Mam 27 lat, w sumie za niedługo 28 i czuję się... staro. Patrzę na 19-, 20-latki i uświadamiam sobie, że w zasadzie to mam prawie 30 lat i już nie jestem ta młodą dziewczyną, którą kiedyś byłam. Mam przy tym wrażenie, że choć wiedziałam, że czas przemija, to jednocześnie nigdy nie byłam tego tak naprawdę świadoma. Przeraża mnie przemijanie. Nie czuję się przy tym wcale bardziej dorosła. Bardziej doświadczona – tak, dorosła – niekoniecznie. Tym bardziej mnie to przybija.
Dodatkowo nie mam partnera i o ile dawniej sądziłam, że mam mnóstwo czasu przed sobą, to teraz widzę, że tego czasu jest coraz mniej. Za chwilę na „rynku” zastąpi mnie to nowe pokolenie dziewcząt. Po co komu 30-latka, skoro może mieć 20-latkę?
Są też plusy, przynajmniej wiem, że młodsza już nie będę, co motywuje mnie do działania.
Ostatnio w pełnym marokańskim upale wspinałam się na górę z ruinami zamku. Byłam tam z mamą, ale powiedziałam jej, żeby została na dole, przy samochodzie, bo podejście jest dość niebezpieczne. Sama wybrałam się na „ścianę” porośniętą jakimiś drapiącymi krzakami. Pierwsza część była w miarę lekka, przeciskałam się między drzewami, później fragment ze zdradliwymi kamieniami, które co chwilę wysuwały się spod moich stóp i wywoływały kolejne minilawiny. W niektórych miejscach było naprawdę ciężko, ale w końcu dodrapałam się do miejsca, w którym skała była już w jednym kawałku. Tutaj zaczęła się konkretniejsza wspinaczka. Żar lał się z nieba, a ja wspinałam się po skałach jak nieustraszona. Kilka minut później byłam już niemal na szczycie, zrobiłam sobie odpoczynek na półce skalnej, napiłam się wody i ruszyłam dalej. Dojście do ruin było już lekkie, pozostało mi sforsować mur. Ułożyłam górkę z kamieni i stąd udało mi się dosięgnąć szczytu murka. Wciągnęłam się, przetoczyłam i spadłam po stronie zamkowego dziedzińca. Nic mi się nie stało, ale poleżałam sobie tak chwilę i przyjemnie zmęczona patrzyłam z uśmiechem w niebo. Wtem usłyszałam:
– Ej, córcia, nic ci nie jest?
– Nie! Mamo! Skąd ty się tu wzięłaś? Jak!?
– A bo cię tak długo nie było, to sobie poszłam taką drogą tam za drzewem i tak sobie spacerowałam i doszłam tam od frontu i tam jest otwarta brama, no to weszłam.
Noż kur...
Jak byłem mały (czyli jakieś 6-7 lat), gdy szedłem gdzieś z mamą, zawsze patrzyłem się na dziewczyny, które po drodze mi się spodobały (zawsze były to licealistki). Wpatrywałem się w nie i myślałem, że jak któraś popatrzy się na mnie, to mamy jakieś połączenie myślowe i jesteśmy dla siebie stworzeni .
W ten sposób znajdywałem „tę jedyną” jakieś pięć razy dziennie, mając 6 lat :)
Obecnie mam 23 lata. W sumie nigdy nie umiałam śpiewać, ale zawsze to kochałam i miałam marzenie, żeby kiedyś zostać piosenkarką. Kiedy zaczynałam śpiewać w domu, mój tata przybiegał z pomocą, bo myślał, że płaczę, a brat zawsze rzucał we mnie poduszką, żebym była cicho. Ale chęć śpiewania pozostała. No więc zawsze jak wracam z miasta, siadam na przystanku, gdzie nigdzie nie ma ludzi i zaczynam śpiewać jak na koncercie. Głośno i jak najładniej potrafię. Jak zauważam, że ktoś się zbliża, natychmiast milknę.
Kiedyś nie zauważyłam pewnej staruszki, a ona wysłuchała mojego koncertu i na koniec zaczęła mi bić brawo.
Ot, taka ciekawostka.
(Dla tych, co domagają się szczegółów – uciekłam, a śpiewać na przystanku dalej śpiewam :D Niespełnione marzenie pozostanie na zawsze)
Ostatnio usłyszałam taką historię: pierwsza klasa SP. Zebranie rodziców z dziećmi i wychowawczyni. Wychowawczyni zaprasza mnie do biurka, podaje książkę i prosi, żebym przeczytała wskazany fragment. I tu moja mama opowiada, że zapadła się w sobie, oczekiwała, że będzie się wstydzić, bo będę dukać. Jakże się zdziwiła, kiedy okazało się, że jako jedno z niewielu dzieci w klasie czytam płynnie, wyraźnie, z użyciem znaków przestankowych.
Byłam zaskoczona. Nie wierzyłaś we mnie? – zapytałam. Nie wierzyłam – powiedziała. – Czułam wstyd, dopóki nie usłyszałam, że pani cię chwali.
Wstyd? Tak, powinna czuć wstyd. Że tak bardzo skupiła się na moim bracie, że nie widziała, że już w zerówce płynnie czytałam.
Piszę, bo chcę się pochwalić tym, że jestem szczęśliwy!!! :)
Zawsze miałem problemy z nadwagą. Ojczym był tyranem i alkoholikiem, stres zjadałem wszystkim, co słodkie, a potem już były nawyki żywieniowe rodem z USA wprowadzane przez moją mamę. Efekt był taki, że w czwartej klasie podstawówki ważyłem 85 kg, a w pierwszej technikum 120. Piłem dziennie cztery litry pepsi, jadłem dwa snickersy, pączki, chipsy i co tylko wpadło w ręce. Pizza dwa razy w tygodniu, albo jedzenie pysznych orientalnych posiłków ociekających tłuszczem. Podjadanie po nocy... Młodszy brat gonił mnie równo w wagowych osiągnięciach. Pod koniec technikum schudłem do 100, ale dalej byłem brzuchaczem (jak na złość tłuszcz szedł mi w bebech i cycki i jako ostatni stamtąd znika), a basen i judo (zamienione później na capoeire) nie pomagały tak, jakbym tego chciał. Mijały lata i generalnie czułem się źle z tym, jak wyglądam, pomimo że zawsze uważałem to za płytkie i niewarte uwagi – tak jak bogaci uważają, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze, ale zawsze mają ich pod dostatkiem.
Obecnie mam 40 lat i nie wiem, czy to kryzys wieku średniego, czy co (nie boję się śmierci ani nie mam syndromu uciekającego czasu), ale cztery miesiące temu pomyślałem – chcę być dobrze zbudowany! Codziennie sprawdzam, co jem, liczę białko, węglowodany, tłuszcze i kalorie. Do pracy i z pracy jeżdżę po pół godziny rowerem trzy razy w tygodniu. Pięć razy w tygodniu 40 minut cardio (od miesiąca z 2,5 kg ciężarkami na każdej ręce i nodze) – tak, że leje się ze mnie pot na podłogę! Co drugi dzień hantle i ćwiczenia na taśmach TRX, brzuszki itp. W życiu nie byłem tak zaparty w tym, co robię!!! Zrzuciłem 14 kilo i WIDZĘ SWOJE MIĘŚNIE!!! Nie chwalę się nikomu, tylko płaczę ze szczęścia teraz, pisząc te słowa, bo czuję się wspaniale!!!
Czasami mam gorszy dzień, ale mimo to ćwiczę pomimo braku siły, patrzę raz w tygodniu na wagę i czuję się tak, jakbym jako dziecko dostał prezent od Mikołaja!!! :) Proszę, zagrzejcie mnie do utrzymania tempa i wyrzeźbienia tego ciała, które obwisało tłuszczem na mnie!!! Jestem naprawdę z siebie dumny i chcę się tym z Wami podzielić! Mam śruby w kręgosłupie i nie mogę biegać, a cardio zmodyfikowałem tak, żeby nie sprawiało mi bólu podczas ćwiczeń i tym wyznaniem chcę zachęcić wszystkich do zrobienia czegoś, co wszyscy uważali za niemożliwe do osiągnięcia! Spróbujcie wytrzymać miesiąc albo dwa w postanowieniu i naprawdę zobaczycie efekty!!!
Dziękuję Wam bardzo za czas poświęcony na przeczytanie mojego wyznania! :)
Swego czasu moja żona była zafascynowana innym mężczyzną. Nie kryła się z tym przede mną, a jej achy i ochy wkurzały mnie niemiłosiernie. Niewiele mogłem zrobić, ten człowiek był swego rodzaju duchem żyjącym w innym lub równoległym świecie. Nazywa się Ryan Gosling. Swoją drogą bardzo dobry aktor, grający w dobrych filmach. Dla mnie głupia, nieco patowa sytuacja, która z czasem zaczęła eskalować, ponieważ żonę moja rosnąca irytacja najwyraźniej bawiła.
Tak to się toczyło jakiś czas, a mój wkurw na bogu ducha winnego Goslinga tlił się niczym pożar torfowiska. Na szczęście zasada, że na każdego chojraka znajdzie się silniejszy, i tym razem okazała się prawdziwa.
Tutaj mała dygresja. Oglądałem w kinie jakiś głupawy film akcji i później mój (dorosły) syn zapytał się, czy warto go obejrzeć. Zrecenzowałem go niezbyt przychylnie, dodając, że gra w nim również Eva Mendes, której rola jest raczej ozdobnikiem.
Syn się zamyślił i stwierdził, że film, w którym ona jest ozdobnikiem, nie może być tak do końca zły.
Wracając do meritum. Przypadkiem wiedziałem, że Gosling i Mendes są małżeństwem. Koniec moich cierpień nadszedł wraz z filmem „The place beyond the pines”. Jest w nim scena erotyczna pomiędzy nimi. Między innymi można zobaczyć, że Mendes ma (no a w każdym razie miała) bardzo przyjemny dla oka biust.
Moja zemsta była słodka jak miód zmotywowanych korporacyjnie pszczół. Na każdą uwagę dotyczącą przystojnych mężczyzn miałem, że tak powiem, podwójną kontrę. Zgadzając się w pełni z tymi uwagami, wskazywałem na wizualną jakość partnerek, które tacy ludzie mogą mieć. Ciosy może nieco poniżej pasa, ale cóż, kto mieczem wojuje...
Moja żona przemyślała całość i (szok totalny) przyznała, że jej wcześniejsze zachowanie faktycznie było nie do końca w porządku. Coś, co jest naprawdę zabawne, powinno bawić w obie strony. Jeśli tak nie jest, to zabawnym być przestaje.
Ta zasada – odwróć sytuację i oceń ją ponownie – weszła na stałe do naszego życia i pozwoliła uniknąć wielu konfliktów. Ułatwia zrozumienie drugiej strony i pozwala na korektę zachowań. Trochę żałuję, że doszliśmy do tego dopiero do wielu latach.
Lepiej jednak późno niż wcale.
PS Goslinga znowu polubiłem, ale odnoszę wrażenie, że moja żona Evy Mendes nie za bardzo. :)
Nie należę do osób asertywnych. Nie potrafię również zachować się niekulturalnie w stosunku do obcych mi osób. Co gorsza, z jakiegoś powodu widać to na pierwszy rzut oka, więc każdy kto chce uzbierać na piwo pod sklepem czy choćby pogadać w autobusie o swojej niekompetentnej synowej zawsze w pierwszej kolejności zaczepi mnie. W taki sposób poznałam pana Henia. To ten typ faceta, który żłopie tanie wino pod supermarketem, zagaduje o 2 zł i gwiżdże na młode, speszone dziewczyny. Zaproponował mi kiedyś, że pomoże mi przenieść zakupy do domu, licząc zapewne na jakieś drobne w ramach podziękowania. Standardowo: uśmiechnęłam się, podziękowałam, grzecznie odmówiłam i uciekłam szybkim krokiem, życząc mu miłego dnia. Widać w jakiś sposób przyciągnęłam jego uwagę, bo następnym razem mi się przedstawił i od tego czasu codziennie mi się kłaniał i życzył miłego dnia, czasem zagadał i skomplementował.
A teraz historia właściwa: jakiś rok temu wracałam sama z imprezy w środku nocy. Pokłóciłam się wtedy z ówczesnym chłopakiem o jakąś pierdołę, więc nie miał najmniejszego zamiaru mnie odprowadzać do domu. Traf chciał, że akurat wtedy kilkaset metrów od domu zostałam zaczepiona przez nieanonimowego Sebka. Nie wiem co by się ze mną stało, gdyby nie pan Henio i jego znajomi, którzy przyrżnęli Sebkowi swoim tanim winem w łeb i powołali się na jakiegoś pana, którego nazwisko do teraz nic mi nie mówi (choć może to i dobrze). Odprowadzili mnie pod dom, a ja następnego dnia zrewanżowałam się im ich ulubionym napojem i na tym mogłaby się zakończyć ta opowieść, ale... No cóż, jednym z powodów rozstania z moim byłym już chłopakiem było między innymi to, że oberwał on sierpowym od pana Henia za to, że (jak on to ujął) nie zapewnił mi należytego bezpieczeństwa. Chłopak uznał, że zmyśliłam historię o Sebku i nasłałam na niego meneli, żeby go pobili.
Nie wyszłam za pana Henia i nie mam z nim trójki dzieci, ale jestem za to szczęśliwą singielką, której w ramach przeprosin za „pomoc w zakończeniu związku” grupka spod marketu ufundowała bukiet kwiatów i tanie wino na osuszenie łez.
Noc z 2 na 3 maja. Miasto, w którym Czarek Pazura miał w zwyczaju mówić brzydkie słowa na dworcu. Pracuję jako dostawca pizzy, otwarte mamy do 3 w nocy, a mi akurat trafiła się nocna zmiana. Dostaję zlecenie na ulicę Jakąśtam 13/43. Sprawdzam na mapie i widzę, że to już taki totalny wypizdówek, no ale dwa placki zamówione, paragon na ponad 70 zł, płatność kartą, to biorę terminal i w drogę – ahoj, przygodo! Dojeżdżam na miejsce i latam jak głupi dookoła bloku, bo oczywiście zaparkowałem nie z tej strony co trzeba. I nagle okazuje się, że blok ma 40 mieszkań, co oznacza, że mieszkanie nr 43 po prostu nie istnieje. Po drodze spotykam innego dostawcę z innej pizzerii – też ma dwa placki i terminal. Wymieniamy się informacjami i okazuje się, że klient w obu pizzeriach podał ten sam numer telefonu. Ja dzwonię – odrzuca, ten drugi dzwoni – numer nieosiągalny. No to każde z nas dzwoni do swojej bazy i decyzja podjęta – zabieramy te placki i wracamy do siebie. Schowałem je do torby i stwierdziłem, że zapalę sobie jeszcze fajkę, w końcu te trzy minuty mnie nie zbawią.
W tym momencie zza bloku wyłania się dosyć pokaźne stado podchmielonych Sebastianów (w końcu święto flagi, to i świętować trzeba). Wtem słyszę „O kurczaczek, jeszcze gdzieś mają pizzerię otwartą!”. Myślę sobie – oho, będzie ciekawie. Panowie swoim stanowczym krokiem podchodzą do mnie i ku całkowitemu zdziwieniu kulturalnie zapytują: „Elo model, do której otwarte? Przywieziesz nam, ziomuś, pizzę tutaj?”. Na co ja mówię, że właśnie ktoś mnie w konia zrobił i dwa ciepłe placuszki za 7 dyszek w bagażniku, to mogę sprzedać. Panom opcja się spodobała – szczęśliwi jak po wygranym meczu ukochanego klubu robią ściepę i już za chwilę cieszą się pyszną pizzą, która spadła im z nieba.
Dzięki, chłopaki, uratowaliście moją pizzerię przed stratami! Mam nadzieję, że smakowało i jeszcze kiedyś coś zamówicie. Szkoda tylko tego biednego trolla, bo żarcik mu się niestety nie udał...
Mój mąż przebywa w zakładzie karnym. Za co? Ano za to, że pobił włamywacza (który akurat od strony pokoju naszych dzieci wybił szybę) – milion myśli, że może jakiś pedofil. Nie myślał. Wziął się za czyny, następnie go unieszkodliwił i SAM wezwał policję. Policja biednego złodzieja odwiozła do szpitala, a po mojego męża wezwała kolejny radiowóz.
Dostał wyrok za obronę rodziny, za powiadomienie organów ścigania. Sąd nie zważał na to czemu, jak i po co.
Najbardziej w tym wszystkim boli to, że wszyscy wokół oceniają. Nie znają przyczyn, a mówią jak najgorzej...
Dodaj anonimowe wyznanie