#aq6qr

Chodziłem do pewnego gimnazjum. I choć niektórzy tam bywali naprawdę idiotami, to mój nauczyciel wychowania fizycznego pewnego dnia przebił wszystkich.

Jesień w tamtym czasie była dosyć ciepła. Idealna na spacery w luźnych kurtkach. I choć mój nauczyciel sam ją nosił, widocznie przyjemność sprawiało mu oglądanie, jak uczniowie biegają na krótki rękaw.
Z moim zdrowiem bywało różnie. Jestem wcześniakiem i każdy lekarz musiał przyznać, że z moimi płucami jest coś nie tak. Typowe zwolnienia? Nie forsować, nie przemęczać, po główce pogłaskać. Ale co ja przychodzę z jakimiś świstkami do jego majestatu? Biegać i nie gadać. Zimny wiatr wieje niemiłosiernie, deszcz leje się z nieba, a ja biegam pod czujnym okiem wściekłego gargulca. I być może wszystko byłoby w porządku, gdybym nie zdał sobie sprawy, że coraz trudniej jest mi złapać oddech. I nie mówię tu o stanie, kiedy dyszysz ze zmęczenia. Naprawdę coś było nie tak. Doprowadzony przez kolegów przed oblicze jego majestatu usłyszałem, że symuluję i mam zejść mu z oczu ze swoim grubym cielskiem. Otoczony wianuszkiem chłopaków próbowałem jakoś łapać oddech aż do dzwonka na przerwę. Sam pewnie bym pomyślał, że dramatyzuję, gdyby nie to, co usłyszałem od pielęgniarki w najbliższej przychodni, do której zabrał mnie na przerwie ojciec. „Jak to nie uwierzył? Że niby skurcz oskrzeli miałeś symulować? Jeszcze trochę i mógłbyś się udusić!”
Zastrzyk na rozszerzenie oskrzeli, nieprzespana noc ze względu na ból przy każdym oddechu i mamy dzień drugi. Lekcja WF-u. Podchodzi do mnie nauczyciel: „Masz potwierdzić u wychowawcy, że kazałem zadzwonić po twoich rodziców, jak tylko do mnie przyszedłeś”.

Nie potwierdziłem. A mój wychowawca? Nawet nie dociekał.

#TIlP9

Witajcie. Jestem Paweł, mam 28 lat i jestem myślę, że sympatycznym, normalnym chłopakiem. Do tej pory prowadziłem dosyć aktywne życie, realizowałem swoje pasje i zainteresowania. Generalnie nie lubię siedzieć w miejscu.
Jakiś czas temu dowiedziałem się o pewnym schorzeniu neurologicznym u siebie (SM), jednak nadal starałem się być zawsze na 100%. Niestety w związku z tym paskudztwem pojawił się podobno przejściowy problem niewielkiego nietrzymania moczu (po prostu tego nie czuję czasami, eh). Zalecono mi stosowanie środków higienicznych (wkładek lub majtek chłonnych). Niestety jest to dla mnie ogromny dyskomfort, chyba najbardziej psychiczny, bo mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Czuję na sobie wzrok innych i mam wrażenie, że to od razu widać pod ubraniem, ponieważ te rzeczy są dosyć grube i podczas chodzenia poruszają się trochę razem z bielizną (próbowałem nawet takich obcisłych szortów bezszwowych, troszkę lepiej, ale nie było idealnie).
Kiedy na jednej z wizyt opowiedziałem o swoich problemach, pani doktor podpowiedziała, aby spróbować ze specjalnymi funkcyjnymi rajstopami typu modelujące, korygujące, które mają mocniej opinającą i grubszą część majtkową. Potrafią ukryć różne niedoskonałości. Podszedłem do tego dosyć sceptycznie (rajstopy...?! ja?). Poprosiłem jednak po pewnym czasie narzeczoną, aby pomogła mi wybrać takie rajstopy, bo chcę spróbować, a nie jestem w tym zbytnio obeznany jako facet. Niestety nie spodobał jej się ten pomysł, powiedziała, że to dla niej dziwne, że nie wyobraża sobie mnie w tym itd.
W końcu w chwili słabości, kiedy kolejny raz byłem na to wszystko wkurzony, poczytałem trochę w internecie i zamówiłem takie rajstopy na próbę. Stwierdziłem, że nie będę jej o tym mówił. Po założeniu byłem w lekkim szoku, bo rzeczywiście mocno ściskają to co trzeba i wtedy wszystko jest na swoim miejscu. Poczułem się dużo pewniej, kiedy przestałem odczuwać, że kiedy idę, to widać pod spodniami grubą wkładkę. Chyba będę je czasem stosował, bo to do tej pory najlepszy sposób.
Teraz tylko nie wiem jak przyznać się do tego narzeczonej, czy to zaakceptuje na jakiś czas? I co jeśli ktoś teraz zauważy, że noszę rajstopy, np. na rehabilitacji albo po prostu gdzieś u znajomych. Wstydzę się tego.

#WGzoI

Chyba każdy z nas marzył kiedyś, żeby mieć jakąś super moc. Rozmowy ze zwierzętami, teleportacja czy jakieś inne pitu pitu.
Jaką ja chciałam mieć moc?

Zatrzymywanie czasu. Wyobrażałam sobie gdy wszyscy się zatrzymują i nie są niczego świadomi. A ja mogę ich wtedy rozebrać, zabrać ubrania, i zostawić ich tak w miejscu publicznym. Po czym włączam czas, i nagle wszyscy w mieście stoją goli, przerażeni!
Była jeszcze wersja, że przy zatrzymanym czasie, gdy wszyscy stoją nadzy, mogłabym sprawdzić kto ma najdłuższego siusiaka w mieście.
Miałam 10 lat.

#sJXFQ

Dziś wracając do domu zobaczyłam genialną matkę z dwójką dzieci – jedno w wózku, drugie na oko 6 lat. Przebiegała z nimi przez ulicę, na czerwonym świetle. Kierowcy po hamulcach, wiadomo, zatrąbili. A ona? Zaczęła przeklinać na nich, że jak to oni nie jeżdżą, nie widząc we wszystkim swojej winy.
A za rok czy dwa wyśle swoje dziecko do sklepu po bułki i mały wpadnie pod samochód, przebiegając na czerwonym świetle, bo z mamą zawsze tak robił. I dzieją się tak różne tragedie przez nic niemyślące matki. A kierowca, który potrącił i zabił pieszego, musi żyć z poczuciem winy, o ile nie za kratkami, mimo swojej tak naprawdę niewinności.

Skoro już macie dzieci, to dbajcie o ich bezpieczeństwo, dając wzorowy przykład.

#nrIRm

Ksiądz uratował mi życie.
Wiele osób opisuje tu swoją relację z kościołem i duchownymi negatywnie, dla odmiany będzie coś z innej strony.

Lat temu trzy, na drodze ze stolicy do pewnej pięknej podlaskiej wioski, w nasz samochód uderzyła ciężarówka.
Widziałam tylko ułamki tego co się działo, w momencie uderzenia jechałam za kierowcą, tatą, mając obok siebie brata.
Krzyk, a potem cisza, nie potrafiłam otworzyć oczu, czułam tylko przeraźliwy ból w nogach. Minął kwadrans, choć było południe upalnego wiosennego dnia, na drodze nie było prawie żadnego ruchu.
Sprawca wypadku uciekł, zostawiając ciężarówkę na drodze.

Dopiero po tym czasie zatrzymało się jakieś auto, usłyszałam siarczyste "kur*a mać".
Z samochodu całą naszą trójkę wyciągnął młody ksiądz. Kiedy przyjechała karetka, próbował jeszcze reanimować na poboczu tatę.
Odwiedził mnie w szpitalu po kilku dniach, pomimo wielu złamań poczułam ulgę, gdy przyszedł pomilczeć do mnie na salę, sam był wstrząśnięty.
Nie wiedział, dlaczego jechał akurat tą drogą, miał w planach inną, coś mu nakazało mienić trasę.
Nie, nie wróciłam po wypadku do kościoła, ale dziękuję Ci, ojcze Krzysztofie, za uratowanie mi życia.

#XjUPP

Dekadę temu rozpadł mi się związek (partnerka dorobiła mi bardzo okazałe poroże, wielokrotnie). Złamało mnie to solidnie, minęło bardzo dużo czasu, zostałem z problemem z alkoholem i emocjami plus depresja (na lekach jest już w miarę OK).
Ale do sedna.
Od dwóch lat jestem z dziewczyną. Na początku oczywiście zakochanie, ale potem... pustka. Lubię ją, zależy mi na niej, jesteśmy idealnie zgrani, nie kłócimy się, absolutnie wszystko jest super, ale nie kocham jej. Sądzę, że po prostu już nie umiem, poza tym przecież miłość ma pewne etapy i po latach jest już tylko to specyficzne przywiązanie.
Ale z drugiej strony nie wiem, czy nie lepiej byłoby poszukać kogoś innego. Tylko po co, skoro jest dla mnie 10/10?
Może wydać Wam się to głupie, ale czeka nas decyzja o podobnej wadze jak wspólny kredyt i po prostu mam wątpliwości.

#DioAc

Moją mamę zatrzymała policja. Niestety, dzień wcześniej jechałem jej autem, zapomniałem zostawić jej dokumentów i przypadkiem wzięła dokumenty do mojego samochodu.

Obudziła mnie telefonem, z krzykiem, na szczęście trafiła na fajnych policjantów. Pozwolili jej, abym jej dowiózł papiery, gdyż nie było daleko.
Wziąłem dokumenty, no i pojechałem. Pech chciał, że mnie też zatrzymała policja. Wytłumaczyłem im sytuację, skontaktowali się z tamtym radiowozem i pod eskortą policji pojechałem dać mamie jej dokumenty.

Nikt nie dostał mandatu, a policjanci mieli niezły ubaw.

#YG4rL

Przychodzę do Was się poradzić, bez hejtu i oceniania.
Sytuacja wygląda tak – razem z mężem mamy trójkę dzieci, 14,10 i 3 lata. Co roku jeździliśmy na wakacje, ale w zamian za to starsze dzieci nie jeździły na wycieczki ze szkoły. Kurczę, same wakacje to było kilkanaście tysięcy i zawsze zaciskamy pasa, aby sobie na to pozwolić, a do tego doliczać kolejne 3 tysiące na wycieczki – no sorry, ale nie. Na przyszły rok dzieci chcą jechać na wycieczki kończące rok szkolny, za które trzeba zapłacić łącznie 2,5 tys. Mąż stwierdził, że mają się zastanowić, czy chcą jechać z nami, czy wolą z kolegami i koleżankami. Oboje uznaliśmy, że nie stać nas na wszystkie wyjazdy, a z drugiej strony nie chcemy rezygnować z naszego wypoczynku. Dzieciom rzuciliśmy pomysł. Oczywiście najmłodszy jedzie z nami, średnia uznała, że woli jechać z nami, a najstarsza, że chce jechać na wycieczkę i potem zostać z dziadkami w czasie naszego wyjazdu.

Nie wiem, czy powinnam się na to zgodzić. Czuję się jak wyrodna matka, która chce zostawić dziecko i pojechać na urlop, a z drugiej strony nie stać mnie, żeby puścić ją i na wycieczkę, i na wakacje z nami. Wiem, że bardzo jej zależy na wyjeździe klasowym, ale czy powinnam pozwolić jej podjąć taką decyzję?

#4d7wW

W przedszkolu byłam bardzo lubianą osobą. Zawsze komuś pomogłam, pocieszyłam, lub po prostu się bawiłam.

Kiedyś w czasie zabawy odegrałam pewną scenę. Polegała ona na tym, że odbierałam połączenie z zabawkowego telefonu, brałam łyk niewidzialnej kawy z plastikowej filiżanki, po czym go wypluwałam, krzycząc "Co?! Kurka purka?!". Dzieci zaczęły za mną powtarzać. Dosyć szybko rozprzestrzeniło się to wśród moich koleżanek.

Przez cały miesiąc panie przedszkolanki zastanawiały się kim jest "kurka purka" :D

#dXVXr

Pracuję w obsłudze klienta, w call center. W pracy nie mam problemu z rozmawianiem z klientami. Jestem osobą kontaktową, dostaję wręcz zwrotki od przełożonych, że mówię za dużo. W życiu prywatnym jest totalnie na odwrót. Boję się zadzwonić nawet po pizzę, a co dopiero odebrać ją od kuriera. W sklepie mam problem, żeby zapytać gdzie leży dany produkt bądź załatwić sprawy w urzędzie. Mimo tego, że kiedyś pracowałam w restauracji, w sklepie też, i normalnie rozmawiałam z ludźmi, zero problemu. W momencie kiedy mam zapytać o coś pracownika lub nawet osobę na ulicy, oblewają mnie zimne poty i bardzo się stresuję, wręcz odczuwam lęk.
Kasy samoobsługowe i możliwość zamówienia online to wybawienie dla takich osób jak ja.
Dodaj anonimowe wyznanie