#ghMlv

Lubię zapach wysypiska śmieci.

Moja babcia pracowała na śmietnisku przez kilkanaście lat. Zawsze przynosiła nam zabawki, ubrania, środki czystości czy jakieś kosmetyki, które były dobre, a wyrzucano je z różnych powodów. Jej ubrania były przesiąknięte tym zapachem.
Czasami też spaliśmy u niej, kiedy nasi drudzy dziadkowie byli pijani.

Ten zapach zawsze kojarzył mi się z babcią i mimo że nie pracuje tam już kilka lat, to dalej czasami go czujemy na jej ubraniach.

#xkaet

Pojechałem ze swoją (już byłą) dziewczyną na wakacje do Hiszpanii. Miał być to zasłużony dla nas odpoczynek i możliwość spędzenia czasu tylko we dwoje. Ja, ona, podziwianie widoków, spacery, zwiedzanie. Tak przynajmniej to sobie wyobrażałem.
Problemy zaczęły się już pierwszego dnia. Dziewczyna zaczęła narzekać, że za gorąco, że buty niewygodne, że źle się spakowała, że tutaj ciągle pod górkę, że w autobusach trzeba siedzieć w maseczkach... Ogólnie wszystko było źle. Narzekała na wszystko.

Na początku jakoś to znosiłem. Szukałem sposobów, by jakoś rozwiązać jej problemy. Tu poszliśmy na zakupy, zamawiałem taksówki, na bardziej upalne godziny wracaliśmy do hotelu. Dogadzałem jej jak tylko mogłem. Zabierałem do kawiarni, drogich restauracji, ale ciągle coś było nie tak. Jednak pod koniec wyjazdu coś we mnie pękło. Zobaczyłem parę naprawdę zakochanych ludzi. Poważnie, nigdy w swoim życiu nie widziałem bardziej wpatrzonych w siebie ludzi. Szli, trzymając się za ręce. Niby nic, ale dziewczyna wpatrywała się w chłopaka z takim uśmiechem na twarzy, że aż miło się na sercu robiło. Usiedli przy stoliku obok. Żadne z nich nie wyjęło telefonu, siedzieli, rozmawiali po angielsku o planach na jutrzejszy dzień. Gdzie moja dziewczyna chyba nie odłożyła telefonu nawet na pięć sekund. I tak patrzyłem to na nich, to na nas. I nagle dotarło do mnie, że właściwie przez cały wyjazd nie rozmawialiśmy o niczym. Ona była ciągle wpatrzona w telefon.  Po wspólnym posiłku zamówiłem oczywiście kolejną taksówkę i w oczekiwaniu na nią dalej zerkałem na tą parę. Szli w drugą stronę, tak samo wpatrzeni w siebie. W tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że moja dziewczyna nigdy nie patrzyła na mnie w ten sposób. Co więcej, miałem wrażenie, że moja karta uszczęśliwia ją bardziej niż ja, a telefon był jej całym światem.

Do końca wyjazdu próbowałem zrobić wszystko, by zobaczyć szczery uśmiech na jej twarzy. To nie tak, że się poddałem. Tamta para stała się dla mnie inspiracją. Całą resztę wyjazdu skakałem jeszcze bardziej wokół swojej dziewczyny. Jednak czego bym nie zrobił, wszystko zaczynało się i kończyło na zrobieniu zdjęcia telefonem i wrzuceniem fotki na media społecznościowe...
Rozstaliśmy się po tym wyjeździe.

#MJrKZ

Mieszkam w większym mieście i od kilku już lat dojeżdżam do pracy autobusem miejskim, zazwyczaj stojąc przez całą podróż. Około godziny 7 rano autobusy są przepełnione, dzieci jadą do szkoły, dorośli do pracy i z jakiegoś powodu dokładnie tymi samymi kursami jeżdżą emerytki z wielkimi wózkami…

Emerytki (rzadziej emeryci), które za każdym razem popychają mnie, napierają na mnie, depczą po nogach, uderzają wózkiem, a nigdy żadna z nich nie powiedziała zwykłego „przepraszam”. Nigdy.

Emerytki, które narzekają, że dzieci w autobusie nie ustępują im miejsc siedzących (co zazwyczaj jest prawie niemożliwe ze względu na ogólny tłok i ścisk), głośno wyzywają, domagają się szacunku i mają pretensje, że jedzie tyle ludzi.

Emerytki, które tak samo dokładnie około godziny 7 rano zajmują miejsca w kolejkach w piekarni, w spożywczym, w kiosku, i absolutnie zawsze ich zakupy trwają co najmniej kilka-kilkanaście minut, podczas gdy zdecydowana większość innych ludzi chce zrobić szybkie zakupy typu drożdżówka do pracy lub sok do szkoły. Sama nieraz musiałam wyjść ze sklepu z niczym, bo przez czekanie aż emerytka wybierze „chleb życia” spóźniłabym się do pracy.

Nie tak dawno byłam świadkiem sytuacji, jak grupa emerytów „napadła” w autobusie na młodą dziewczynę, studentkę. Bo dziewczyna nie ustąpiła którejś miejsca (miała słuchawki na uszach i czytała książkę), ponieważ zwyczajnie nie zauważyła jej od razu. A zanim zorientowała się w sytuacji, ta sama emerytka zbuntowała przeciwko niej kolejnych kilku emerytów i wszyscy zaczęli ją głośno wyzywać, przeklinać i wytykać palcami. Wysiadając dziewczyna przeprosiła, powiedziała, że nie zauważyła, ale to jeszcze bardziej ich rozjuszyło, prawie rzucili się na nią z łapami, a dziewczyna wysiadała z płaczem.

Sama też doświadczyłam przemocy słownej ze strony emerytów, nieraz tuż po tym, jak ustąpiłam komuś miejsca... Emerytka ledwo usiadła, a już zaczęła krzyczeć na mnie, że dzisiejsi młodzi ludzie nie szanują starszych (nie jestem już „młoda”, a szacunek zdaje się, że okazałam) i mnie wyzywać, szukając potwierdzenia u innych emerytów w zasięgu wzroku i słuchu. I cóż, znalazła.

Bardzo się starałam, ale wszystkie te sytuacje doprowadziły do tego, że po kilku latach nienawidzę emerytów. Nienawidzę ich za egoizm, złośliwość i kłótliwość, za uważanie się za „święte krowy”. Byłam świadkiem, jak upokarzali słabszych ludzi od siebie (często dzieci), jak wyzywali innych, jak obgadywali i złorzeczyli, popychali i śmiali się z cudzego nieszczęścia. Jak celowo przeciągali swoje zakupy, widząc, że kilka kolejnych osób z kolejki zerka nerwowo na zegarki, jak mając cały dzień wolny wybierają akurat godzinę 7 rano na zakupy i podróże, a potem mają pretensje do wszystkich naokoło i jeszcze domagają się szacunku.

I za co ten szacunek?

#LcN4w

Kiedy miałem około 5 lat, jak to w weekend z rana leżałem na kanapie i oglądałem telewizję w piżamce. Jako że zawsze musiałem coś robić ze swoimi rękoma, to i tym razem nie było inaczej – grzebałem sobie w dupie, tak po prostu. Później wąchałem i tak w kółko, nie widziałem w tym nic dziwnego...

W pewnym momencie zapach palca wydał się dziwnie znajomy. Przypominał mi zapach jakiś chipsów (pewnie Cheetosy – pomyślałem), ale za nic w świecie nie mogłem przypomnieć sobie smaku, a naszła mnie ochota po powąchaniu zapachu.
Zawołałem mamę i powiedziałem, że chciałbym takie Cheetosy, jak będzie w sklepie, nie pamiętam smaku, ale pachną jak mój palec teraz... No i dałem mamie do zaciągnięcia się, po czym jak gdyby nigdy nic dalej oglądałem bajki i upajałem się pięknym zapachem z dupy.

#OnNtV

Obecnie już nie korzystam z „dobrodziejstw” online-dejtingu, ale wciąż zastanawia mnie jedna kwestia – dlaczego mężczyźni tak oszukują, jeśli chodzi o wzrost?
Tak, rozumiem, że jest presja i durne teksty typu, że facet zaczyna się od 180 itp. OK, rozumiem, ale nie o to mi chodzi.

Jestem wysoką dziewczyną (między 170 a 175). Jak pisałam z facetami, to nie miałam problemu przyznać się do moich mankamentów, a nawet podawać dokładnego rozmiaru ubrań (co ciekawe, rozmiary staników rozumieją...). Natomiast mężczyźni non stop podawali jakieś dziwne dane. Np. określali „180 cm”, a w realu byliśmy równi głowami, gdy ja byłam w płaskich butach. „175 cm” dawali sobie, gdy mieli oczy na wysokości mojego nosa (czyli podejrzewam coś koło 169-171).

Pytanie – PO CO? Przecież to i tak wyjdzie w praniu. I teraz najlepsze... to nie ja mam z tym problem, ale ci faceci ewidentnie mieli kompleks na tym punkcie. Przecież ja nie ukrywałam, ile mam wzrostu, wiedzieli, że spotykają się z wysoką. Wiedzą dobrze, że mają kompleksy, bo by nie oszukiwali. Wiedzą dobrze, że im to przeszkadza, jak dziewczyna jest wyższa. Po co tracą czyjś czas jak kupujący na olx, którzy nie są zdecydowani i tylko zawracają głowę?

Czy ktoś mi to wytłumaczy? Logicznie? I nie, że „faceci są z****bani” itp. Tylko na poważnie, proszę, niech się panowie może wypowiedzą... O co chodzi? Inne rzeczy łatwo ukryć, jak np. dzieci z poprzedniego (albo obecnego :)) związku, długi, komornika, karalność, brak uzębienia z tyłu szczęki, problemy psychiczne... Wzrost widać przy samym powitaniu. Czy oni tego nie wiedzą?

#MD45I

Pamiętacie te wszystkie bajki, w których postać nalewała płynu do mycia naczyń do zmywarki, a później leciało z niej sporo piany? No ja tak.

To było siedem lat temu. W naszym domu była już zmywarka, kupiona zaraz po remoncie kuchni. Mały model, bo też nie mieliśmy dużej kuchni, ale co za tym idzie, na małych temperaturach nie wszystko domywała. W tym czasie niedomywanie naczyń przez zmywarkę przy 35 stopniach było głównym tematem domu. No i tu wkraczam mały ja ze wspaniałym pomysłem – może to tabletki są za słabe, a te wszystkie bajki to na pewno bujda, użyję płynu do mycia naczyń. Wlałem odpowiednią ilość, włączyłem zmywarkę na 35 stopni i poszedłem się szczęśliwie myć w poczuciu, że rozwiążę problem rodziny. Po dziesięciu minutach słyszę brata, który wrócił do domu i woła o pomoc. Wychodzę z łazienki, wchodzę do kuchni, a ona cała – łącznie z blatami – w bąbelkach z płynu. Już teraz nawet nie pamiętam, co my z nimi zrobiliśmy, ale na szczęście do tej pory nikt nie wie co zrobiłem (wszyscy myślą, że to przez zablokowanie spryskiwacza przez garnek).

PS Zmywarka działa do tej pory, a po tamtym incydencie domywa nawet w najniższej temperaturze :D

#pKjm1

Jestem wielką fanką szperaczy, inni ludzie mówią ciucholandy. Ale dla mnie to raj szperacza. Nie jestem biedna, żyje mi się dobrze – fryzjer kilka stów? OK, makijaż permanentny? OK, ale kiedy widzę ceny ciuchów w sklepach, to mam ciarki. Sweterek za 100 zł? O nie! Raz w tygodniu robię rundę po szperkach i poluję. Mój zeszłotygodniowy łup to torebka oryginalna Chloe za 16 zł – cena sklepowa to około 6 tysięcy. Buty Adidasa i Vansy – stan idealny po 15 zł para. Kurtka długa zimowa za 38 zł – wyprułam z niej rękawy i zrobiłam sobie modną kamizelkę. Spodnie Levi's za 18 zł, sukienka za 16 zł – czarna, elegancka, będzie super na imprezę firmową. Mogłabym tak wymieniać długo.

Do tych, którzy mogą się brzydzić – mam kupiony ozonator i ozonuję buty i ubrania przed praniem. Są zdezynfekowane. Nigdy nie zdarzyło mi się nic złapać, a moja szwagierka, która kupuje sobie tylko nowe ubrania, złapała ostatnio jakiegoś grzyba, kiedy przymierzała nowe buty w sklepie. Skarpetki sklepowe jej nie uchroniły.

A najlepsze jest to, że ludzie myślą, że wydaję kosmiczne pieniądze na ciuchy, a to są w sumie grosze :)

#Jf3jR

Parę ładnych już lat temu spędzałem wakacje w północnej Norwegii, gdzie pracowałem z moimi dwoma kumplami malując ludziom domki. Klimat jest tam dość surowy, więc co kilka lat trzeba nałożyć nową warstwę farby, aby drewno ładne się konserwowało.

Pieniądze po każdym zleceniu dostawaliśmy do łapy, bo pracowaliśmy na czarno.
W przeddzień naszego wyjazdu (poruszaliśmy się autostopem), postanowiliśmy pójść sobie na ostatni spacer. Gdy tak sobie łaziliśmy po jakimś opustoszałym osiedlu na obrzeżach miasta, jeden z moich kolegów o czymś sobie przypomniał i pobiegł do namiotu zostawiając nas z całą kasą.
Usiedliśmy na jednym z murków i zaczęliśmy grać w karty. Nagle, nie wiadomo skąd wyrosło przed nami czterech rosłych, archetypowych "czarnuchów". Takich żywcem wyrwanych z gangsterskich filmów o brooklińskich gangach. Napompowani sterydami kurczakożercy obwieszeni łańcuchami, do tego kolorowe ciuchy, czapeczki i wypucowane adidaski. Oczywiście przytoczyli się do nas i stanęli tak, abyśmy nie dali nogi. Jeden z nich, ten największy (chyba herszt jakiś) zabrał nam karty i powiedział po angielsku z dziwnym akcentem:
- Pokażę wam sztuczkę.
Coś tam potasował, kazał wybrać kartę, czary-mary, czy to ta karta, tak to ta karta, tadaaaam! Udawaliśmy zaskoczenie, ale w rzeczywistości czuliśmy, że zaraz zarobimy łomot i stracimy nie tylko uzębienie, ale i cały, zarobiony w pocie czoła, hajs.
- Skąd jesteście? - zapytał Murzyn patrząc na nas podejrzliwie.
- Z Polski... - wymsknęło mi się cichutko. Po chwili stwierdziłem, że to jednak głupi pomysł. Tym bardziej, że czarnoskóry typ otworzył szeroko oczy i rzekł:
- Polska? Byłem kiedyś w Polsce i...
(... i dostałem wpierdol od rasistów - dopowiedziałem sobie w myślach. Pewnie zaraz, jako emisariusze Rzeczypospolitej, boleśnie odpowiemy za ten czyn.)
- ...i nauczyłem się jednego takiego zdania...
("Jazda do Afryki, omszały asfalcie. Polska dla Polaków" - moje myśli zabrały mnie w najbardziej mroczne zakątki mózgu.)
- "Kocham Cię!" - rzekł Murzyn całkiem wyraźnie i zrozumiale.
Okazało się, że chłopaki pochodzili z Ghany i jeździli po Europie w ramach wymian studenckich. Z Polski najlepiej wspominali dziewczyny, stąd takie a nie inne zdanie, którym "czarowali" swoje potencjalne narzeczone. Okazali się naprawdę fajnymi, inteligentnymi gośćmi. Trochę było nam potem głupio, że nasze wypełnione stereotypami głowy kazały nam się bać zwykłych studentów z wymiany.

#aPVt8

Dobija mnie ignorancja i hipokryzja gatunkowa. Szczur spadnie z balkonu? Śmieszna anegdotka do opowiadania przy stole. To samo spotka psa? Tragiczna historia. O ile świadomość ludzi nt. psów i kotów oraz ich wymagań w kwestii utrzymania nie jest najgorsza, o tyle pojęcie ludzkie nt. innych zwierząt, które mają, woła o pomstę do nieba. Przykładowo – przychodzi agonalna agama, jak żelek z gumy, nie ma w ogóle kości – bo opiekun nie wie, jak powinno się ją żywić i suplementować wapń. Przychodzi jeż, któremu ktoś podał mleko. Agonalny. Sparaliżowany królik po szelkach. Papuga z wypalonym wolem. Chomik z połamaną połową ciała, bo wciąż pokutuje przekonanie, że jak chomik, to do piętrowej, prętowej mikroklatki. Spalony gekon. „Zjedzony” żywcem myszoskoczek po brutalnej walce. Zgilotynowana koszatniczka po przygodzie z kołowrotkiem z efektem nożyc.

Czy mieliście kiedyś chomika, królika, świnkę? A czy wiecie o tym, że chomik robi dziennie 15-20 kilometrów, potrzebuje metrowej klatki i 28-centrymetrowego kołowrotka? Królik ma bardzo delikatny kręgosłup i inaczej się porusza niż pies, przez co nie może chodzić w szelkach? Wiecie, jakie zwierzęta są bezwzględnymi samotnikami, a jakie muszą koniecznie żyć stadnie; że samotna świnka cierpi? Że weterynarz leczący psy i koty nie potrafi zdiagnozować myszki? Że kupno zwierząt w sklepach zoologicznych i z pseudohodowli to wspieranie okrucieństwa? Że możecie bardzo łatwo zarazić się tasiemcem?

Jeśli na jakieś pytanie, poza pierwszym, odpowiedzieliście „nie”,  to uważam, że powinniście poczytać o specyfice gatunków zwierząt, które planujecie przyjąć pod swój dach. Wziąć odpowiedzialność za nie. Nie przyczyniać się do ich cierpienia, jak niestety, większość polskich domów. Informacje najlepiej czerpać od lekarzy weterynarii leczących zwierzęta egzotyczne oraz gatunkowo tematycznych grup hodowców i lekarzy na Facebooku. Każdy gatunek ma swoją specyfikę i swoje wymagania.

Na koniec mała ściągawka, czego powinno się zawsze bezwzględnie unikać:
– kupowania zwierzęcia dla dziecka, jako zabawka, jako „przyzwyczajenie do śmierci”
– przyjaźni międzygatunkowych np. świnki z królikiem
– wapienka, kolb, kolorowych najtańszych komercyjnych karm, dropsów
– kul do biegania
– szelek dla małych ssaków
– wychodzenia na dwór (poza królikami, świnkami, fretkami)
– wyjmowania zwierzęcia w dzień, jeśli ma nocny tryb życia
– za małych klatek, za małych kołowrotków, kołowrotków z prętami lub efektem nożyc
– kąpieli zwierząt
– żywienia „sianojadów” (królik, szynszyla, świnka) ziarnami.

Małe zwierzęta cierpią tak samo jak psy, po prostu nie krzyczą umierając.

#dXTuP

Pracowałam kiedyś w kinie. Rozdawaliśmy próbki dla kobiet (podkład w fluidzie), no i niestety czasem miałam problem żeby rozróżnić, czy klient jest kobietą, czy mężczyzną. Pewnego dnia byłam na 100% pewna, że podchodzi do mnie babeczka, daję jej z radością podkład i mówię standardowe „Życzę miłego seansu”, a ona stoi i na mnie patrzy. „Czy kolor nie odpowiada?” – pytam, na to ona „A po co mi to?”. Patrzę zdziwiona „No jak to po co? Przecież to jest próbka do makijażu”... Pani zdegustowana rzuca we mnie próbką i mówi „Ale ja jestem mężczyzną!”. WTF, największe zdziwienie ever... biust wprawdzie mały, ale jest, rurki, torebka, długie kudły... no ale okey.

W mojej nowej pracy zajmuję się animacjami dla dzieci. Witam nowo przybyłych i pytam jak mają na imię, rozdając im podpisane karteczki. Podchodzę do dziewczynki (tak na oko 10 lat) i zadowolona z siebie pytam „A jak pani ma na imię?”. Dziewczynka zrobiła minę i mówi: „Ale ja jestem Mikołaj”...

No i jak żyć????
Dodaj anonimowe wyznanie