Z Mają braliśmy ślub 2 lata temu. Planowaliśmy niewielkie wesele (max 40 osób) z powodu finansów. Chcieliśmy kupić mieszkanie i żal nam było wywalać kasę na nie wiadomo jak duże przyjęcie. Wtedy do akcji wkroczył jej ojciec, który powiedział, że w ramach prezentu dołoży nam brakującą kwotę do wesela marzeń swojej córki. Znałem go już trochę i wiedziałem, że może się to źle skończyć, może nam to potem wypominać itp., Maja jednak szła w zawarte, że ojciec tego nie zrobi, że skoro go stać i sam oferuje, to możemy przyjąć taki prezent. Przystałem na propozycję, w końcu to jej rodzina. Doprosiliśmy kolejne 30 osób, wynajęliśmy inną salę i lepszego fotografa – wyszło za to około 15 tysięcy (już dokładnie nie pamiętam). Ojciec mojej lubej jeszcze się dopominał, że co tak mało, on planował co najmniej 30 tysięcy dać.
Tydzień przed weselem, kiedy całość już była zapłacona, lista gości klepnięta, a wódka się mroziła, szanowny ojczulek zażądał zwrotu pieniędzy. I to natychmiast! Bez żadnego konkretnego powodu. Maja błagała go, żeby się wstrzymał i że oddamy wszystko po weselu. Nie zgodził się. Zaczął układać bajeczkę o długach, że mu nogi połamią, jak nie odda, i tym podobny szajs. Pożyczaliśmy od kogo się da, w tym i z chwilówek, żeby oddać dług. Ja wiem, że to nie jest jakaś bardzo szałowa kwota, ale tuż przed weselem, kiedy też wpłaciliśmy zaliczkę na mieszkanie, obydwoje byliśmy goli i weseli.
Oczywiście, teściowi nic nie groziło. Chciał sobie kupić lepsze auto na wesele, żeby mieć czym błyskać przy rodzinie.
Po namowach narzeczonej (nadal byliśmy przekonani, że teść wmieszał się w jakieś podejrzane towarzystwo) zaprosiliśmy go na wesele. Był dumny jak paw. Kilku gościom nawet powiedział, że to za jego pieniądze. Kiedy prawda wyszła na jaw, to znaczy kiedy zobaczyliśmy nowe auto pod kościołem, wpadłem w szał. Już nie chodziło o pieniądze, choć zaczynać życie małżeńskie od długów nie jest szczytem marzeń, to najbardziej bolało mnie to, ile Maja wylała łez przez ostatnie dni. Zamiast cieszyć się z wesela i ślubu, obydwoje myśleliśmy, jak my spłacimy te zobowiązania z kredytem za mieszkanie na karku i dodatkowymi obciążeniami. Teściu za to dumny z siebie, jeszcze chciał prowadzić Maję do ołtarza.
Po weselu ucięliśmy kontakt. Oczywiście teściu nie przyznał się, że chciał zwrotu pożyczki i cała rodzina po dziś dzień myśli, że to my jesteśmy niewdzięczni i wypięliśmy się na niego. Maja, choć z żalem, także urwała kontakt. Jej mama jest po rozwodzie i zawsze jest mile widziana w naszym domu, ale teść nie ma wstępu.
Co w tym aminowego? Ano to, że już mu się tak nie powodzi. Jako typowy Janusz mataczył w swojej firmie ile się da. I o wszystkim jeszcze opowiadał. Cóż, Maja o tym nie wie, ale nasłałem na niego tyle kontroli, że do dzisiaj łazi po urzędach i sądach i się tłumaczy.
Kilka lat temu zaczynałam gimnazjum.
Wiecie nowi ludzie, nowy świat. Chcesz się przypodobać.
Więc zaczęło się "że ja tego nie zrobię!? a założymy się?".
I wtedy takie niewinne "denerwuj pana od matematyki" albo "wyznaj panu od matematyki miłość" miało nie zmienić mi życia.
Pan od matmy był najlepszym nauczycielem na świecie. Może trochę nieogarnięty, ale tłumaczył świetnie. Był jednym z tych nauczycieli, który nie wstawiał uwag, ale spokojnie tłumaczył i droczył się z uczniami. Ale niestety w drugiej klasie gimnazjum nas opuścił. Akurat wtedy moje "chyba się w panu zakochałam" podczas zakładu
przerodziło się w coś jakby znajomość. Ostatni miesiąc siedziałam z nim przy biurku i przegadałam.
Zostawił nas w trzeciej klasie, ale dla nikogo tajemnicą nie było w jakim LO teraz uczy.
Wybrałam je. Nie ze względu na niego, ale na kierunek. W sumie myślałam, że nawet nie będziemy na siebie wpadać.
Jak bardzo się myliłam. Przez 3 lata liceum stał się moim najlepszym przyjacielem. Powiernikiem tajemnic i osobą, której ufam bardziej niż zgrai gówniarzy w moim wieku. Spędzałam z nim dużo czasu. Prawie 25 lat różnicy między nami nie sprawiało problemu.
Nie. Nie był moim kochankiem. Jako gówniara może o tym myślałam. Potem poznałam jego dzieciaki i żonę. Uwielbiam ich. Tak cholernie lubię jego rodzinę.
Prezenty na urodziny, Dzień Nauczyciela, święta - to już tradycja.
Teraz, gdy w tym roku skończyłam szkołę i już nie widzę codziennie tego jego uśmiechu, głupiej miny, którą robiliśmy do siebie mijając się na korytarzu, zaczynam rozumieć co to tęsknota. Chodziłam do szkoły w sumie tylko po to, żeby powiedzieć mu "uśmiechnij się".
Moja klasa już o mnie zapomniała. A dziś obudziłam się, a na telefonie wiadomością od byłego nauczyciela, żebym się uśmiechnęła.
To jest prawdziwy przyjaciel, a nie "przyjaciele z klasy", którzy zapominają cię 2 tygodnie po maturze.
Czasami warto powiedzieć do nauczyciela coś miłego. W moim wypadku wystarczył jeden durny zakład.
Oto jak przypadki wpływają na nasze życie.
Mój mąż ostatnio zaczął chodzić na siłownię. W sumie to się z tego cieszę, bo przez ostatnich kilka miesięcy marudził, jaki to on ma brzuch, że forma nie taka (dla mnie nadal jest najprzystojniejszy). Na ową siłownię chodził wieczorami, bo czasu do południa nie było. Po kilku tygodniach zauważyłam, że coraz częściej pisze z kimś SMS-y. Nie jestem wścibska, nie zaglądam do jego telefonu. Zauważyłam tylko, że kontakt zapisany jest jako Misiek. Pierwsza myśl wiadomo jaka – zdradza mnie. Ba! Nawet zaczął wychodzić wcześniej na tę swoją siłownię, wracał też później. Nie chciałam robić mu awantury o coś, co mogło być pierdołą. Miałam jednak plan – mieliśmy jechać do moich rodziców. Mój luby jednak nie pojechał, bo nie dostał urlopu. „Jasne, nie dostał” – myślałam. Chciałam go z nią przyłapać. Nie wiem jak, po prostu chciałam mieć dowód. Wróciłam dzień wcześniej i przyłapałam mojego męża z Miśkiem. Misiek okazał się facetem. Nie, nie przyłapałam ich razem w łóżku. Przyłapałam ich na remoncie mojej kuchni, na remoncie, o którym marzyłam od dwóch lat.
Co się okazało?
Mój mąż przypadkiem spotkał na siłowni, do której chodził, kolegę ze studiów. Kolega potrzebował pomocy w remoncie pokoju dla dziecka i się dogadali. Jeden pomaga drugiemu, żeby zaoszczędzić na pieniądzach, a mój kochany mąż postanowił zrobić mi niespodziankę. A Misiek? To pseudonim od nazwiska, wołano na niego tak już od podstawówki i tak się przedstawiał wszystkim.
Czekałam na mamę i siostrę koło przymierzalni w jednej z warszawskich galerii. Obok mnie stał typowy Sebix. Czekał na swoją lubą, przeglądając coś na telefonie. Po kilkunastu minutach Karynka opuściła przymierzalnię i zwróciła się do dresika:
– Chodź już, nie chcę nic wziąść.
Sebix zmarszczył brwi i stanowczo odpowiedział:
– WZIĄĆ! Gdzie ty tu, kurna, widzisz „ś”?
Karynka spojrzała z grymasem na swego polonistę i odeszła z wyraźnym fochem na twarzy.
Tak więc już wiemy, jak wygląda życie po polonistyce :D
Nie lubię małych dzieci, bo za dużo hałasu i chaosu robią. Z drugiej strony rozśmiesza mnie ich płacz. Zawsze wygląda to podobnie – biegnie taki dzieciak, rozpędza się pokracznie na swoich krótkich nóżkach, następnie zalicza spektakularną glebę na betonie i wtedy nigdy nie następuje od razu płacz, tylko najpierw jest cisza jak na cmentarzu, wszystko zamiera, taki zonk, zanim do mózgu małego dziecka jeszcze nieukształtowanego na tyle, by zareagować błyskawicznie, dotrze prawda o potworności tego, co się właśnie stało. Jest gleba, potem 3... 2...1... i zaczyna się wycie. Takie ŁEEEEEEEE, na początku ciche, a potem przeradza się w istne larum, które ma ściągnąć uwagę dorosłych osobników, by zajęli się obrażeniami. Po pierwszej fali następuje na chwilę pauza na siąkniecie nosem i wtedy to podnosi się już ryk. ŁEEEEEEEE! MAAAAMOOOOOOOO!
Zawsze mam z tego bekę 🤣
Ostatnio leciałam odwiedzić mojego męża i byłam dość mocno zestresowana. Na tyle mocno, że jak dotarłam do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku i pani ochroniarz stanęła przede mną i rozpostarła ramiona, aby wskazać mi, żebym zrobiła to samo, w swojej bezdennej bezmyślności pomyliłam to z gestem powitania i zaczęłam ją obejmować... Spojrzała na swojego kolegę i chyba nie mogła uwierzyć w to, co się stało.
Najgorsze, że byłam jedną z pierwszych osób w kolejce do kontroli, więc chyba wszyscy pasażerowie to widzieli i mieli niezły ubaw. Na samo wspomnienie do teraz mam ciarki.
Kot mi dzisiaj zaniemógł – coś z lewą tylną łapą, skakać nie może, więc poszedłem z nim do weta.
Siedzimy i czekamy, aż nas wezwie, a tu wchodzi babka z ratlerkiem (chyba, nie znam się zbytnio). Pies się trzęsie, ale właścicielka postawiła go na podłodze. A ten z japą do największego psa w poczekalni! A potem do nieco mniejszych. W końcu znowu wylądował u pańci na rękach, bo inaczej by go coś zeżarło.
Nagle otwierają się drzwi gabinetu, wychodzi wet i mówi: „Rambo proszony na wizytę”.
Okazało się, że to ten jazgotliwy ratler... Ktoś miał niezłe poczucie humoru :)
Jakiś czas temu dostałam od mamy bon podarunkowy, który mogłam wykorzystać w jednej ze znanych sieciówek odzieżowych. Stwierdziłam, że kupię jakiś strój kąpielowy, więc wzięłam co lepsze i poszłam do przymierzalni.
Mam przyjaciółkę, z którą lubimy wysyłać sobie zdjęcia w rozmaitych sytuacjach, typowe śmieszki, ale zdarzają się też takie poważne sytuacje, jak pomóc w dobraniu kostiumu, który najmniej uwydatnia fałdki. A więc wizyta w przymierzalni była okazją do prawdziwej sesji zdjęciowej. Na początku normalnie, bo zależało mi na poradzie. Potem postanowiłam zostać modelką z instagrama i pozy stały się ciekawsze. Niestety nie zauważyłam, że te przymierzalnie są nieco niestandardowe – od podłogi w górę jest odsłonięte jakieś 40 cm, czyli dość dużo. Więc kiedy zrobiłam standardowy przykuc, to było tam widać część moich wygibasów.
Kiedy wyszłam zadowolona ze śmieszków, podszedł do mnie jakiś chłopak, mrugnął i powiedział, żebym wzięła czarny...
Już dawno nie było mi tak głupio... I nie wzięłam żadnego :(
Byłam dzisiaj w popularnej restauracji, jaką jest McDonald's. Zjadłam dosyć dużo i przez to widać było brzuszek. Dodam, że jestem bardzo, bardzo szczupła.
Idę przez park z fajeczką w ustach, gdy słyszę obok siebie głos starszej pani: „Kobieta w ciąży nie ma prawa palić!”. Odpowiedziałam krótko i zwięźle: „Nie jestem w ciąży, tylko się nażarłam”. Niedowierzanie i oburzenie tej kobiety było bezcenne :')
Pewnych deszczowych wakacji babcia zabrała mnie do swojej siostry na wieś. Do tej pory nie rozumiem idei porwania się na 2-tygodniowy wyjazd z dzieckiem, które w szczycie świetności destrukcyjnego knucia doprowadziło do wydalenia go z placówki... przedszkolnej, ale to historia na inne wyznanie.
Niespełna 15 minut po dotarciu na miejsce bardzo chciałam wyjść na dwór zobaczyć okolicę, byłam dzieckiem z miasta, jednak niesłychanie żądnym przygód i nie bojącym się ani fauny, ani flory. Babcia nie mogła dotrzymać mi towarzystwa, bo ktoś musiał przygotować strawę, więc ubrała mi kalosze, wychyliła się tylko na ganek i krzyknęła za mną :
– Możesz się bawić przed albo za domem, tylko nie idź tam za oborę, dobrze?
– Tak babciu, dobrze – odpowiedziałam i jak tylko babcia zamknęła za sobą drzwi, popląsałam radośnie w zakazanym przez opiekunkę kierunku.
Moim oczom ukazało się bagno. Bagno Rozpaczy, przez które dzielny Atreju przeprawiał się w swej heroicznej podróży na zmęczonej odtwarzaniem do znudzenia (rzecz jasna – znudzenia rodziców) taśmach kasety z filmem „Niekończąca się opowieść”. Będę jak Atreju, pokonam te bagna! – z tą myślą dziarsko zrobiłam dwa susy ku cudownej magicznej przygodzie. Zapach aż zaszczypał mnie w nos. Jedną nogą ledwo mogłam ruszyć, czując niepokojącą miękkość wznoszącą się coraz wyżej, w stronę kolana. Serce zabiło mi szybciej, gdy okazało się, że nie jestem w stanie podążać dalej. Szarpnęłam nerwowo ciałem, co poskutkowało utratą równowagi i upadkiem. Na szczęście stopy wyskoczyły wówczas z kaloszy. Wyczołgawszy się z Bagien Rozpaczy, pobiegłam poinformować babcię, że potrzebujemy nowych gumiaków. Biedna przeżegnała się na mój widok i z obrzydzeniem jęła zdzierać ze mnie nasiąknięte krowim moczem i kałem warstwy.
By babcia zabrała mnie znów na Mazury, musiało minąć +/- 20 lat. Pojechałyśmy tam w zeszłym roku i nawet cyknęłyśmy pamiątkową fotkę przy nieszczęsnym zbiorniku.
Dodaj anonimowe wyznanie