Muszę uczciwie przyznać, że nie jestem dobrym kierowcą. Z reguły trzymam się prawego pasa i jestem przysłowiową „babą za kółkiem”. Mojej dzisiejszej historii nie zrozumieją pewnie dobrzy kierowcy, ale ja przeżyłam chwile grozy.
Wracając z pracy, przejeżdżam przez dwupasmową drogę kończącą się dwupasmowym rondem. Z reguły jak na mnie przystało, trzymam się prawego pasa. Dzisiaj widząc dziadka za kierownicą, który jechał nawet wolniej niż ja, postanowiłam go wyprzedzić. Moje szaleństwo na lewym pasie skończyło się w momencie, gdy całe towarzystwo na jezdni zobaczyło stojący obok patrol policji i zwolniło. Nie zdążyłam wyprzedzić dziadka i dojechałam do ronda na lewym pasie...
Opisane przeze mnie miejsce jest bardzo ruchliwe. Po wjechaniu z lewego pasa na środek ronda nie potrafiłam z niego zjechać. Nikt mnie nie chciał wpuścić. Kręciłam się w kółko i kółko, nie mogąc się zatrzymać, by nie tamować ruchu. Jak dla mnie przeżycie jak z horroru.
Po przejechaniu kilkunastu okrążeń w chwilowym zatorze samochodowym, udało mi się zjechać z tego strasznego miejsca.
Gdy widzicie zrozpaczoną kobietę jeżdżącą w kółko ronda – ustąpcie jej pierwszeństwa, bo może już tam jeździ od kilku godzin :)
Ostatnio byłam ze znajomymi na grillu. Gdy pochyliłam się nad kiełbaskami na ruszcie, to zachciało mi się kichać. Niestety nie zdążyłam się odsunąć. Przy kichnięciu tak mnie zgięło, że przywaliłam z całej siły twarzą w grilla. A gdy rzuciłam się z wrzaskiem do tyłu, to wpadłam na koleżankę.
Ona skręciła kostkę, ja mam kratkę na ryju i pęknięte dwa żebra. Chyba pora zainwestować w lepsze ubezpieczenie na życie.
Zmiana władzy w oddziale firmy. Chwilowo brak dyrektora, obowiązki pełnią osoby z sąsiedniego oddziału. Ciekawe, że jest to siostrzeniec z ciocią. Pracownica położyła im do podpisu rachunki do umów-zleceń (czynności inne niż te z umowy o pracę, kwota symboliczna). Gość odsyła do cioci, bo on nie ma jeszcze pełnomocnictwa. Ciocia odsyła do siostrzeńca, bo to on jest p.o. dyrektora. Ludzie bez wypłaty, bo nie ma komu podpisać rachunków. Zarządzający każą czekać na regionalnego. Regionalny przybywa i... odmawia podpisania rachunków, bo przecież są osoby wskazane do zatwierdzania rachunków i faktur. Więc kobitka znów wędruje do pełniącego obowiązki pana, on wysyła do cioci, ciocia wysyła do siostrzeńca... Ta historia powtarza się co dwa-trzy dni. Teczka -> ciocia -> p.o. dyrektora -> ciocia-> p.o. dyrektora -> czekać na regionalnego, teczka wraca do szafy. Widać, że ciocia z siostrzeńcem świetnie się bawią. Kobieta czuje się jak ping-pong. Po trzech tygodniach jedna z osób skarży się na naradzie z p.o. dyrektora, że nie dostała przelewu. Nasza znajoma została wezwana na dywanik do p.o. dyrektora. Zarzut? Zgubiła rachunki, które p.o. już dawno mógł podpisać, bo przecież dwa tygodnie temu dostał pełnomocnictwo. Kobieta otwiera swój kalendarz i podaje daty, kiedy podstawiała rachunki do podpisu wraz z argumentacją, jaką słyszała za każdym razem. Mówi spokojnie, wyjaśnia, podaje fakty. Co słyszy? Że jest bezczelna, źle wykonuje swoją pracę, rachunki odtworzyła, bo przecież zgubiła je dwa tygodnie temu i ma je przynieść natychmiast, bo trzeba ludziom przelać pieniądze. I jeśli jeszcze raz zgubi rachunki, to zobaczy, bo jego, jako p.o. dyrektora, stawia w niekorzystnym świetle.
Czy komputer może przeszkadzać w pracy? Niektórym tak! Jestem młodą osobą i wbrew temu, co myślą stereotypowo niektórzy dużo starsi ode mnie, nie lubię informatyki i się na niej nie znam. Przeglądam ten jakże ciekawy serwis i kilka innych, robię przelewy internetowe, wyszukuję informacje, korzystam z maila i jednego portalu społecznościowego, umiem wysłać skan i korzystać z Worda, oglądam filmy, ale to by było z grubsza na tyle, co robię w życiu prywatnym przy użyciu komputera. Nic nie denerwuje mnie bardziej niż niedziałający sprzęt, którego nie umiem naprawić, gdy nie wiem, jak coś zrobić, albo gdy coś mi się przestawi. Jeśli chodzi o obsługę różnych programów, często czuję się tępa, choć przez całe moje dotychczasowe życie byłam uważana za mądrą i inteligentną. Co pójdę do nowej pracy, to muszę uczyć się obsługi nowego programu. Pracuję w wyuczonym zawodzie, ale na studiach nie uczyli nas tych programów. Na pierwszym semestrze była informatyka, ale uczono nas np. Excela, a nie tego, na czym teraz pracujemy. W jednym zakładzie pracy pewną czynność można było wykonywać z użyciem komputera lub bez niego, w wersji papierowej. Zawsze wybierałam tę drugą formę. Raz pracowałam poza moją branżą, w państwówce, to notorycznie nie działała drukarka, Internet zamulał, musiałam rozdrabniać się, wysyłając elektronicznie wiadomości na różne sposoby, co zajmowało dużo czasu. Kiedy zrobiła się awaria na pół dnia i nie było Internetu, mogłam wreszcie skupić się na innych obowiązkach. W jeszcze innym miejscu pracy szefowa miała pretensje do mnie i do mojego kolegi z pracy, że nie umiemy naprawić drukarki, a przecież jesteśmy młodzi (!). „Młody” nie znaczy „informatyk”. Często czuję, że nie radzę sobie z tymi programami w pracy. Nauka idzie mi bardzo wolno, to już bym wolała nauczyć się języków obcych od podstaw. Czasem mówię osobom z rodziny, które są dużo starsze, że mają fajnie, bo za ich czasów w pracy nie było komputerów.
Aha, nauka obsługi nowej komórki też mnie denerwuje. Lubię mieć taką z Internetem, ale marzę o tym, by móc korzystać z jednej komórki przez całe życie. Łatwo, wygodnie i ekologicznie.
Studia zaoczne. Drugi rok. Uczę się, zaliczam kolokwia i egzaminy i okazuje się, że mam możliwość uzyskać stypendium za wyniki w nauce. Koleżanka, wówczas bliska, ma średnią o jedną dziesiątą niższą ode mnie. Czyli ja mam 4,7, a ona 4,6. Ponieważ mamy sporo zdolnych ludzi na uczelni, to okazuje się, że aby otrzymać stypendium, trzeba mieć jednak to 4,7. Koleżanka idzie do kwestury, a nawet trafia do kanclerza, aby złożyć zażalenie, że do stypendium wprawdzie potrzeba 4,7, ale ona jest inteligentna, zdolna i błyskotliwa i jej się również należy stypendium, skoro ja to stypendium otrzymałam. Tak... Należy jej się stypendium, bo koleżanka dostała, a ona nie...
Najlepsze, że na bieżąco relacjonowała mi swoje wyprawy do dziekanatu, kwestury, kanclerza, opowiadając wszystko. Nawet to, że przecież jest mądrzejsza ode mnie i to jej się to stypendium należy.
Pech? Każdy go ma. Ale jak się przypałęta, to kilka naraz...
Zaspałam do pracy, wybiegłam z domu, ale zapomniałam telefonu, więc wróciłam po niego. Zerwała się ulewa, musiałam zmienić kurtkę i buty. A czas leci. Przy bramie klucze wpadły w kałużę, wszystko mokre, kłódka się zacięła, ale zwalczyłam ją.
Wyjeżdżałam przez bramę, skrzydło walnęło w auto. Blacha wgnieciona. No nic, jadę.
Po drodze korek, bo stłuczka. Ale barany nie zepchną aut na pobocze, choć nikt nie ucierpiał, twardo czekają na policję... No nic, udało się dojechać do pracy na styk. Wysiadam z auta – telefon wypadł z kieszeni, trzask na chodniku. Ożeż..!
Pozbierałam elementy układanki, wpadam do roboty. Myślę sobie: napiję się kawki, już będzie dobrze. Składam telefon – wow, działa! Ooo, trzy nieodebrane. Dostawca miał awarię w trasie i nie dowiezie mi ważnego towaru. No nic, wsiądę w autko i pojadę te 60 km przejąć przesyłkę, bo mnie klient zabije, jeśli nawalę, obiecałam przecież towar...
Jadę, oczywiście korek, bo tir zahaczył pobocze i skręciło go, no zdarza się przecież. Tylko modliłam się, by nie złapać gumy. Znalazłam kierowcę, odbieram paczkę, mówię – a zaglądnę sobie – no tak, nie moja... Ale myślę – mądra jestem, że nie odjechałam! Szybka zamiana i w drogę. Klient dzwoni, że czeka na towar. No przecież pędzę! Zresztą i tak jadę, zawiozę panu na budowę. Znam skrót! Zabłądziłam... Po godzinie dotarłam, głodna i zła jak osa, ale paczka dostarczona. Uff, myślę sobie, teraz tylko z górki. A w tym momencie cofająca koparka wjeżdża mi w auto. Zjechała policja, inspekcja pracy, bo kierowca pijany, więc znowu czekamy. Dostałam ataku śmiechu, takiego z bezradności. Potem się popłakałam. Takie babskie zmiany nastroju.
Wieczorem poszłam do kolektury, przecież jak taki pechowy dzień, to muszę trafić tę szóstkę! Nie trafiłam ani jednej liczby.
Wychowywałam się na wsi, gdzie hodowla zwierząt to rzecz powszednia.
Wśród zwierząt hodowlanych w gospodarstwie moich rodziców moimi ulubieńcami były króliki :) Potrafiłam przesiadywać z nimi całymi dniami. Na wakacje do mojej wsi przyjeżdżała moja przyjaciółka z miasta, która często mnie odwiedzała.
Któregoś razu wspomniała, że zawsze chciała mieć królika, w końcu wybłagała rodziców i dostała... króliczka miniaturkę (dorosły osobnik kilka razy mniejszy od królika hodowanego na wsi). Pewnego dnia... przyszedł nam do głowy głupi pomysł: Rozmnożymy nasze króliki! Wsadziłyśmy więc jej króliczkę miniaturkę do klatki mojego pokaźnego samca. Oczywiście robotę wykonał :)
Niestety skutek był tragiczny.... miniaturka zdechła, ponieważ została zapłodniona i króliki znajdujące się w niej były za duże i po prostu ją rozsadziły...
Trauma została do dziś.
Jestem jedną z tych panienek z epoki komunikatora gadu-gadu. Dostawałam tam naprawdę różne propozycje, ale ta jedna była chyba najbardziej... dziwna?
„Droga pani X, po dokładnym przejrzeniu pani profilu stwierdzam, że może być pani zainteresowana moją propozycją. Chodzi mi głównie o dyskrecję w naszej relacji. Spotykalibyśmy się w stodole na mojej wsi, jestem zainteresowany orgią wraz ze zwierzętami. Pomyśli pani tylko nad ich przyjemnością ;) Mam tam parę koni, dwa sprawne psy, kilka przepięknych świnek i jest przy nas jeszcze rudawy kot. To on ma tak świetny gust i pomógł mi wybrać ideał spośród wszystkich kobiet na tym portalu. Trafiło na Panią ;) czy dobrze trafiliśmy? :*”.
Chciałabym mieć tak szalenie wykształconego kota.
Moja mama robi się coraz bardziej przytłaczająca. Nie zrozumcie mnie źle, kocham tę kobietę najbardziej na świecie, ale nie ma też osoby, która by bardziej działała mi na nerwy.
Ciągle jeszcze się uczę, a moja mama dostała jakiegoś pierdolca na punkcie moich ocen i nauki, bo inaczej się tego nie da nazwać – kontroluje mnie 24/7, strofuje mnie przy każdej okazji, a teraz nawet próbuje odcinać mnie od przyjaciół! Mam bardzo dobre oceny, zawsze mam albo pasek, albo jestem bardzo blisko jego otrzymania, nie sprawiam problemów nauczycielom i nie należę do „problematycznej” młodzieży. A mimo to ona traktuje mnie tak, że czuję się więźniem we własnym domu!
Moja przyjaciółka gorzej się u nas poczuła, później okazało się, że ma zapalenie krtani i tak się nieprzyjemnie złożyło, że się zaraziłam. A moja mama robi z tego dramat stulecia, jakbym co najmniej miała nie zdać z powodu tygodniowej nieobecności w szkole! No błagam!
W sobotę mam szkolne wydarzenie – nie chcę wchodzić w szczegóły jakie, ale wiąże się to z faktem, że jestem na profilu mundurowym. Zaraz po tym wydarzeniu chciałam się spotkać ze wspomnianą wcześniej przyjaciółką, a tu ni z gruszki, ni z pietruszki moja mama mi oznajmia, że ŻADNYCH spotkań z Zuzią więcej nie będzie, bo mnie zaraziła. NO DO JASNEJ CHOLERY! Przecież to nie jej wina, że akurat u nas się gorzej poczuła, poza tym skąd może wiedzieć, że to ja zaraziłam się od niej? Może było odwrotnie? Ale nie! Bo ktoś musi być winny.
Bardzo się z nią o to pokłóciłam, bo nie mam już 6 lat, żeby wybierała mi znajomych i decydowała, z kim mogę się widywać. No do członka wafla za niecały rok kończę 18 lat!
A to tylko jedna z wielu podobnych sytuacji. Ja już psychicznie z tą kobietą nie wytrzymuję. Coraz częściej myślę o ucieczce, jednak to nie za bardzo wchodzi w grę. Bo widzicie, bardzo chcę studiować prawo, by później zostać sędzią. A do tego potrzebne jest czyste konto – żadnego problemów z prawem. Co sprowadza się do tego, że ucieczka z domu całkowicie przekreśliłaby moje plany na przyszłość.
Próbowałam z nią rozmawiać, ale do niej nic nie dociera!
Gdy miałem 13-16 lat, moi rodzice nasłuchali się od jakiejś znajomej, że „w tym wieku chłopcy bardzo często się nie myją”. Co zrobili moi starzy?
Jak tylko ojciec przyjeżdżał z zagranicy do domu na parę dni, to kazali mi się myć z nim. Tak, k*rwa, 15-letni chłop z ojcem pod jednym prysznicem i jeszcze instrukcje, jak mam się myć.
Ojciec miał bardzo gęste owłosienie na nogach i wyżej. Do dzisiaj golę nogi i miejsca intymne, bo mnie trafia, jak mam tam włosy. A jak widzę gołego faceta – czy to bez koszulki, czy w krótkich spodniach – to mi się automatycznie chce rzygać.
Starzy nie widzieli w tym nic złego. Minęło ponad 15 lat, a ja nadal mam traumę…
Dodaj anonimowe wyznanie