#AijfV

Miałam może 10 lat i na wakacje pojechałam na kolonię zuchową. Wszystko fajnie, tylko jako dziecko (właściwie do teraz) byłam niezwykle wybredna w kwestiach jedzenia. Już w domu rodzice dwoili się i troili, żebym cokolwiek jadła. Najbardziej lubiłam suchy chleb, owoce, surowe warzywa. Zupy z niezidentyfikowanymi farfoclami wywoływały we mnie panikę, gotowana marchewka – obrzydliwość, ziemniaki rozbełtane w sosie – wstręt, parówki – odruch wymiotny. Przez większość czasu trwania koloni magazynowałam chleb, który potem suszyłam na parapecie i następnego dnia zjadałam z dżemem (masło również znajdowało się w mojej strefie pokarmów niejadalnych). Z obiadów zbierałam od innych sałatę albo sam makaron, o ile nie miał styczności z czymś innym. Przy tym wszystkim byłam zdrowym i energicznym dzieckiem. Mimo to jedna z opiekunek koloni, druhna Dorota (minęło prawie 20 lat, a ja pamiętam imię tej mendy), postanowiła mnie naprostować.

Pewnego dnia na obiad podano ryż z truskawkami, jedno z niewielu dań, które lubiłam.
Z satysfakcją gapiła się jak jem, kazała mi zjeść do końca i wylizać talerz, potem przyniosła mi drugi, chociaż byłam solidnie najedzona. Po drugim przyniosła trzeci, chociaż ze łzami w oczach prosiłam, żeby mnie puściła do pokoju. Ale nie, dopiero jak zjem. Nie wiem jakim cudem 10-letnie dziecko może zmieścić w żołądku taką ilość pokarmu, ale nie może się to skończyć dobrze. Pamiętam, że zrobiło mi się słabo i opiekunka postanowiła mnie odprowadzić do pokoju. Na schodach nie wytrzymałam, a raczej mój żołądek, i puściłam ekstremalnego pawia, normalnie szlauch. Na nią, na ściany, na schody. Przez świetlik w schodach wszystko spłynęło aż na parter. Ona zarzygana, ja zarzygana, i jeszcze raz, kolejna seria, teraz już celowałam na nią, z satysfakcją zemsty.
Dodam, że musiała po mnie wszystko posprzątać.

Do końca kolonii trzymała się ode mnie z daleka.
efektmotyla Odpowiedz

Mieliśmy kiedyś podobną sytuację w harcerstwie. Jako, że było nas nie za dużo w drużynie, postanowiliśmy pojechać na zimowisko razem z inną. Organizowali, zaprosili nas, to czemu nie. Przez większość czasu spoko, aż pewnego dnia, gdzieś w połowie, okazało się, że im zostało "za dużo jedzenia" i w myśl zasady "nie może się zmarnować" - na obiedzie zamiast każdemu dawać porcję jaką sobie życzył (bo panuje ogólna zasada, że ile sobie weźmiesz, tyle masz zjeść, żeby już nałożonego nie wyrzucać), napakowali każdemu miskę po brzegi, a ją uznali, z ktoś ma za małą miskę - wymieniali na większą. Każdemu, od zuchów (8-10 lat) przez młodszych harcerzy (11-14) aż po starszych i już pełnoletnich ludzi. Jedzeniem z poprzedniego dnia - kotletami z kaszy gryczanej i białego sera. Z ogłoszeniem, że wyjść mogą tylko ci, którzy zjedzą wszystko. Siedzieliśmy tam ze dwie godziny ponad czas. My (starsza część naszej drużyny, bo najpierw pomagaliśmy kończyć porcje młodszych i nie udało nam się wcisnąć naszych) i kilkoro ludzi od nich. Na samym końcu został z nich jeden dziesięcioletni dzieciak, który uparł się, że nie zje bo nie da rady; z obstawą czterech dorosłych ludzi dookoła, straszących go, że ma 15 minut albo go wyrzucą z biwaku. Młody zaczyna płakać nad tą michą zimnej kaszy, my robimy awanturę, że nie damy nikogo wyrzucić za takie coś.. Cóż, w końcu dał radę i on, i my. Wybiegł tuż przed nami od razu do kibla zwymiotować.
Kiedy wróciliśmy do pokoju, nasze starsze dzieciaki uspokajały młodsze, które bolały brzuchy bo nie dały rady zwrócić, ci co dali radę spali albo leżeli, próbując jakoś się ogarnąć.. Wszyscy beczeliśmy. Naprawdę, nie mieściło się nam w głowie jak można, mając trzydziestkę na karku (ichniejszy drużynowy, jeden ze wspomnianej "obstawy"), wymuszać na kilkunastoletnich dzieciakach swoje chore zasady..
Żeby było śmiesznie, nasi od razu podnieśli raban, ale poza tym jednym małym, od nich nikt się nie sprzeciwiał. To było chyba najbardziej przykre..

niebieskieokulary

Fascynuje mnie jedno - oni sami nie jedli aż do przepęłnienia...
Nie rozumiem, jak można tak traktować swoich podopiecznych

Dewastor96

ja bym chyba nie wytrzymał i na policje zadzwonił

Shadowcat7 Odpowiedz

Współczuję, też byłam kiedyś niejadkiem, do dzisiaj nie zjem parówki. A wyznanie daje mi jakieś poczucie satysfakcji, jak pomyślę o tych wszystkich małpach, które były moimi przedszkolankami :D

Przytulmnie Odpowiedz

Ja nie rozumiem jak można dziecko zmuszać do jedzenia nie chce jeść spokojnie zgłodnieje to przyjdzie zjeść a nie tak jak np. moja ciocia robi czyli biega za kuzynem ( kuzyn ma 5 lat w tym roku) i każe mu jeść jak można tak robić

Ambiwalentnie136

Istnieje takie coś jak interpunkcja.

dcba Odpowiedz

Dobrze, że skończyło się tylko na wymiotach. Nie mam pojęcia ile zjadłaś (trzy talerze to bardzo ogólne pojęcie) i ile może zjeść 10-letnie dziecko, ale taka sytuacja może skończyć się pęknięciem ściany żołądka. Także zachowanie tej baby totalnie nieodpowiedzialne

Agataa33 Odpowiedz

Takie zachowanie tej baby, kojarzy mi się z jakimś sadyzmem. Przecież dorosła osoba wie, ile dziecko może zjeść, a wyciskanie na siłę jedzenia, to znęcanie się. Chore.

PannaAnonim Odpowiedz

Mi na obozie narciarskim opiekunka kazała zjeść pierogi. Zjadłam w końcu, bo nie chciała mnie wypuścić, potem rzygałam przez dwa dni i nie poszłam na narty

Evelifes Odpowiedz

"potem już w nią celowalam" xDDD

amaqueen Odpowiedz

Z jedzeniem dla zuchow zawsze jest ciezko :/ za to moi harcerze nadrabiaja, na sniadanie musze liczyc 10 kanapek na glowe :D

miekkitapczan Odpowiedz

Na swoim pierwszym biwaku zmuszono mnie do "tradycyjnej żołniersko-harcerskiej grochowki". Nienawidzę grochu i źle go trawię, co zakomunikowalam już na początku. Ale dla nich o wiele istotniejsze było to, że moja mama nie napisała tego na specjalnej kartce, więc musiałam siedzieć i jeść. Tego, co się podzialo w nocy... Nie muszę chyba opisywać swojego szlaucha. :D Ale od tej pory już zawsze mogłam mieć swoją zupkę!

shanie Odpowiedz

I jeszcze pewnie przez to dodatkowo narobiła ci wstrętu do ryżu z truskawkami... :D

Zobacz więcej komentarzy (7)
Dodaj anonimowe wyznanie