Słyszeliście o rodzicach celowo robiących dzieciom obciach? Mój był w tym mistrzem.
Wieczorem o 19 wołał mnie przez okno na dobranockę. Miałem jakieś 17 lat, mieszkałem w blokowisku, bardzo często z chłopakami na boisku graliśmy w koszykówkę, a na ławkach kibicowały nam dziewczyny.
Mistrz.
Wynajmuję mieszkanie na starym osiedlu gierkowskich bloków i tylko odrobinę młodszych, ale za to bardziej zdezelowanych wieżowców. Sporo jest tam agresywnego dresiarstwa, które od jakiegoś czasu wieczorami zastępowało na podblokowych ławeczkach starsze panie. Staruszki ławek nie oddały walkowerem. Ruch oporu wystartował w wieżowcu, gdzie mieszkam na stancji, a potem powędrował na całe osiedle. Obecnie dresy muszą chować się po krzakach.
Zaczątek walki o spokój pod blokiem wziął się od pani Ani, damy starej daty, rodowitej kresowiaczki. Zawsze „wylaszczona”; elegancka, z długimi włosami upiętymi azjatycką szpilą w kok, plecy proste, nikt by nie dał jej 93 lat.
Pewnego wieczora zdybali mnie pod blokiem. Mało uprzejmy rozkaz oddania portfela i telefonu, wpier***l gratis. Nagle dziwny trzask, smród nie do opisania, jednemu z nich coś spływa po łysym łbie. Po chwili to samo tyczy się reszty, są cali w czymś, co wydaje się być odchodami szatana (sądząc po zapachu). Wynieśli się, dwóch narzygało na trawnik po drodze (heh, ja też). Potem okazało się, że starsze panie z bloku, podjudzone przez krewką panią Anię, pieczołowicie kisiły armię zgniłych jaj, by dresiarzy bombardować. W ruch szły zbuki, kocie odchody, zużyte pieluchy po wnuczkach... trochę było do sprzątania (w sumie to niewielka różnica powstała, bo w każdym domu był co najmniej jeden taki, co śmieci przez okno wywalał), ale poświęcenie się opłaciło, skutecznie przegoniły gnojków. Więcej nie wrócili.
Jak próbowali rozrabiać na klatce (nie ma windy, tylko schody), ja i moich dwóch współlokatorów już czekaliśmy z czym trzeba...
Moja narzeczona oświadczyła mi, po 9 latach związku i 3 miesiące przed ślubem, że odchodzi do innego faceta. Jednocześnie zapytała, czy odstąpię jej salę weselną, którą już mieliśmy opłaconą, bo ona w sumie planuje ślub ze swoją nową miłością, a skoro goście już zaproszeni, to po co robić zamieszanie.
Ponieważ mój ówczesny stan psychiczny nie pozwalał mi na analizę tej sytuacji, więc nie protestowałem. Finalnie moja była wzięła ślub w sukience, którą jej kupiłem i wyprawiła wesele, za które zapłaciłem i na które zaprosiłem jej rodzinę...
Teraz, po kilku latach, ta sytuacja wywołuje u mnie szczery uśmiech, zwłaszcza gdy patrzę na moją fantastyczną żonę i cudownego synka, ale wtedy nie było tak wesoło ;)
Anonimowe wyznanie o tym, jak z żoną okłamujemy znajomych.
W związku z ostatnimi wzrostami cen absolutnie wszystkiego trochę osób z otoczenia mojego i żony średnio sobie radzi. Wzrosty rat kredytów na nieruchomości i ogólne wydatki odczuła głównie para z dwójką dzieciaków i domem w kredycie oraz siostra żony, która po prostu niewiele zarabia, a stara się utrzymać sama w obcym mieście.
Często się z tymi ludźmi spotykamy przy piwku i przekąskach i wspólnie narzekamy, jak jest teraz ciężko i jak musimy odkładać różne plany i zakupy na później. Na przykład wspomniana wyżej para nie wie jak zapłaci za buty na zimę, albo że komuś zaczęły się zęby psuć, ale wizyta u dentysty to masywny koszt.
Prawda jest taka, że nasze wydatki nie zmieniły się jakoś znacznie, może z 20% wzrostu na niektórych grupach spożywczych. Kredyt na nasze 4-pokojowe mieszkanie mieliśmy maleńki, a do tego na stałym oprocentowaniu, a podwyżek czynszu na ten moment ani widu, ani słychu. Ja w międzyczasie dostałem jeszcze podwyżkę w pracy, do tego stopnia, że powodzi nam się lepiej niż przed pandemią, żona rozważa, czy nie zrezygnować z pracy, bo zwyczajnie pokrywam nasze potrzeby z nadwyżką, a tak mogłaby zająć się domem i dzieckiem – coś, co zawsze chciała zrobić, ale nigdy nie było nas stać.
Oczywiście o żadnej z tych rzeczy nie mówimy głośno, chyba z obawy przed tym, żeby znajomi się od nas nie odwrócili z zazdrości, sam nie wiem, po prostu jakoś tak wyszło, że raz powiedzieliśmy, że nam też te wszystkie koszty skoczyły i tak zostało, a teraz nie za bardzo wiemy jak z tego wyjść. Głupio tak wprost walnąć, że okłamujemy kupę ludzi od ponad pół roku.
Pointy nie ma, ot coś, czego nigdy nie powiemy nikomu głośno, więc jako anonimowe wyznanie się klasyfikuje.
Najszczęśliwszy dzień w moim życiu?
To dzisiaj, kiedy pies zabrany ze złych warunków, po 5 latach pracy, w końcu sam położył się obok mnie.
Moja dziewczyna: dlaczego nigdy nie mówisz o swoich uczuciach i tym co cię boli, tylko milczysz i jesteś nieobecny? To niezdrowe dla twojej psychiki. Wykończysz się.
Ja: Dlatego, że jak to robię, ty zamiast pomóc zaczynasz wbijać mi głębiej szpile, zmieniać do mnie nastawienie i mówić, że ty masz gorzej.
Moja dziewczyna: To nieprawda (FOCH), a tak w ogóle to ty jesteś taki i taki.
Od tej rozmowy minęły może z trzy miesiące. Problemy w pracy nakładają się z poważnymi problemami w rodzinie, problemami finansowymi i jeszcze zaraziłem się covidem, po którym mam problemy z sercem, co po zakończonym L4, na którym jestem, prawdopodobnie uniemożliwi mi wykonywanie zawodu, który wykonuję. Wychowałem się w rodzinie o konserwatywnym sposobie bycia, czyli chłop nie płacze. Chłop zaciska zęby i działa. Tym razem ten chłop nie wytrzymał i wyrzygał cały ból swojej drugiej połówce i nawet nie zauważył kiedy zaczęły lecieć mu łzy i rozryczał się jak dziecko.
Żałuję, że to zrobiłem, nie ma nic gorszego niż wyżalić się kobiecie, pokazać słabość i niemoc. Teraz nie dość, że życie mnie skopało, to kopie mnie własna kobieta. Mówi, że potrzebuje mężczyzny silnego, który będzie dla niej podporą, motywacją, a nie kogoś, kto nie radzi sobie sam ze sobą, bo nie zamierza żyć czyimiś problemami. Przypomniałem jej, co mówiła o okazywaniu słabości, ale odpowiedziała, że nie to miała na myśli.
Ogólnie jest źle, ale ma to i swoje plusy, bo otworzyło mocno oczy na wiele rzeczy. Czuję, że przez jej podejście staję się silniejszy. Trzy lata poszły w piach, trzeba jej teraz pokazać, że jednak jestem mężczyzną i kopnąć ją w cztery litery.
Byłam kiedyś na pogrzebie siostry mojej dobrej znajomej, pojechałam do totalnej afrykańskiej wioski i uczestniczyłam we wszystkich rytuałach pogrzebowych – w pożegnaniu zmarłej w domu, w procesji do kościoła, we mszy, w uroczystościach na cmentarzu (2 godziny przemówień w obcym mi, lokalnym języku na temat zmarłej) i w stypie w domu rodzinnym. Mojej znajomej zależało na tym, bym tam była, więc byłam.
Afrykański pogrzeb to wielka uroczystość, do domu zjechało prawie 500 osób, a byłam tam jedynym białasem.
Jak to w życiu bywa, człowiek co pewien czas musi skorzystać z toalety i mnie też to spotkało. Myślałam, że oddalę się dyskretnie, pójdę do „łazienki” (dziura w ziemi, otoczona z trzech stron żywopłotem) i nikt nie zauważy. Niestety, dzięki kolorowi skóry byłam zauważana przez wszystkich i gdy tylko ruszyłam w stronę toalety, pobiegło za mną 12 pań, które chcąc mi „pomóc” i zapewnić trochę dyskrecji otoczyło wychodek kołem, zasłaniając wszystko kolorowymi materiałami.
W Afryce (przynajmniej w tych krajach, które znam) jest taki zwyczaj, że jeśli są osoby jednej płci, to zupełnie się przed sobą nie wstydzą. Panie wiedziały, że u białych jest zupełnie inaczej, że nie wchodzimy sobie z koleżanką wzajemnie do łazienki, nie przebieramy się wspólnie i nie śpimy nago, tylko w piżamach. Panie rozumiejąc to, próbowały mnie zasłonić (podobno od rana ustalały, która i czym zrobi mi zasłonę), a przy tym zerkały na mnie znad swoich materiałów, by zobaczyć, czy biała sika tak samo.
Po wszystkim zaczęły mi bić brawo i podały kubek z wodą do umycia rąk. Chyba nigdy nie czułam się tak zażenowana i zawstydzona jak wtedy...
Chcesz zasiać ziarno niepewności w dziewczynach przekonanych o swojej wyjątkowej zajebistości? Znajdź zdjęcie, na którym są trzy koleżanki i skomentuj: „Wy dwie wyglądacie ślicznie”.
W liceum chodził ze mną do jednej klasy kolega, który miał strasznie nadopiekuńczą matkę. Jeszcze w pierwszej klasie, w co trudno być może uwierzyć, przyprowadzała i odprowadzała go ze szkoły.
Ów kolega w pewnym momencie został na drugi rok w tej samej klasie (chyba w drugiej jak pamiętam), więc nasze drogi poniekąd się rozeszły. Po kilku latach dowiedziałem się o jego dalszych losach. Nie wiem jak to możliwe, ale jego rodzice nic nie wiedzieli o tym, że jest „rok w plecy”. W momencie kiedy przyszła pora na zdawanie matury, codziennie rano wychodził z domu wystrojony na ten ważny egzamin, w drodze do szkoły, u kolegi, przebierał się w normalne ciuchy, a po szkole w drugą stronę... Skserował na kolorowo pierwszą stronę swojego świadectwa, a drugą kolegi – tak powstało to, które pokazał rodzicom. Wytłumaczył im przy tym, że to kopia, bo „oryginał poszedł do archiwum” – cokolwiek to znaczy. Uwierzyli...
Po maturze wyjechał na studia, a właściwie za pieniądze, które dostawał od rodziców, wynajął kawalerkę czy też nawet pojedynczy pokój w miejscowości, z której oryginalnie pochodził (małe miasteczko). Dalszych jego losów nie znam...
Był taki czas, gdy żyliśmy naprawdę bardzo biednie, pieniędzy ledwo starczało na podstawowe potrzeby. Syn chodził wtedy do gimnazjum, a wiadomo, że dzieciaki potrafią być okrutne, więc był wyśmiewany w szkole, bo nie nosił firmowych ciuchów i miał znoszone, zniszczone buty. Niejeden raz płakał z tego powodu, a mi pękało serce.
I właśnie wtedy ukradłam dla niego buty w sklepie. Nie złapali mnie, nigdy się nie wydało, a syn był przeszczęśliwy, bo dzieciaki w szkole dały mu spokój.
Nigdy nikomu o tym nie mówiłam i nie jestem z tego dumna, bardzo się tego wstydzę. Nikomu się do tego nie przyznam.
Dodaj anonimowe wyznanie