Nie raz i nie dwa pojawiło się tu wyznanie o zjadaniu strupów i sporo osób przyznało, że to nic nadzwyczajnego. Ale to, co robi mój 13-letni kuzyn, to już ostre przegięcie.
Ostatnio przyłapałam go, jak zdrapywał strupki z psa i jak gdyby nigdy nic je pochłaniał. Na samo wspomnienie aż mnie na wymioty wzięło.
Wychodzę za mąż. I nie chcę mówić o tym mojemu ojcu. Byłam w tej decyzji mocno utwierdzona. Od kilku tygodni jednak wyobrażam sobie go samotnego, niemającego rodziny... Wyobrażam sobie, co będzie, kiedy dowie się, że wyszłam za mąż. Czy pęknie mu serce? Nie wiem. Zawsze był szorstkim typem. Zawsze sprawiał wrażenie, jakby go to nie interesowało.
Moi rodzice rozstali się, gdy miałam cztery lata. Nie pasowali do siebie, on miał zbyt wybuchowy charakter, ona nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Ojciec nie starał się utrzymywać ze mną kontaktu, gdy byłam dzieckiem. Nie przychodził w odwiedziny, nie dzwonił w urodziny czy na święta. Zabrał mnie na wakacje raz w życiu, jako odpowiedź na pozew o podniesienie alimentów – wykorzystał rachunek za wakacje jako argument przeciw. Potem była moja osiemnastka, chciałam odnowić kontakt. Szło opornie. Parę razy poszliśmy na piwo. Nie było o czym rozmawiać, czułam się zmęczona. Za każdym razem inicjatywa była po mojej stronie. Teraz mam trzydziestkę. Od roku, czy dwóch nie widzieliśmy się chyba w ogóle. Nie tęsknię, nie mam uczucia pustki. Nie wiem, czy w ogóle zareagowałabym, gdyby umarł. Nie chcę go na swoim weselu – wychowywał mnie mąż mojej mamy, to on finansuje część mojego wesela, on będzie wymieniony w podziękowaniach dla rodziców. Mój wybuchowy ojciec mógłby zrobić awanturę w złości, gdyby zjawił się i uświadomił sobie, że nie jest dla mnie ważnym gościem. Taki ma charakter, jest z tego znany. Zaproszenie go na sam ślub, jak również szczera rozmowa z nim nie wchodzą w grę. Jest cholerykiem, wybuchowym typem, wielokrotnie aresztowanym za większe, mniejsze przewinienia. Nie chcę podawać mu daty, miejsca. Nie chcę martwić się, co będzie. To mój dzień. Mam tylko nadzieję, że nie będę tego żałować.
W życiu dużo przeszłam... Problemy rodzinne itd., później związek z mężczyzną, który nie potrafił zarobić na własną rodzinę (też pracowałam, ale wiecznie dokładałam). Śmierć jego ojca przytrafiła się niespodziewanie, musieliśmy zająć się jego młodszym bratem — bez problemu wyprowadziłam się ze swojego mieszkania, poszłam mieszkać z partnerem i jego bratem. Nie powiem, że nie, ale było bardzo ciężko. Dużo poświęciłam dla niego, ale jak kiedyś przy rozmowie powiedziałam partnerowi, że chcę ślubu, to on stwierdził, że on nie chce... Nie wiem, co o tym myśleć, bardzo go kocham, ale moim marzeniem jest mieć ślub, i nie mówię tu o wielkim weselu, tylko o nas i o świadkach.
Z uwagi na to, że już wszędzie pełno świątecznych gadżetów przypomniało mi się jedno wspomnienie świąteczne, które teraz wydaje mi się strasznie urocze, choć wtedy czułam się zawiedziona.
Była Wigilia. Jako kilkuletnia dziewczynka wraz z kuzynami w mniej więcej tym samym wieku z niecierpliwością wyczekiwaliśmy przybycia Świętego Mikołaja. Siedzieliśmy w oknie z buziami niemal przylepionymi do szyby i nasłuchiwaliśmy, czy czasem nie słychać dzwoneczków gdzieś w oddali. Wtedy nasi rodzice zaczęli nas wołać z pokoju obok. Okrzyki brzmiały mniej więcej tak: "Szybko, chodźcie tu! Mikołaj przyleciał na saniach przez okno! Szybko!". Oczywiście wszyscy rzuciliśmy się w stronę drzwi, ale gdy już je otworzyliśmy, to w pokoju zastaliśmy już tylko szeroko otwarte okno, prezenty pod choinką i stwierdzenie mojego taty: "No nie zdążyliście".
Do dziś pamiętam jak strasznie było mi żal, że nie zobaczyłam Mikołaja i nawet przez chwilę nie zastanowiło mnie to, że przecież zarówno pokój, z którego obserwowaliśmy niebo, jak i ten, gdzie rzekomo przyleciał Mikołaj miały okna skierowane w tę samą stronę i sąsiadowały ze sobą.
Dziś nawet podziwiam naszych rodziców, że chciało im się w zimę otwierać na oścież okno tylko po to, żeby trójka dzieciaków miała dodatkowy powód do wierzenia w magię świąt. Opłaciło się, do dziś z uśmiechem wspominam te święta i uroczą, niewinną naiwność dzieci :)
Kilka lat temu związałam się ze starszym od siebie mężczyzną, wdowcem z córką, która teraz ma 15 lat, jej mama zmarła dwanaście lat temu.
Liczyłam się z tym, że może być problem, ale Tomkowi bardzo zależało na naszym związku i bardzo się oboje staraliśmy. Problem w tym, że Tomek bezgranicznie rozpieszcza córkę, przymyka oko na jej wybryki i słabe oceny. Pozwala jej siedzieć godzinami przed laptopem i oglądać anime i creepepasty, na punkcie których Patrycja ma obsesję. Jego zdaniem to nauczyciele nie doceniają jej potencjału, nie ma problemu w tym, że dziewczyna się nie uczy, a zadania domowe spisuje z Internetu. Ja od Patrycji dostałam do zrozumienia, że mam być cicho, więc nic nie mówię, rozumiem - nie jestem jej rodzicem. Z Tomkiem próbowałam rozmawiać że może rekompensuje jej brak matki i może przydałaby się rozmowa z psychologiem, ale się nie zgodził.
Zastanawiałam się nad rozstaniem, bo czułam się intruzem, ale okazało się, że jestem w ciąży. Tomek był zachwycony, zostałam, nawet się zaręczyliśmy, Patrycja przyjęła to bardzo źle. Próbowaliśmy jej pokazać, że będzie mogła pokazywać siostrze różne fajne rzeczy, proponowaliśmy wspólne zakupy. Za plecami Tomka obrażała mnie, wprost życzyła śmierci mnie i dziecku. Po szkole zaczęła się ubierać jak Nina Killer (nie jestem pewna), jej idolka. Kiedy przeczytałam kto to, wystraszyłam się, Tomek uznał, że to nic groźnego. Kiedy rok temu urodziłam Lenkę, Patrycja niby przypadkiem szturchała mocno wózek, puszczała głośno muzykę i telewizję. W wakacje położyłam małą na drzemkę i poszłam robić obiad, Patrycja wysmarowała Lence twarz grubą warstwą kremu, przyłapałam ją, bo zaalarmował mnie płacz córki. Po raz pierwszy zrobiłam awanturę, porozmawialiśmy z Patrycją, Tomek uznał to za kiepski żart. Kilka nocy później przyłapaliśmy Patrycję, jak malowała małej makabryczny makijaż, podobny do swojego. Zaczęłam się bać, zwłaszcza że dziewczyna pokazywała Lenie noże.
Ponieważ Tomek bagatelizuje moje obawy, wyprowadziłam się do mamy. Tomek uważa, że Patrycja potrzebuje czasu, a nie psychologa. Dopóki sytuacja się nie poprawi, nie wrócę tam z Lenką. Tomkowi pozwalam widywać małą kiedy chce, zależy mi, żeby mieli kontakt. Często jednak ich spotkania są krótkie, bo Patrycja dzwoni, że pilnie potrzebuje ojca.
Rozumiem, że to dla niej trudna sytuacja, ma prawo być zazdrosna. Jednak ojciec nie spychał jej na boczny tor, nie żałował jej uwagi. Boję się, że Patrycja mogłaby skrzywdzić siostrę, kilka razy słyszałam, jak rozmawia z koleżankami o ofiarach. Może mam paranoję, ale wolę dmuchać na zimne, bo nigdy bym sobie nie darowała, gdyby Lence coś się stało.
Od jakiegoś czasu borykam się z pewnym problemem. Wszystko wyszło spod kontroli czego się w ogóle nie spodziewałam. Mam wspaniałego przyjaciela, z którym jestem nadzwyczaj blisko. Mówimy sobie wszystko, o problemach rodzinnych, o zawodach miłosnych i wspieramy się nawzajem a także jesteśmy gotowi się poświęcić, aby pomóc sobie.
Od zawsze patrzyłam na niego tylko i wyłącznie jak na przyjaciela ale to się zmieniło od pewnej sytuacji. Byliśmy na imprezie u kolegi, oboje trochę wypiliśmy i nim się zorientowałam stanęliśmy w objęciach i całowaliśmy się. Od tamtej chwili zaczęłam patrzeć na niego jak na kogoś więcej niż tylko przyjaciela. Myślałam że była to jednorazowa sytuacja pod wpływem alkoholu i chwili. Jednak zdarzyło się to parę razy więcej (za każdym razem z jego inicjatywy), co oboje na następny dzień zostawiliśmy bez słowa. Uprawialiśmy seks, to był mój pierwszy raz jak też i jego i oboje tego chcieliśmy.
Liczyłam na to że porozmawiamy i wyjaśnimy sobie dlaczego właściwie te wszystkie sytuacje się wydarzyły. Mam wrażenie że utknęłam w kosmicznym friendzone tzw "friends with benefits". Parę razy zdarzyło się nawet, że mówił dla mnie, że mnie kocha i że nie miałby po co żyć beze mnie (również pod wpływem alkoholu). Mam mętlik w głowie, ponieważ boje się zepsuć naszej relacji przyjacielskiej i jeżeli wyznam mu swoje uczucia, a on nie będzie czuł tego co ja, to zaczniemy się dystansować przez co mogę go stracić a tego nie chcę.
Zależy mi na nim, ale mimo, że jestem z nim aż tak blisko, on nie ogranicza się tylko do mnie, bo przecież nie jesteśmy w związku. Potrafi przyjść do mnie, pochwalić mi się dziewczyną, którą poderwał na jakiejś imprezie. W takich sytuacjach siedzę i zgrzytam zębami z zazdrości, ale nie mogę mu robić scen ani niczego zabronić póki nie jesteśmy parą. Staram się być neutralna i wyprzeć to uczucie z siebie.
Chciałabym z nim być, bo kocham go za to, że czuję się bezpiecznie przy nim, że znam go na wylot, że oboje rozumiemy siebie bez słów. Jego rodzice bardzo mnie lubią, parę razy usłyszałam nawet gdy jego zwracała się do mnie "synowa". Mój tata też go uwielbia, czasem, gdy przyjdzie do mnie, to mam wrażenie że rozmawia z nim więcej niż że mną. Nie wiem jak mam się zachować, co zrobić? Czy porozmawiać z nim? Czy poczekać aż sam mi powie co czuje? Czy najlepiej odpuścić i zapomnieć o nim?
Dla kontekstu, nie jestem raczej do końca jakby to nazwać... normalny. Nie mam problemu z drastycznymi filmami, opisami czy historiami i to od dziecka, ponadto uważam swoje jak i innych życie za zupełnie bezwartościowe. W skrócie dowiedzenie się o śmierci kogoś z otoczenia nie wzbudziłoby we mnie większych emocji tak samo jak ogólnie pojęta trudna sytuacja w życiu prywatnym (czyjaś).
Niestety jestem na początku roku dość ekstrawertyczny i mam potrzebę rozmowy, jednak po jakim czasie (około 2-3 miesiące) nudzę się i nie mam zamiaru utrzymywać relacji dalej. Czyli pierwsze dwa miesiące to intensywne poznawanie się i opowiadanie tajemnic, a potem czuję tę nudę i wstręt to osoby.
Na początku roku dołączyła do nas nowa osoba (jest w dość beznadziejnej sytuacji bierze antydepresanty itd.) Ponadto ta osoba przez dużą izolację bardzo chcę mieć przyjaciół bo brakuje jej kontaktów. Ale ja teraz nie potrafię udawać, że chcę z nią przebywać i pogłębiać relacje ponadto nie potrafię jej współczuć co jest też sporym problemem (sam miewam załamania i jestem dość niestabilny). Podsumowując jestem bardzo toksyczny i uważam, że nie powinienem nawiązywać kontaktów z ludźmi, ale mam potrzebę. Teraz chciałbym się wycofać ze znajomości, lecz nawet nie chcę wiedzieć jak bardzo zniszczyłbym mu psychikę odchodząc. On nie wiedział, że jestem toksyczny i jestem beznadziejną osobą do utrzymywania relacji, a ja mam problemy z taktem z zbytnim otwieraniem się przy ludziach, więc wie o mnie sporo.
Nie wiem co mam robić, ten schemat powtarza się co roku od ponad 9 lat nawet w pierwszej klasie. Jak złym człowiekiem jestem?
Kojarzycie ten moment, kiedy autobus stoi w korku i jego silnik ciągle się tak strasznie trzęsie? Te wibracje sprawiły, że doszłam w autobusie pełnym ludzi...
Historia z sierpnia.
Idę sobie przez centrum Warszawy, przede mną młoda dziewczyna +/- 20 lat. Muzułmanka, ale nie taka jakimi nas straszą w mediach, ubrana skromnie, ale modnie - długa spódnica, bluzka z rękawem 3/4 i kolorowy szalik na głowie. Gadała nawet z kimś przez telefon po polsku i używała lepszej polszczyzny niż niektórzy moi znajomi, możliwe, że się tu urodziła lub od dawna tu mieszka. Wszyscy wokół byli bardzo nią zainteresowani, oglądali się, a niektórzy patrzyli z pogardą. Idziemy chodnikiem i po chwili na horyzoncie pojawia się ONA... typowa Dżesika w krótkich szortach, w obcisłym topie z głębokim dekoltem, toną nieumiejętnie nałożonej tapety i w szpilkach z platformą mających chyba z 15 cm. Krótko mówiąc, wyglądająca jak kobieta lekkich obyczajów. Przechodząc obok dziewczyny spluwa jej pod nogi, prawie w nią trafiając i dość głośno mówi "Ja pier#olę, przyjechała dziwka...".
Zrobiło mi się strasznie głupio, miałam ochotę coś tej lasce powiedzieć, ale niestety nie potrafię tak jak niektórzy wymyślać świetne riposty na poczekaniu, więc powiedziałam tylko pod nosem "Odezwała się"... Nawet nie wiem, czy to usłyszała. I to jest rzecz, której się do teraz wstydzę - że nie potrafiłam w żaden stanowczy sposób ująć się za tą muzułmanką.
Żeby nie było, nie jestem jakimś obrońcą imigrantów, nie przyjmuję ich bezwarunkowo z otwartymi ramionami, ale w Polsce żyje dużo osób, które wyznają islam w bardziej cywilizowany sposób niż ludzie z Bliskiego Wschodu. Czy to Polacy, czy polscy Tatarzy, którzy żyją tu dość długo. A ta dziewczyna nawet nie wyglądała na jakąś radykalną wyznawczynię, myślę, że przez niektórych islamistów zostałaby nawet potępiona za tak skąpy ubiór.
Po pierwszym w moim życiu "lodziku" powiedziałem dziewczynie "smacznego". Jestem debilem...
Dodaj anonimowe wyznanie