W mojej szkole gimnazjum i klasy 4-6 podstawówki znajdowały się w jednym budynku. Chodziła tam dziewczyna o rok starsza ode mnie. W czwartej i piątej klasie nie zwracała na mnie uwagi, wszystko było okej, niestety jej zachowanie zmieniło się wraz z pójściem do gimnazjum. Zaczęła mi dokuczać. Codziennie, gdy rano mijałyśmy się na wspólnym korytarzu, komentowała mój strój, fryzurę itd. Nie mówiłam o tym nikomu, ponieważ nie obchodziło mnie zbytnio, co takiego o mnie myśli. Nie zwracałam uwagi na jej komentarze. Tak było przez cały rok.
W pierwszej klasie gimnazjum miała więcej okazji, by pośmiać się ze mnie i mojego ubrania, co robiła z wielką chęcią. Przechodziłam obok niej, nawet na nią nie patrząc. Naprawdę nie wiem, czemu za cel wzięła sobie mnie. W drugiej klasie było to samo, tylko że z umiarem. Uświadomiła chyba sobie, że nie obchodzi mnie jej zdanie.
W końcu nadszedł koniec roku szkolnego. Trzecia klasa miała zakończenie dzień wcześniej niż my. Mieli tańczyć poloneza, przedstawiać scenki itp. Poszłam z ciekawości z moimi przyjaciółmi, zobaczyć jak to wszystko się odbywa, a poza tym potem mieliśmy iść na skatepark (w tamtym czasie uwielbiałam jeździć na rolkach), więc wzięłam też strój na przebranie się, ponieważ w spódnicy byłoby mi strasznie niewygodnie.
W szkole jeszcze szybko skoczyłam do łazienki, w której spotkałam tę dziewczynę. Płakała w kącie. Zdziwiona zapytałam, co się stało. Spojrzała na mnie, jakbym nie miała prawa tam być i powiedziała, że ma podartą spódnicę. I faktycznie, miała. Dziura zrobiła się na boku, odsłaniając przy tym jej nogę. Niewiele myśląc, zaproponowałam jej, że oddam jej swoją na ten czas, a ja założę spodnie, bo mam na zmianę. Ofertę przyjęła, przebrałyśmy się w kabinach, a potem pomogłam jej z makijażem.
Myślicie, że to zapoczątkowało nową przyjaźń? Nie.
Dziewczyna nawet nie podziękowała, a do tej pory gdy mijamy się na ulicy, odwraca wzrok i udaje, że mnie nie widzi :)
Do napisania tego wyznania zainspirowały mnie komentarze pod wyznaniem #GSSVy
Mam 26 lat i jestem kulturystą. Do pandemii ćwiczyłem w małej osiedlowej siłowni, jednak z wiadomych względów siłownia upadła. Wtedy za sprawą mojej żony udało mi się dostać sponsoring od jednej z dużych sieci siłowni.
Na siłownię zawszę chodzę z żoną, mamy określony typ treningów – rozgrzewamy się razem, później każde idzie w swoją stronę i spotykamy się na koniec w saunie. Byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś mnie obserwuje podczas ćwiczeń, nawet momentami mnie to motywowało do dalszej pracy nad sylwetką. Z czasem pojawiły się pytania o ćwiczenia, dietę i zawody. Zawsze chętnie rozmawiałem.
Po dwóch miesiącach dostałem pierwszy dziwny komentarz ze strony dziewczyny ćwiczącej obok, coś w stylu „Nie możesz ćwiczyć obok, bo robię się mokra na twój widok”. Akurat tego dnia miałem gorszy humor, nie odebrałem tego jako żart i stanowczo powiedziałem, że takie zaczepki są niestosowne. W odpowiedzi usłyszałem „Jakbym na tobie usiadła, to zmieniłbyś zdanie”. Zmieniłem trochę plan ćwiczeń, żeby zmienić miejsce. Cóż, różni są ludzie, wolałem jej unikać niż siać zgorszenie.
Kolejna sytuacja miała miejsce w strefie wolnych ciężarów. Na ławce prostej po mocnej serii łapie oddech, leżąc chwilę. Wskoczyła na mnie twierdząc, że chciała się przymierzyć i czy mam ochotę się z nią umówić. Na szczęście całą sytuacje widziała obsługa, nie musiałem wiele reagować. Delikwentka została wyproszona z siłowni.
Po tych sytuacjach zacząłem bardziej zwracać uwagę na to, co się dzieje wokoło. Pozornie niewinne komentarze, które wcześniej przyjmowałem z uśmiechem na twarzy, teraz mają dla mnie jasny podtekst.
Dziś miała miejsce kolejna taka sytuacja. Siedziałem z żoną w saunie, weszła dziewczyna, upuściła ręcznik, obscenicznie wypięła cztery litery bezpośrednio w moją twarz, po czym się obróciła i zapytała lCzy chciałbyś się ruch**?”. Zagotowało mnie... Po ostrej wymianie zdań z obsługą, złożeniu skargi i zażalenia siłownia zaproponowała mi treningi z trenerem tylko po to, aby uniknąć takich sytuacji... Saunę niestety musiałem odpuścić.
Zawsze słyszałem o facetach śliniących się na widok ćwiczących kobiet, sam nie raz widziałem takie sytuacje. Teraz wiem, że działa to w dwie strony. Jest to straszne i nie mogę się doczekać, aż skończy mi się kontrakt, żebym mógł zmienić siłownię.
Gdy byłam mała, miałam może z 4-5 lat, zaginął nasz kot Filemon. Nigdy nie znikał na dłużej niż dzień. Tak się złożyło, że tego samego tygodnia mieliśmy na obiad kotlety... Kot? Kotlety? Czujecie powiązanie? Wyobraźcie sobie miny moich rodziców, gdy podczas obiadu zamiast jeść jedno ze swoich ulubionych dań płakałam do talerza, pytając się, czy kotlety robi się z kotów.
Pewnego razu odwiedziłem z dziewczyną „Dom Strachów”. Idziemy po inscenizowanych mrocznych pokojach (manekiny, zombie itd.), a po drodze przebrani aktorzy nas straszą. W pewnym momencie poprzez dym wypatrzyłem sylwetkę kolejnego manekina, Samarę z „Ringu”. Mówię lubej, że fajny i przekonujący i żebyśmy obejrzeli. Ona się zaczęła buntować, że to przecież aktor i zaraz na nas się rzuci.
– Patrz, udowodnię ci... – i chwyciłem manekina za biust. Zdążyłem tylko pomyśleć, że manekin ma push-up, nim ten wrzasnął i uciekł z pomieszczenia.To była aktorka...
Z pokoju obok dobiegł nas głos:
– Wiecie co on zrobił? Normalnie chwycił mnie za cycka!
Było mi bardzo głupio. Na szczęście, jak stwierdziła aktorka, ani cycek, ani ona nie ucierpiała.
Moja teściowa jest najmądrzejszą osobą na świecie – niespełnionym dietetykiem i psychologiem, wstrząsoterapeutą, mistrzynią pulpetów i nieposolonego puree w jednym. Bardzo za nią przepadam, bo przecież taka kobieta to skarb :) Najmilej wspominam chwile, gdy byłam w pierwszym trymestrze ciąży – stałam się jej wtedy ogromnie bliska... Ja od dziecka nienawidzę ryb, gdy próbuję jakąś strawić, czuję się, jakbym żuła muł. A co jest dobre dla kobiety w ciąży? RYBY! Teściowa wzięła sobie to bardzo do serca i próbowała na różne sposoby wprowadzić tego śmierdzącego potwora do mojej diety, nieważne pod jaką postacią. Czasem nawet myślałam, że zwykłe mięso jest gotowa usmażyć na tranie, żeby MI UDOWODNIĆ, ŻE SIĘ DA ZJEŚĆ. Toteż mój mąż był testerem – dawał zielone światło: nie ma obrzydliwości, możesz jeść.
Pewnego dnia tester został przechytrzony. On dostał pulpety z mięsem, a ja... rybne. Biorę kęs, przeżuwam, przeżuwam... iii... takiego pawia nie puściłam nawet po najgorszych juwenaliach, prosto na teściową, która stała nade mną (chyba po przełknięciu chciała mi udowodnić, że DA SIĘ ZJEŚĆ). Uśmiech spełzł jej z twarzy, tak jak resztki mojego śniadania po jej ulubionej satynowej spódnicy :)
Od tej pory teściowa wie co mi w duszy (i kiszkach) gra i nie nakłania do niczego.
PS Nie żałuję :)
Zapewne każdy z Was słyszał o metodzie na wnuczka i okradzionych staruszkach lub o biednych starszych osobach ponaciąganych na zakup pościeli lub garnków albo po prostu na podpisanie beznadziejnej umowy. Takie numery nie z moją babcią.
Moja babcia to osiemdziesięcioletnia poczciwa kobieta, która nie dość, że nieufna, to jeszcze podejrzliwa, a przy tym bardzo mądrze podchodzi do tego typu spraw. Od wielu, wielu lat ma jednego operatora telefonu stacjonarnego oraz dostawcę prądu i gazu. I gdy ktoś dzwoni z ofertą, odkłada słuchawkę. Ma najniższy abonament na czas nieokreślony, więc po co jej nowe umowy. Gdy jej proponują kredyty, mówi, że jeśli potrzebują, to ona im pożyczy „miłego dnia”. Gdy ktoś obcy puka do drzwi z firankami i patelniami, mówi, że posag już ma. Ostatnio gdy przyszedł domokrążca i nieustępliwie chciał pokazać dywany, babcia powiedziała, że zaraz mu sprzeda, ale swoje noże. Sąsiadka to słyszała i zrobił się hit bloku.
Mimo tej hardości babcia postanowiła ostatnio, że potrzebuje mieć telefon komórkowy, bo gdy pójdzie na cmentarz czy na ploteczki lub targ, a coś się stanie, musi mieć z nami kontakt. Udałam się więc z nią do salonu sieci komórkowej. Babcia twardo, że ma być najtaniej. Po 30 minutach usiłowania namówienia babci na SmartDom, facet słysząc jej stwierdzenie, że na WiFi to ona może co najmniej skarpety powiesić... poddał się.
Żyj, babciu, 100 lat!
Gdy miałem 18 lat, postanowiłem skoczyć z życiem. Wcześniej byłem raczej szczęśliwy, uchodziłem za największego optymistę i śmieszka wśród znajomych. Jednak w okolicach osiemnastych urodzin wszystko zaczęło się walić. Mimo godzin spędzonych na nauce miałem coraz gorsze oceny, a matura zbliżała się wielkimi krokami. Rodzice (po części z tego powodu) zaczęli na mnie warczeć, mówić, że nic ze mnie nie będzie, wyśmiewali moje zainteresowania i hobby jako nie dające pieniędzy. Nie chcieli mi nawet zorganizować imprezy osiemnastkowej, jedynie zgodzili się na zaproszenie dziadków i chrzestnych. Najlepszy kumpel odsunął się ode mnie, bo jego nowi znajomi częstowali go papierosami i alkoholem (ja nie piłem i nie paliłem, więc byłem lamusem). Zerwała ze mną moja pierwsza dziewczyna. W mojej parafii byłem lektorem, było to dla mnie bardzo ważne i wręcz nobilitujące, ale nagle proboszcz uznał, że nie czytam już tak ładnie jak kiedyś i podziękował za współpracę. Do tego zepsuł mi się komputer i komórka.
Powiecie – phi, co to za powody, by odbierać sobie życie? Jednak dla mnie to było straszne, nigdy wcześniej nie przeżyłem takiej serii pecha i poczucia opuszczenia ze strony innych.
Gdy zastanawiałem się nad najlepszym sposobem odejścia, przypomniałem sobie o pewnym księdzu, który miał u nas kilkukrotnie zastępstwo na lekcjach. Młody wikary z sąsiedniej parafii, raczej introwertyk i małomówny, ale wręcz biło od niego dobro i spokój. Jakoś podświadomie stwierdziłem, że może jemu się wygadam. Spotkałem go na przerwie i powiedziałem, że chciałbym pogadać, a on odpowiedział, że pojutrze, w sobotę w samo południe, będzie na mnie czekał pod „swoim” kościołem. Nie wziąłem nawet numeru, uwierzyłem, że on na pewno będzie na mnie czekał. I tak się stało. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy... na myjnię. Ksiądz zamówił całkowite czyszczenie i sprzątanie auta, co miało trochę potrwać. Przeszliśmy się trochę po niedalekim parku, zacząłem opowiadać o swoich problemach, on wszystkiego cierpliwie wysłuchał, a gdy skończyłem, zapytał: „Pomyślałeś kiedyś o tym, że twój stan, twoje poczucie szczęścia lub nieszczęścia są zależne tylko od ciebie, a nie od ludzi, których masz wokół?”.
Szczęka opadła mi na ziemię, bo nigdy wcześniej nawet nie przemknęło mi to przez myśl. Rodzice zawsze wpajali mi, że co prawda jestem dobrym dzieckiem, ale bez wykształcenia, dziewczyny, sympatii innych, dobrej pracy i fury pieniędzy będę nikim, bo „taki już jest świat”. Ten młody ksiądz rozmawiał ze mną jeszcze dobrych kilkadziesiąt minut, a dzięki jego słowom zrozumiałem, że moja samoocena i szczęście są zależne tylko i wyłącznie ode mnie samego.
Tego dnia bardzo wiele zrozumiałem i moje życie zaczęło się zmieniać. Dziękuję, księże Piotrze!
Pewnego wieczoru wróciłem do mieszkania po spotkaniu ze znajomymi. Idąc przez klatkę, usłyszałem pikanie, w głowie mej zrodziła się myśl: to na pewno piszczy czujnik czadu! Po chwilach zastanowienia zapukałem do drzwi, skąd dobiegało piszczenie, a że nikt nie otwierał, to zadzwoniłem na numer alarmowy 112. „Od dłuższego czasu piszczy alarm w mieszkaniu, brzmi jak czujnik czadu, nikt nie otwiera drzwi, w bloku woda ogrzewana jest gazem przez piecyki”. Usłyszałem: „Już jedziemy”.
Przyjechała policja, która obudziła prawie całą klatkę, straż pożarna, która planowała wyważanie drzwi oraz pogotowie – tak na wszelki wypadek. Któryś z zaalarmowanych sąsiadów miał numer do właściciela mieszkania, skontaktowano się z nim. Przyjechał i otworzył drzwi. Okazało się, że to piszczał alarm w piekarniku... Czujnik czadu nie piszczał, bo nawet go nie było.
Więc tak oto obudziłem całą klatkę, a na miejscu były wszystkie służby ratunkowe chcące dostać się do mieszkania; głupio mi teraz mijać sąsiadów :)
Wiele lat temu, gdy miałam z 8-9 lat, bałam się chodzić do kościoła. Dlaczego? Ponieważ ksiądz na ogłoszeniach zawsze mówił „Za duszę Kowalskiego” itp. Jako małe, głupiutkie dziecko myślałam, że chodzi o to, że ksiądz wchodzi do czyjegoś domu, wybiera członka rodziny i go zabija, dusząc. Byłam przerażona, że kiedyś przyjdzie do mojego domu.
Miałam może 10 lat i na wakacje pojechałam na kolonię zuchową. Wszystko fajnie, tylko jako dziecko (właściwie do teraz) byłam niezwykle wybredna w kwestiach jedzenia. Już w domu rodzice dwoili się i troili, żebym cokolwiek jadła. Najbardziej lubiłam suchy chleb, owoce, surowe warzywa. Zupy z niezidentyfikowanymi farfoclami wywoływały we mnie panikę, gotowana marchewka – obrzydliwość, ziemniaki rozbełtane w sosie – wstręt, parówki – odruch wymiotny. Przez większość czasu trwania koloni magazynowałam chleb, który potem suszyłam na parapecie i następnego dnia zjadałam z dżemem (masło również znajdowało się w mojej strefie pokarmów niejadalnych). Z obiadów zbierałam od innych sałatę albo sam makaron, o ile nie miał styczności z czymś innym. Przy tym wszystkim byłam zdrowym i energicznym dzieckiem. Mimo to jedna z opiekunek koloni, druhna Dorota (minęło prawie 20 lat, a ja pamiętam imię tej mendy), postanowiła mnie naprostować.
Pewnego dnia na obiad podano ryż z truskawkami, jedno z niewielu dań, które lubiłam.
Z satysfakcją gapiła się jak jem, kazała mi zjeść do końca i wylizać talerz, potem przyniosła mi drugi, chociaż byłam solidnie najedzona. Po drugim przyniosła trzeci, chociaż ze łzami w oczach prosiłam, żeby mnie puściła do pokoju. Ale nie, dopiero jak zjem. Nie wiem jakim cudem 10-letnie dziecko może zmieścić w żołądku taką ilość pokarmu, ale nie może się to skończyć dobrze. Pamiętam, że zrobiło mi się słabo i opiekunka postanowiła mnie odprowadzić do pokoju. Na schodach nie wytrzymałam, a raczej mój żołądek, i puściłam ekstremalnego pawia, normalnie szlauch. Na nią, na ściany, na schody. Przez świetlik w schodach wszystko spłynęło aż na parter. Ona zarzygana, ja zarzygana, i jeszcze raz, kolejna seria, teraz już celowałam na nią, z satysfakcją zemsty.
Dodam, że musiała po mnie wszystko posprzątać.
Do końca kolonii trzymała się ode mnie z daleka.
Dodaj anonimowe wyznanie