Razem z mężem i synem chcieliśmy pojechać na pierwsze i może jedyne wczasy egzotyczne i raz w życiu odpocząć od codziennych zmagań z autyzmem (drugi syn, który ma 15 lat i autyzm miał zostać na ten czas pod opieką babci). Zawsze jeździliśmy w czwórkę i często było nerwowo, ponieważ nasz autysta nie zawsze akceptuje to, co się wokół niego dzieje. Ponieważ starszy syn, który jest już prawie dorosły, każde wakacje miał jednak nieco „dopasowane” pod autyzm, chcieliśmy raz pojechać tylko z nim. Umówiliśmy się z moją wieloletnią przyjaciółką i jej mężem na wspólne wczasy. Lubimy ich i z nimi chcieliśmy spędzić czas. Umówione. Radość. Wpłaciliśmy tysiąc zaliczki, bo to w przyszłym roku. Bezzwrotnej.
Po dwóch dniach dzwoni mi przyjaciółka z informacją, że jedzie jeszcze kilka osób z nami, jej inna przyjaciółka z rodziną. Krótkie info, że oni już też wpłacili i że pojedziemy ekipą, będzie fajnie. Ja nie jestem osobą zbyt otwartą i towarzyską. Nie lubię towarzystwa wielu, w dodatku obcych, ludzi. Może i są fajni, ale ja po prostu nie chcę. A nie chcę też tam stroić fochów, że będę na plaży siedzieć pięć metrów dalej. Mój syn wrócił ze szkoły i jak mu powiedziałam o tym, też od razu powiedział, że on nie jedzie w takim razie (a bardzo się na to cieszył). Ma wiele kompleksów na tle wagi (już zrzuconej, ale problem został bo wiele przykrości doświadczył).
Czy nie uważacie, że przyjaciółka powinna najpierw zapytać, czy nie mielibyśmy nic przeciwko, żeby ktoś jeszcze się dołączył? Albo zanim w ogóle się umawiałyśmy powiedzieć, że zbiera ekipę? Od razu bym powiedziała, że ja się nie piszę. Czy to jakieś dziwactwo, że płacąc kilka tysięcy za wyjazd chcę się czuć komfortowo i na luzie?
Zrezygnowałam, tracę tysiąc. Grzecznie jej napisałam, że uważam, że mogła to ze mną skonsultować. Obraziła się. Napisała, że chętnych będzie dość na nasze miejsce.
Sytuacja miała miejsce na posiadówce u kolegi z klasy, na której było paru moich kumpli i nowo poznane koleżanki. Mała imprezka, nic wielkiego, lecz jak zawsze nie obyło się bez tańców. Od razu wpadła mi w oko koleżanka z klasy wyżej, która zaczęła odwzajemniać moje uśmiechy.
Chwilę potańczyliśmy, przedstawiłem się, ona też, zaczęliśmy rozmawiać, aż w końcu chyba coś zaiskrzyło i zaczęła się do mnie przytulać. Zrobiło się dosyć późno, a my wciągnięci w rozmowę nie zauważyliśmy, że większość ekipy poszła już spać. Stwierdziliśmy, że położymy się razem na wersalce, która jako jedyna została wolna.
Leżeliśmy przytuleni, a ja nie mogłem usnąć. Pizza zjedzona na kolację nie pomogła mi, bo zachciało mi się puścić bąka wszech czasów, upewniłem się, czy ona śpi i wypuściłem solidnego pierda. Na co okazało się, że ona również nie spała i miała taką samą potrzebę zanieczyścić powietrze.
Od tego czasu minęło 6 miesięcy, a my właśnie siedzimy i wspominamy "śmierdzący" początek naszego związku :))))
Ostatnio w pracy musiałem podjechać do jakiegoś domu pogrzebać przy gniazdkach elektrycznych. Była tam kobieta i dwójka małych dzieci, większe bawiło się jakąś małą piłką, młodsze dziecko kobieta nosiła na rękach.
Zawsze proszę, żeby ktoś był ze mną w pomieszczeniu, gdzie pracuję, żeby uniknąć oskarżeń o kradzież itp.
Ja kończyłem to, co miałem zrobić, klęcząc, zakładałem pokrywę gniazdka i wtedy starsze dziecko rzuciło do mnie piłkę. Kątem oka zauważyłem, że po nią podchodzi, więc żeby przypadkiem nie dotknęło miernika ani nie daj Boże gniazdka, podałem mu ją. Mały ją wziął i mnie objął, przytulił mnie. Pani się zaśmiała, ja też, i zabrała dziecko, żebym mógł dokończyć pracę.
Gdy wychodziłem z tego domu, dotarło do mnie, że nie mam w pamięci ani jednego innego wspomnienia, gdy ktoś mnie przytula, a mam 23 lata. Trochę smutek.
Ostatnio zabrałam mojego syna do Warszawy, bo młody chciał zobaczyć stolicę. Poszliśmy zobaczyć między innymi Belweder i przypomniała mi się historia sprzed 21 lat.
Pojechałam wtedy na kilkudniową szkolną wycieczkę do Warszawy właśnie. Było piękne niedzielne popołudnie ( kwiecień '96), spacerowaliśmy po Parku Łazienkowskim, a później poszliśmy pod Belweder. Stoimy przed tym pałacem już dłuższą chwilę, a właściwie wisimy na ogrodzeniu niczym małpy w zoo, a tu w naszą stronę zbliża się ochroniarz. My, dzieci ze wsi, wystraszeni, że zaraz nas zamkną za to sterczenie przed "domem prezydenta", powoli zaczęliśmy się wycofywać, ale ten krzyknął, żebyśmy zaczekali. Okazało się, że Kwaśniewski, który nawiasem mówiąc objął prezydenturę 4 miesiące wcześniej, zobaczył nas przez okno i kazał ochroniarzowi wpuścić nas na teren posesji, po czym wyszedł do nas, porozmawiał z nami, dał autografy (nie byle jakie - z dedykacjami), robił sobie z nami zdjęcia, ogólnie poświęcił nam sporo czasu.
Wiem, że ktoś pomyśli "wielkie mi tu", ale ja uważam, że wcale nie musiał tego robić, a jednak zechciał. Dla nas, dzieci z dalekiej małopolskiej wsi, było to wielkie przeżycie. Pozdrawiam Pana Aleksandra - prezydenta, który pozostał człowiekiem :)
Kilka lat temu mój tata był już chory, ale samodzielny. Ostry rzut choroby spowodował, że z dnia na dzień stał się osobą leżącą, wymagającą opieki całodobowej. Bez nadziei na poprawę.
Jak jeszcze był w szpitalu, siedziałam z nim od rana do nocy, powoli zdając sobie sprawę, że opieka nad nim będzie teraz moim obowiązkiem.Ogarnęła mnie obezwładniająca bezradność, to chyba najgorsze uczucie. Kopa do działania dały mi słowa jakiejś obcej kobiety - "czas przestać być małą dziewczynką i odwdzięczyć się tacie za wszystko".
Po paru tygodniach tata został wypisany ze szpitala, wzięłam go do siebie do domu i robiłam wszystko - myłam, przewijałam, karmiłam, masowałam. Tak zafiksowałam się na opiece nad tatą, że zaniedbałam dom, męża. Moje małżeństwo ucierpiało bardzo, oddaliliśmy się od siebie. Mąż dużo pracował, ja spędzałam czas z tatą. Byłam fizycznie i psychicznie zmęczona. Po roku stan zdrowia taty pogorszył się na tyle, że wylądował w hospicjum. Siedziałam z nim od rana do wieczora, męża praktycznie nie widywałam. Czułam, że nie jest dobrze, ale nie miałam siły, żeby o tym myśleć czy reagować.
Ja zajmowałam się tatą, moim mężem zajmowała się jakaś pocieszycielka. Wtedy było mi to obojętne. Oficjalnie nic o tym nie wiedziałam.
Kiedy tata zmarł, zajęłam się formalnościami, pogrzebem. Po jakimś czasie emocje, stres, napięcie zaczęły ze mnie schodzić i posypało mi się zdrowie.
Wylądowałam w szpitalu, stan ciężki.
Mój mąż się przejął. Znów był kochany, opiekuńczy, tylko mój. Sytuacja powoli się unormowała, było dobrze. Może głupio zrobiłam, że nie wspomniałam o jego "nielojalności", ale wtedy wydawało mi się to najlepszym wyjściem.
Od tamtych wydarzeń minęło kilka lat.
Zachorowała moja teściowa. Mąż się nią zajmuje, ja pracuję. Parę dni temu koleżanki zaproponowały mi wspólny, babski wyjazd. Zgodziłam się, powiedziałam o tym mężowi, a on zaczął zgłaszać pretensje, że zostawiam go samego z chorą teściową. Powiedziałam: "Pomogę ci tyle razy, ile ty mi przy tacie pomogłeś. Ale przynajmniej nie będę sobie pocieszycieli szukać, ja cię nie zdradzę". Mąż zbladł i zapytał, a raczej stwierdził: "Wiedziałaś?". Następnego dnia rano wyjechałam.
Jest środa, ostatni dzień wyjazdu, jutro wracam do domu. Chyba w końcu porozmawiamy poważnie...
Mój mąż co jakiś czas wybiera się z kumplami na piwko do miasta. Niedawno wypadła większa okazja, mianowicie wieczór kawalerski. Zapewne w związku z powyższym, mój małżonek wrócił w stanie bardziej niż zwykle wskazującym.
3 w nocy, wtoczył się do domu, hałasuje. Myślę sobie "kurczę, dzieciaki pobudzi", więc zeszłam na dół ogarnąć zwłoki, zanim narobi większych szkód.
Zaprowadziłam go do pokoju, uwaliłam na kanapie, nie zadając sobie trudu rozebrania delikwenta i już miałam wychodzić, gdy nagle mąż uniósł się z wysiłkiem na łokciu i wymamrotał:
- Sylwia, a ty mnie nie kochasz...
Zbaraniałam.
- Co ty gadasz, oczywiście, że cię kocham.
- Nie kochasz.
Nie kłóć się z pijanym, bo ci jeszcze prawdę powie...
- Dlaczego tak myślisz?
- Bo nie połykasz... - i zasnął.
Kiedy małżonek był już w stanie wyrażać się nieco jaśniej i mniej bełkotliwie, ze wstydem, nie patrząc mi w oczy, wyjaśnił, że "partnerki wszystkich jego kumpli zawsze połykają, a skoro ja tego nie robię, to znaczy, że pewnie się go brzydzę i go nie kocham"... Tak mu wmówili koledzy, a on, co najlepsze, uwierzył.
Co te chłopy mają czasem w głowach, powie mi ktoś???
Bardzo boję się psów, więc gdy pewnego dnia jechałam rowerem i zobaczyłam kątem oka psa biegnącego w moim kierunku, zaczęłam pospiesznie pedałować czując, że serce bije mi coraz szybciej. Pies zaczął ujadać i pędził za mną niczym tygrys, przyspieszyłam jeszcze bardziej o ile to było możliwe. W pewnym momencie usłyszałam chrupnięcie... Spadł mi łańcuch. To już koniec - pomyślałam, czując za sobą ''psi oddech'' i wpadłam do pobliskiego rowu. Zakryłam twarz rękami, aby się osłonić (widziałam to kiedyś na filmach), a wtedy pies, ujadając groźnie rzucił się na mnie i... zaczął lizać. Po rękach, po twarzy i gdzie tam sięgnął jego jęzor :)
Strach ma wielkie oczy :D
Kilka dni temu razem z żoną musieliśmy podjąć decyzję o uśpieniu naszego kota. Był to bardzo ciężki moment – to był nasz pierwszy kot.
Od kilku dni udaję silnego, nie pokazuję tego, że jest mi ciężko. Oboje bardzo źle to przeżywamy. Kiedy idzie spać, potrafię kilka godzin siedzieć w jednym miejscu, z przerwami na dolanie do szklanki, płacząc.
Ukrywam emocje, bo wiem, że żona ma we mnie oparcie w ciężkich chwilach. Ona wie, że jest mi ciężko, ale nie ma pojęcia, jak bardzo.
Nie mam komu tego powiedzieć w taki sposób jak tutaj, bo nie chcę o tym z nikim rozmawiać ani słuchać pocieszeń. Jestem wrakiem.
Mam orzeczenie o niepełnosprawności. Od kilku lat uczęszczam do Środowiskowego Domu Samopomocy. Szczerze uwielbiam to miejsce, mam tam wielu fajnych znajomych, ale przeraża mnie, że część rodziców niepełnosprawnych osób robi z nich niechcący jeszcze większe kaleki bezustannym wyręczaniem i pozwalaniem na wszystko.
Przykład z brzegu: chłopak lekko upośledzony, ale sprawny fizycznie, który mógłby bez kłopotu nauczyć się pewnych rzeczy. Tymczasem na skutek ciągłego wyręczania przez matkę wyrósł na totalną pierdołę i lenia z rękoma w kieszeni, którego przerastają nawet takie czynności jak nalanie wody do dzbanka czy poodkurzanie. Zawsze odpowiada „nie mogę” lub „nie umiem”. Naprawdę nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby nagle zabrakło jego matki. Chyba skończyłby w kartonie pod mostem. Najgorsze, że on w ogóle nie ma świadomości, że kiedyś będzie musiał dojrzeć, a i matka chyba nie widzi w tym problemu.
Inny przykład: chłopak, którego matka pozwoliła się totalnie zdominować i jest praktycznie sterroryzowana. Widać, że nigdy nie dostał nawet solidnego ochrzanu, bo przecież „jest chory”.
Mnie też mama dużo w życiu pomogła, ale w domu istniała też dyscyplina, podział obowiązków, nikt mnie nie zapewniał, że wszystko się samo zrobi. Za jakiś czas, już na starość, ich rodzice będą pluć sobie w brodę i zastanawiać się, gdzie popełnili błąd.
Nie mam tradycyjnej rodziny i wychowuję się w domu dziecka.
To miejsce, które powinno być schronieniem i wsparciem, niestety często staje się przestrzenią trudnych doświadczeń. Wychowawcy, zamiast zapewniać opiekę i wsparcie, niekiedy zachowują się w sposób nieodpowiedni, traktując mnie z brakiem szacunku i zrozumienia. Ich postawa przypomina mi trudne chwile, które przeżywałem z moją matką.
Pomimo tych przeciwności, dążę do znalezienia w sobie siły i odwagi, by kształtować własne życie i przyszłość.
Dodaj anonimowe wyznanie