W tym roku byłem na komisji wojskowej. I szczerze mówiąc wybór sposobu jej przeprowadzania jest dla mnie niezrozumiały. Bo moja komisja w mieście A wyglądała zupełnie inaczej niż komisja mojego kumpla w mieście B (odległość miedzy nimi +/- 30km).
Otóż u mnie: kiedy wchodził chłopak przede mną, ja już musiałem wejść za kotarkę na korytarzu i tam rozebrać się do majtek w towarzystwie gościa, który właśnie wyszedł. Kiedy nadeszła moja kolej wchodziłem do pomieszczenia, gdzie czekało na mnie 3 lekarzy (2 babki i 1 koleś). No i standardowe badania: waga, wzrost, kręgosłup, wywiad itp. A potem to czego chyba każdy chłopak na komisji się obawia: facet zaprosił mnie za parawan, kazał opuścić majty i po trwających może ułamek sekundy oględzinach kazał się zakryć. Do tej pory nie wiem jaki był tego cel. Jedynie chyba upokorzenie, bo na pewno nie da się określić czy wszystko jest w porządku przez rzut okiem. No i podczas wszystkich badań stałem boso na zimnej podłodze, po której chodzili moi poprzednicy, co też wydaje się mało higieniczne, ale mniejsza. No a jak wyglądało to u mojego kumpla?
Wchodził w ubraniach, musiał tylko zdjąć buty do ważenia i koszulkę do badania kręgosłupa. I tyle. Żadnego sprawdzania jaj ani nic.
I to właśnie jest największy problem jaki mam z tym całym cyrkiem. Pomijam już fakt, że przymusowo traktuje się ludzi jak bydło (przypisywanie kategorii itp), czy że zmusza się do tego jedynie facetów (gdzie jest równość płci, halo?) Ale jeśli jest to państwowa komisja to chyba powinno być odgórnie określone jakie badania są konieczne, żeby wszędzie były wykonywane takie same. Bo jeśli zależy to wyłącznie od widzimisię lekarza, który to przeprowadza, to coś tu nie gra moim zdaniem.
Pojechałam dzisiaj wcześniejszym autobusem, bo po bolesnym zerwaniu z moim chłopakiem nie chciałam się na niego naciąć.
Wpadł na ten sam pomysł.
Mam super paczkę znajomych, znamy się od 4 lat, od jakiegoś czasu bardziej się zbliżyłam do przyjaciela, razem spędzamy czas, przytula mnie, całujemy się, ale nie było żadnego tematu o nas, czy to już jest związek? Czy powinnam zainicjować jakąś rozmowę na ten temat? Dodam, że jesteśmy po 20.
Swojej dziewczynie przez 7 lat kupowałem kwiaty, tak, żebyśmy zawsze w domu mieli świeże w wazonach. "Jesteś taki cudowny" - mówiły wszystkie znajome. Zdradzała mnie z trzema kolesiami naraz.
Rozstanie było ciężkie, ale pozbierałem się i zacząłem spotykać się z cudną dziewczyną. Wysyłałem jej kwiaty do pracy, żeby zawsze miała świeże i pachnące. Okazało się, że kiedy spotykała się nieśmiało ze mną i powolutku się rozkręcała, bo "czuła że to to, ale była tak bardzo nieśmiała", tak naprawdę po nocach dawała na prawo i lewo swoim kolegom z baru obok firmy. Kiedy się o tym dowiedziałem, nawet nie próbowała zaprzeczać. Ja załamałem się. Stwierdziłem, że już pewnie z nikim się nie zwiążę.
Po jakimś roku poznałem bardzo miłą dziewczynę. Kiedy któregoś dnia do niej szedłem, kupiłem po drodze kwiaty w kwiaciarni, ale 100 metrów dalej popatrzyłem na nie i stwierdziłem, że najwyraźniej przynoszą mi pecha. Wyrzuciłem je do śmieci, ta dziewczyna nigdy nie dostała ode mnie kwiatów, a pewnie jest jedyną, która na nie naprawdę zasługiwała w moim życiu.
I teraz ona pewnie sobie myśli "Booże, ci faceci, za grosz romantyzmu, nawet kwiatka nie przyniesie". A wszystko dzięki tamtym dwóm, złym kobietom.
Najgorsza podróż życia.
Lata temu pojechałam do Lublina (nigdy wcześniej tam nie byłam), żeby sfotografować warsztaty muzyki gospel (na zaliczenie na uczelnię). Organizatorzy twierdzili w mailach, że chętnie mnie wpuszczą, że załatwią mi darmowy nocleg i że scena będzie świetnie oświetlona. Pełna nadziei spakowałam aparat, obiektywy, kilkanaście złotych na jedzenie, szczoteczkę do zębów i koszulkę do spania, ubrałam krótką spódniczkę i pojechałam. Sprawdziłam na wszelki wypadek pociągi powrotne – jeden koło 22:30, drugi o 6 rano.
Schody zaczęły się, kiedy wysiadłam z pociągu. Najpierw zorientowałam się, że padł mi telefon, a ja zapomniałam ładowarki, potem, że jeszcze pół godziny autobusem muszę jechać i kolejne dziesięć minut iść, żeby dotrzeć na miejsce.
Na miejscu niespodzianka: zmieniła się koncepcja oświetleniowca, śpiewających oświetla tylko czerwona lampka. Od tyłu, oczywiście. A moje lampy zostały w domu. Pocykałam, co się dało i przezornie zapytałam organizatorki, czy mój nocleg jest pewny. Powiedziała, że tak. Koncert skończył się o 23. Wtedy okazało się, że jednak nie. Tzn. jeśli chcę, mogę za 10 złotych przespać się na podłodze w kościele (sic!). Licząc na inne standardy, śpiwora i karimaty oczywiście nie miałam.
Postanowiłam dostać się na dworzec i coś wymyślić. Oczywiście ostatni autobus zdążył już odjechać, ale bardzo miła pani (pozdrawiam ją z tego miejsca serdecznie) powiedziała mi, że jak wsiądę w autobus jadący w drugą stronę, to za dwadzieścia minut dostanę się na pętlę, z której całą noc jeżdżą autobusy na dworzec. Wsiadłam w ten autobus i za 20 minut rzeczywiście byłam na pętli, z której ostatni autobus w stronę dworca odjechał godzinę wcześniej. I oto nastał czas apokalipsy – ja sama, w krótkiej kiecce, z torbą kryjącą sprzęt za kilka tysięcy złotych, z rozładowaną komórką, kilkunastoma złotymi w kieszeni na obrzeżach miasta, którego kompletnie nie znam i nie mam w nim żadnych znajomych, stoję sobie za piętnaście dwunasta w nocy. Pętla okazała się bursztynowym szlakiem dresiarzy, przed którymi chowałam się trzykrotnie za śmietnikiem.
W końcu pojawił się mój wybawca – szedł sobie drogą jakiś mężczyzna, którego postanowiłam poprosić o pomoc. Już nic nie miałam do stracenia. Dobra dusza zaprowadziła mnie na dworzec (ponad półtorej godziny z buta) i nawet chciała zaprosić do domu, ale trochę się bałam.
Pociągu brak, ale obmyśliłam drogę wiodącą przez trzy przesiadki. W pociągu dosiadł się do mnie czosnkowy dziadek, mający do przejechania tę samą trasę, co ja. Dziadek zamknął przedział, zasunął zasłonki, zgasił światło i rzekł: "Może się prześpisz? Przecież cię nie zgwałcę!". Z przedziału udało mi się uciec i jakoś dotarłam do domu, ale wrażenia niezapomniane.
PS Zdjęcia oczywiście nie wyszły.
Jak byłam mała, babcia powiedziała mi, że na końcu tęczy zawsze znajduje się jakiś cenny skarb.
Wyobrażałam sobie garnek pełen złotych monet albo chociażby koronę z klejnotami.
Pewnego dnia, bawiąc się po deszczu na dworze, zauważyłam tęczę i jej koniec! Całkiem niedaleko domu...
Na końcu coś się świeciło.
Wyobraźcie sobie, że wymknęłam się z domu jako 6-letnie dziecko i szukałam tego cholernego złota, a zamiast tego znalazłam świecące się w słońcu dwa opakowania po chipsach...
Jak byłam dzieckiem, lubiłam wchodzić na taką stronę, gdzie można było wybierać różne kostiumy dla pań i robić gify. Zapisałam stronę w zakładkach i nazwałam ją „zrób laskę”, nie zdając sobie kompletnie sprawy z tego, jak to brzmi.
Kiedyś wchodzę do pokoju, a moi rodzice siedzą przy komputerze i pokładają się ze śmiechu. Odkryli moją stronę i byli mega wkurzeni na mojego brata, dopóki na nią nie weszli.
Wiem, że moją dziewczynę kręcą faceci w kuchni, więc teraz to ja gotuję. Najlepsze, że po awaryjnym remoncie kuchni i tygodniowej biegunce, ona nadal mnie kocha ^^
Złota kobieta.
Mam 3 letniego syna, który nie mówi praktycznie nic. Zamiast tego wrzeszczy kiedy coś chce. Nie potrafię go odpieluchować. Lubi się bawić i jest bardzo radosny. Czasami jak się ucieszy wyciąga ręce do góry i troszkę się trzęsie.
Byłam z nim u lekarza i powiedział, że to autyzm. Idę jeszcze do innego, ale jestem załamana. Jeśli będzie musiał chodzić do specjalnej szkoły to nie wiem co będzie, bo jak ostatnia sierota życiowa nie mam prawka, a taka szkoła jest daleko. Nie mogę przestać o tym myśleć i nie mogę się na niczym skupić, bo ciągle mam to z tylu głowy. Zadręczam się, że gdybym poszła do lekarza wcześniej, byłoby inaczej.
Co mogę zrobić żeby mu pomóc? Czy są dzieci z podobnymi przypadkami, ale żeby były zdrowe? Czy będzie mógł prowadzić normalne życie, bo czuję się jak najgorsza matka, która mu je zmarnowała. Przestałam się cieszyć z życia i mam już go dość.
Jestem nienormalna, wiem.
Nie potrafię przełknąć tabletki. Mam odruchy wymiotne niemal za każdym razem, kiedy szczotkuję zęby. I żadnych problemów ze robieniem loda z połykiem.
Dodaj anonimowe wyznanie