziwa przyjaźń i miłość. Nigdy takiej nie zaznałam. I apeluję, nie oceniajcie ludzi przez pryzmat pieniędzy! Nieważne, czy są biedni czy bogaci, każdy jest człowiekiem i zasługuje na ten sam szacunek! Wnętrzem człowieka nie są pieniądze.

#W4ozG

Jestem po uszy zakochana w pewnym chłopaku. Ze względu na to, że oboje kończymy szkołę za cztery miesiące, a potem każde z nas jedzie w swoją stronę (on wyjeżdża na studia za granicę, ja do innego miasta, a ja nie chcę pakować się w związki na odległość), to postanowiłam nie podejmować w tym kierunku żadnych kroków. Ot, postanowiłam się z niego wyleczyć, biorąc pod uwagę fakt, że on nigdy nie dawał mi żadnych jednoznacznych sygnałów.

Czasami jednak (szczególnie w samotne piątkowe wieczory) wyciągam telefon i czytam wiadomości, które wymienialiśmy, albo przeglądam po raz setny jego zdjęcia na facebooku. W ostatni piątek zauważyłam, że zmienił profilowe, a że miałam tego dnia wyjątkowego doła, zapisałam sobie to zdjęcie i ustawiłam na tapetę. Stwierdziłam, że zmienię ją z powrotem w poniedziałek przed szkołą (tak, by nikt jej nie zobaczył), a sama będę mogła przez weekend zerkać co chwilę na jego uśmiechniętą mordkę.

W sobotę wybrałam się do miasta i wracając już do domu z rękami pełnymi zakupów oczywiście musiałam wpaść na NIEGO. Porozmawialiśmy chwilę, pożartowaliśmy, po czym on... zapytał, czy może ode mnie zadzwonić do naszego wspólnego kolegi (umówili się w mieście, a on nie miał nic na koncie). Zgodziłam się ochoczo.

Po kilku minutach oddał mi telefon, po czym pożegnaliśmy się, ale on nie mógł się przestać uśmiechać. Kiedy już poszedł, zdałam sobie sprawę, że nadal mam to cholerne zdjęcie na tapecie... Myślałam, że spalę się ze wstydu.

Do późnego wieczora zastanawiałam się, jak ja mam mu spojrzeć w oczy. Byłam załamana... aż do momentu, w którym dostałam od niego wiadomość.

To było zdjęcie. Zdjęcie jego ściany i przyklejonej do niej fotografii, która... przedstawiała mnie. Podpis był krótki - "Ja też lubię patrzeć na twój uśmiech".

No cóż... chyba się z niego nie wyleczę.

#xvkZI

Moja babcia namawia moich rodziców, żeby mnie wydziedziczyli. Powiedziała im też, że zapewne jestem gejem i satanistą. Dlaczego? Nie poszedłem na studia do WSKSiM w Toruniu (dla niezorientowanych: to szkoła należąca do Lux Veritatis, założona przez Rydzyka). Według niej tylko tam miałem szansę "wyjść na ludzi".
Pozdrawiam, student politechniki.

#ZUl7k

Niedawno przeczytałam wyznanie dziewczyny, której partner zwleka z zaręczynami, wykorzystuje zaręczyny jako argument do wygrania kłótni itd. Moja sytuacja jest równie przygnębiająca.

Jestem ze swoim partnerem ok. 8 lat, znamy się praktycznie od dziecka. Mieszkamy ze sobą od 2 lat, nie kłócimy się, kochamy się... ale o zaręczynach mogę tylko pomarzyć. Rozmawialiśmy nieraz o ślubie, dzieciach, ale jak czekałam na krok w przód, tak czekam nadal. Gdy wspominałam zbyt często o zaręczynach, potrafił się wkurzyć na mnie i burknąć  „nie naciskaj”.
Wiem, że mnie kocha i myśli o wspólnej przyszłości, ale cholera! Na co on czeka? Sama już o tym nie wspominam, nie chcę naciskać, ale coraz bardziej myślę o tym, co jest nie tak...

Pomimo tego, że zaręczyny niczego nie zmieniają, tylko nazewnictwo z „dziewczyna” na  „narzeczona”, to dla wielu kobiet są bardzo ważne.
Aż boję się pomyśleć, ile będę musiała czekać na ślub...

#RCUP2

Mam zaledwie 16 lat, a moim problemem jest jedzenie, a dokładniej kcal.
Od małego lubiłam jeść, a w 5 klasie sporo przytyłam, co moi rodzice dawali mi dość mocno do zrozumienia. W 8 klasie moja figura była mi obojętna do czasu, w którym zaczęły lecieć do mnie przykre dosyć zaczepki, np. w ojciec potrafił przy mojej koleżance powiedzieć, żebym „weszła na steper” i wiele innych, codziennie spotykałam się z takimi komentarzami, nie tylko od niego, bo gdy szłam po jedzenie, to rodzice wytykali mi jego ilość. Z 67 kg przeszłam na 57, pasowało mi to, mimo iż osiągnęłam to głodówkami. Kiedy zaczęło już być lepiej i zaczęłam normalnie się odżywiać, to słyszałam komentarze, że znów coś mi się przytyło, więc znowu zaczęłam się głodzić, później się obżerać. I ciągle tak mam. Po zjedzeniu większego posiłku czuję się bardzo źle i myślę tylko o ilości zjedzonych kcal. Mam tego dość, mam obsesję na punkcie swojej wagi, stając przed lustrem widzę siebie o większych rozmiarach. Zrobiłam zdjęcie przy różnicy kilku kg i naprawdę było widać różnicę, która na zdjęciu mnie satysfakcjonuje, ale nie mogę normalnie jeść, bo przytyję, a jak przytyję, to znowu będę się niefajnie czuła, bo od wagi zależy mój humor.

#3NDoR

Moja żona zaszła w ciążę, planowaną, jesteśmy szczęśliwi, wszystko super. Poszła do szefa powiedzieć jaka jest sytuacja i tu pierwsze zdziwienie: szef poprosił ją, aby została jeszcze tydzień, bo akurat mieli ważny projekt w pracy na ukończeniu. Moja luba wytłumaczyła, że chciała tylko poinformować, bo uważała, że tak wypada, że wcale nie ma zamiaru rezygnować z pracy (to był 2 miesiąc ciąży, czuła się dobrze, nic nie zmuszało jej do L4). Szef szczęśliwy, powiedział, że jeśli się będzie gorzej czuła czy coś, to ma od razu zgłaszać i się niczym nie przejmować.

Fajnie, że się troszczy, ale troszczy się tylko szef, bo gdy inne kobiety z jej pracy dowiedziały się o tym, że jest w ciąży i nie poszła na L4, to zaczęła się masakra.
Nie było dnia aby nie usłyszała, że nie dba o dziecko, niektóre mówiły jej nawet, że chce je zabić, sytuacja z dnia na dzień była gorsza. Była z tym u szefa, ale on stwierdził, że nie ma wpływu na to co inni mówią, jedyne co mógł zrobić, to pozbawić premii za ostatni kwartał owe miłe panie.
Żona wytrzymała tak 2 tygodnie, sam radziłem jej iść na to L4, widząc jak dzień w dzień wraca zapłakana z pracy.

Tak właśnie kobiety, zachowując się najgorzej jak tylko mogły, pokazały jakie są i na co zasługują.
Dodaj anonimowe wyznanie