Kilkanaście lat temu.
Nagły wzrost kosztów za telefony w firmie. Na polecenie dyrektora ściągnięto bilingi i pani w sekretariacie rozpoczęła badanie, które z numerów niesłużbowych się powtarzają. Nagle w sekretariacie pojawiły się różne osoby z prośbą o to, by przymknąć oko na niektóre numery. Pojawiły się nawet propozycje korupcyjne...
Wyciągnięto powtarzające się numery i każdy szedł do dyrektora ze swoim telefonem komórkowym, by wyklikać te najczęściej wybierane numery. U kogo był numer, ten – wiadomo – winien.
Osobą, która najbardziej nabijała w firmie rachunki, była jedna z kierowniczek, która wciąż narzekała, jak dużo ma pracy i jak dużo zostaje po godzinach w pracy. Zostawała. By na koszt firmy plotkować z koleżankami przez służbowy telefon.
Po „Akcji bilingi” rachunki spadły o 1/3.
Kiedy oglądam zdjęcia mamy w ciąży, nie mogę uwierzyć, że jej brzuch był taki wielki. Serio, wyglądało to tak, jakby nosiła w sobie co najmniej trojaczki.
Zdarzyło się to na samej końcówce, bardzo chciałam wyjść już na świat, co pokazywałam, kopiąc mamę niemiłosiernie przez prawie całą dobę, również kiedy mama stała na poczcie w kolejce. Przed nią znajdował się pan jakoś przed trzydziestką. Nie wiem jakim cudem, ale wywijając w brzuchu, kopnęłam mamę tak mocno, że trafiłam swoją stopą idealnie w pośladek pana stojącego przed nią (mamusia ma tylko 161 cm wzrostu).
Kto by uwierzył, że został kopnięty w dupę przez płód? No nikt. Więc kiedy facet odwrócił się z frustracją, mama wypaliła: „Nie mogłam się powstrzymać...”.
Urodziłam się dwa dni później, a ona do dzisiaj uważa, że to ze wstydu zaczęła rodzić.
O tej historii prawie zapomniałam, ale jak o tym pomyślę, to przechodzą mnie ciarki.
Byłam małą dziewczynką i mieszkałam na wsi. Zarówno mój tata, jak i dziadek mieli swoje biznesy, przez co wielu okolicznych rolników do nas po coś przyjeżdżało. I jak to na wsiach bywa, każdy każdego zna. Pewnego razu bawiłam się sama przy lesie, a koło mnie zatrzymał się samochód. Był to jeden z typowych rolników i spytał się, czy nie wiem, gdzie mieszka pan X, czyli mój tata. A ja jako pomocne dziecko powiedziałam, że wiem i że go pokieruję... po czym wskoczyłam do samochodu – obcemu starszemu facetowi, którego nigdy nie widziałam na oczy – i zaczęłam nawigację: tutaj proszę skręcić w lewo, tutaj w prawo. Dojechaliśmy do mojego domu, ja się pożegnałam i pognałam dalej bawić się w lesie.
Tyle.
Nic się nie stało, moi rodzice nigdy się nie dowiedzieli. Nikt mnie nie skrzywdził, nie molestował. Ale czasem jak pomyślę, że miałam więcej szczęścia niż rozumu, to mnie mrozi.
Mam cycki większe niż moja mama – nieźle jak na 14-latka.
Moja mama właśnie nas (mam pięcioro rodzeństwa) poinformowała, że każde z nas ma innego ojca, a dwójka jest adoptowana... Bądź tu człowieku zdrowy.
W zeszły weekend byłem w Niemczech na Nürburgrinu (taki tor wyścigowy). Miał tam miejsce event organizowany przez team z Formuły 1, a główną „atrakcją” miał być były kierowca i mój wieloletni idol, Sebastian Vettel.
Od miesięcy czekałem z nadzieją na to, że faktycznie go spotkam, a może nawet uda mi się zamienić z nim słowo, kto wie?
Jakimś cudem stałem w idealnym miejscu, na przodzie tłumu, tuż przy chodniku, po którym poruszali się kierowcy... Niestety nic to nie dało. Mój idol po prostu przeszedł koło mnie, podchodząc do ludzi dookoła, omijając mnie i innych stojących obok trzykrotnie, pomimo próśb o sekundę jego czasu.
Nie mam mu tego w żadnym wypadku za złe, dalej jest moim idolem, rozumiem doskonale, że nie byłby w stanie podejść do wszystkich. Ale jednak bardzo mi z tego powodu przykro.
Sekretarka, lat 40, poszła na urlop. Przekazała ulubienicy dyrektora, lat 23 (dziewczyna na umowie o pracę okresowej), klucze do sekretariatu i szaf, by dziewczyna miała dostęp do pieczątek i dokumentów. Klucze przekazała, mając za świadka inną pracownicę. Ulubienica klucze przyjęła bez żadnego komentarza.
Okres przedświąteczny, nasza bohaterka miała w planach tradycyjne, świąteczne porządki. Myła właśnie okno, gdy zadzwonił telefon. Dyrektor. Z pretensjami, że w sekretariacie nikogo nie ma. Nie ma? – zdziwiła się sekretarka. Przecież zostawiłam klucze Oli, miała siedzieć w zastępstwie. Ola twierdzi, że nic nie wie – usłyszała sekretarka. Nie wie? Zapytaj Ani, była przy tym, jak dawałam Oli klucze i powiedziałam, że idę od jutra na urlop. Wiesz co? powiedziała dyrektorowi – skończę to okno i przyjadę do firmy. Usiądziemy sobie w trójkę, porozmawiamy... Ale ja mam za godzinę spotkanie – powiedział dyrektor. A ja mam urlop i okno do skończenia, a z powodu fochów, przepraszam: nieprofesjonalnego zachowania młodego pracownika, muszę jechać do firmy.
Przyjechała za godzinę, dyrektor zdołał przesunąć swoje spotkanie. W gabinecie usiedli w trójkę. Ola zaczęła pokrzykiwać podniesionym głosem, że ona ma swoją pracę, a zastępowanie sekretarki nie widnieje w jej zakresie obowiązków. Poza tym ona wcale nie chciała iść na zastępstwo, nie lubi siedzieć w sekretariacie, bo musi odbierać wszystkie telefony (centralka była w sekretariacie) i musi dyrektorowi i jego gościom robić kawę.
Sekretarka właściwie już nic nie musiała mówić. Ola momentalnie przestała być ulubienicą dyrektora. Zebrała porządny ochrzan za brak postawy koleżeńskiej i grania w zespole. Dostała nakaz siedzenia w sekretariacie do końca urlopu sekretarki. Ale Ola następnego dnia poszła na chorobowe i w sekretariacie usiadła inna osoba.
I była niezwykle zdziwiona, że jej umowa o pracę nie została przedłużona.
Muszę się tym podzielić. Przyszły wyniki ze szpitala i okazało się, że wygrałam z białaczką! Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę. Walka z chorobą była tym lepsza, że miałam bardzo dużo wsparcia, też od Was, drogie Anonimki, bo wstawiłam tu kilka swoich wyznań i za każdym razem bardzo podnosiliście mnie na duchu. Dziękuję Wam wszystkim. Pamiętajcie, żeby nigdy nie tracić nadziei, nawet w najtrudniejszych chwilach.
Mając ok. 11-12 lat, obejrzałam bajkę, w której wśród zimowej scenerii jakaś postać wywróciła się na lodowisku i przez przypadek dotknęła językiem zamarzniętej wody.
Bawiło mnie to i chciałam sprawdzić, czy to naprawdę tak wygląda.
Pewnego dnia (podczas zimy) mama wysłała mnie na dwór z dywanem i trzepaczką. Trzepak był zaraz pod moim domem, więc nie miałam daleko. Był już wieczór, ale mama się uparła, bo następnego dnia mieli przyjechać goście. Kiedy rozejrzałam się dookoła i nie zobaczyłam żadnej żywej duszy, dotknęłam językiem zamarzniętego trzepaka. Zorientowałam się, że nie mogę go odczepić. Zaczęłam więc płakać i krzyczeć o pomoc. Musiało to śmiesznie wyglądać z perspektywy z osoby trzeciej, bo brzmiało to mniej więcej tak: „Pomooossyyy, rathunkuuu!!!”. Nadzieja się narodziła, gdy zobaczyłam swojego sąsiada wychodzącego z domu. Zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej, ale mnie nie usłyszał. Nie pozostało mi nic innego jak „odgryźć” język od trzepaka. Z zakrwawioną buzią pobiegłam do domu. Moja mama chciała już wzywać karetkę, ale sytuacja nie była na tyle groźna, abym tego potrzebowała.
Do dzisiaj (a minęło ok. 6-7 lat od tej sytuacji) moja mama śmieje się z tej sytuacji, którą ja wspominam bardzo boleśnie. Ostatnio, gdy byli u mnie w domu sąsiedzi na kawie, moja mama postanowiła opowiedzieć tę jakże śmieszną historię.
Sąsiad powiedział, że to pamięta, nie wiedział kto był tym nieszczęśnikiem, ale podobno pobiegł po ciepłą wodę, tylko że gdy już wyszedł z nią na dwór, nikogo tam nie było, a na trzepaku znalazł tylko kawałek skóry z języka.
Moim największym marzeniem w dzieciństwie były drzwi do pokoju. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale nigdy ich nie było. Jedyne drzwi były do łazienki, ale i one dawały jedynie trochę prywatności, bo połowę ich wielkości zajmowała szyba, której nikt nigdy nie zasłonił choćby kawałkiem firanki. Kiedy byłam całkiem mała, jakoś mi to nie przeszkadzało, jednak kiedy po raz pierwszy odwiedziły mnie koleżanki i zaczęły zadawać pytania „dlaczego nie masz drzwi do pokoju, nie wstydzisz się przebierać tak na widoku, nie boisz się, że ktoś zobaczy cię w wannie?”, zrobiło mi się strasznie głupio. Kilka razy spytałam rodziców, czemu właściwie nie mamy drzwi w pokojach, ale albo mnie zbywali, albo twierdzili, że nikomu nie jest to potrzebne do szczęścia. Później wstydziłam się do siebie zaprosić koleżanki ze szkoły, bo bałam się, że znowu będę musiała odpowiadać na krępujące pytania dotyczące prywatności.
Kiedy weszłam w wiek dojrzewania, brak drzwi zaczął mi mocno przeszkadzać. Nie chciałam przebierać się i ryzykować, że akurat ktoś będzie przechodził obok, co moim rodzicom i mieszkającej wtedy z nami babci zdarzało się średnio co kilka minut, więc tuż nad wejściem do pokoju zawiesiłam kawałek grubej i ciemnej zasłony. Mamie ten pomysł bardzo się nie spodobał i zaraz ściągnęła zasłonę. Później kilkukrotnie próbowałam jakoś ukryć wejście do pokoju, ale skutek był zawsze ten sam – rodzice uważali, że wymyślam i pozbawiali mnie prywatności. Tłumaczyłam im, że wszystkie moje koleżanki mają drzwi i zapewnioną intymność, że w drzwiach do łazienki nie ma metrowej szyby i jest zamek, ale to wszystko na nic. Zupełnie jakby uważali, że rodzina nie powinna mieć przed sobą tajemnic. Nie wspomnę, ile razy ktoś z rodziny korzystał z łazienki przy otwartych drzwiach albo wchodził do mojego pokoju, gdy próbowałam się uczyć, rozmawiać przez telefon czy po prostu przebrać w piżamę. By odrobić lekcje albo przygotować się na sprawdzian, musiałam chodzić do biblioteki, bo w domu przez cały czas chodził telewizor, grało radio albo ktoś wchodził mi do pokoju z jakąś błahostką.
To wszystko sprawiło, że byłam ciągle znerwicowana, nie umiałam się uspokoić, a brak prywatności sprawił, że bardzo wstydziłam się siebie i swojego ciała. Wiele razy, gdy przebierałam się w pokoju lub łazience, rodzice wchodzili sobie wtedy na luzie i mówili ze śmiechem, że mam trochę tłuszczyku na bioderkach, że mi rosną włoski, że ktoś powinien kupić sobie nowy stanik. Kilka razy palnęli takimi tekstami przy rodzinie, która nas odwiedzała i chciałam się wtedy zapaść pod ziemię. A oni? Byli wręcz dumni, że tak dobrze się znamy, a nie jak moi głupi kuzyni, każdy zamknięty w swoim pokoju.
Wyjazd na studia przyjęłam wręcz jako błogosławieństwo. Od wyprowadzki odwiedziłam rodziców może ze trzy razy i jakoś nie żałuję.
Dodaj anonimowe wyznanie