#wV3uk

Jestem 22-letnią kobietą, studiuję dość wymagający kierunek i na pierwszy rzut oka wszystko jest ze mną w porządku. Problem w tym, że widzę i czuję trochę więcej niż inni. Nigdy nie próbowałam zagłębiać się w te sprawy, opiszę więc, jak wygląda to z mojej perspektywy. 

Wiedzieliście, że każdy człowiek posiada swego rodzaju energię? Nie potrafię określić tego dokładnie. Energia każdego człowieka jest inna, u jednych silniejsza, u innych słabsza. Potrafię rozpoznać człowieka po jego energii, nie widząc go ani nie słysząc. Energię bliskich mi osób czuję tak dokładnie, że rozpoznaję gwałtowne zmiany ich emocji nawet wtedy, gdy są wiele kilometrów ode mnie. To towarzyszy mi, odkąd pamiętam.

Wiedzieliście, że tę energię czasami widać? Najczęściej jest to ruch, delikatna, ledwie odczuwalna zmiana powietrza. Czasami przybiera barwy, pomarańczowy lub ciemnoszary blask, cień – nie wiem dokładnie, jak to określić. Nie ma kształtu. Ta energia nie należy do nikogo. Nie wiem, czym jest, podświadomie nie potrafię dopasować jej do żadnej osoby. Ludzka, niewidzialna energia jest ciepła, przyjemna. Ta jest zimna. Na pewno jest to jakaś obecność, ale czyja? Wokół mnie krążą dwie zimne obecności, choć spotkałam ich o wiele więcej. Nie zrozumcie mnie źle – nie jest to zła energia, po prostu jest chłodna.

Nigdy nie mówiłam nikomu o tym, co widzę i czuję, bo prawdopodobnie ludzie uznaliby mnie za wariatkę.

#AA5Hr

Parę lat temu chodziłam z pewnym chłopakiem. Umiał mnie rozśmieszyć i również dobrze porozmawiać. Niestety drążył jeden i ten sam temat, który był zawsze tematem żartów. Raz powiedziałam, żeby tak nie mówił, drugi, trzeci itd. W końcu po jakimś czasie stwierdziłam, że nie ma to sensu i rozstałam się z nim.

Wracamy do okresu sprzed ok. 7 miesięcy. Zainstalowałam apkę, którą usunęłam jakiś czas temu. Zobaczyłam, iż mój „były” wysłał mi jakieś zdjęcia.
Pierwsze – z nową dziewczyną, serduszka. Super fajnie.
Drugie – oboje pokazują fucka i podpis „Je*ać lamusów”. Okeeeej?
Trzecie – zdjęcie w łóżku, chyba po seksie, bo nie mieli ubrań. 

Tak szczerze, to kiedyś może i bym się tym przejęła, ale teraz zastanawia mnie jedno: co on właściwie chce osiągnąć? Pokazać mi, że znalazł kobietę? Mam zobaczyć, co straciłam? No błagam, ludzie...

#mgQlT

Mam problem z ludźmi przejeżdżającymi przez las. Ciągle ktoś się zatrzymuje i prosi o wpuszczenie do domu, żeby móc się załatwić. Tłumaczymy z babcią, że nie mamy w domu łazienki, ale jest wychodek obok domu, więc mogą z niego skorzystać (głównie babcia ma miękkie serce). I oczywiście święte oburzenie, bo jak to, Brajanek ma w drewnianej szopce siusiu robić? Dżesice niedobrze od zapachu! Większość finalnie korzysta z wychodka... ale po ostatnim razie powiedziałam dość. 
Rozumiem, że ktoś się brzydził usiąść na wychodku (czy w ogóle na jakiejkolwiek toalecie), ale jak już człowiek robi „z lotu ptaka”, to mógłby chociaż trochę celować, a nie, że wchodzę do wychodka i zastaję deskę w kupie, papier toaletowy w kupie, ściany i wewnętrzną stronę drzwi w krwi, a w dołku całą masę śmieci. Nie tylko po podpasce, ale i folie z rogalików, reklamówkę, butelkę... Serio, kobieto? Wielka dama, w ręce wielka torba drogiej marki, a o porządek trudno? Cóż, po tym incydencie wolę, żeby mi pod płotem robili w rowie, ale już nikogo nie wpuszczę.

NORMĄ też są śmieci. Dosłownie codziennie, bo swego czasu codziennie przed południem wszystko zbierałam i oczywiście następnego dnia znów był syf (teraz robię to rzadziej, ale rozpoznaję „nowe” śmieci i co kilka dni wszystko zbieram). Kubki po kawach na wynos, kubełki po kebabie i tony torb z fast foodów. Najbliższy taki lokal jest chyba 40 km dalej. Ktoś po zakupie przejechał kilkanaście wiosek i miast, mijając kosze na śmieci np. na stacjach paliw... i śmieci wyrzucił w lesie. Nieważne, że człowiek przed chwilą minął tablice z informacjami „Obszar Natura 2000” czy „Park Krajobrazowy”, śmieci widać nie mogły być wyrzucone wcześniej i nie mogą poczekać tych paru-parunastu kilometrów.

Co w tym anonimowego? Cóż, wczoraj trafiłam na syfiarę, tę od śmieci w wychodku. Wydaje mi się, że po wychodkowym incydencie kilka razy już jechała tą drogą (ale nie mam pewności, czy to na pewno były dokładnie te blachy i to auto), ale tym razem zjechała z asfaltu i zatrzymała się na środku drogi pożarowej kawałek przed moim domem. Znowu dama w płaszczu z torbą z charakterystycznym logo. Schowałam się i obserwowałam. Poszła dość głęboko drogą pożarową, a jak zniknęła mi z oczu, nie próżnowałam, tylko zebrałam trochę błota (pewnie lepsza byłaby kupa, ale do tego nie byłam w stanie się posunąć ;)) i kobiecie częściowo umazałam okna i samochód.

Warto było, zwłaszcza że pięknie przeklinała, próbując chusteczkami umyć boczne szyby. Po tym, jak odjechała, poszłam za zakręt, gdzie wcześniej była ona. I oczywiście były tam śmieci. Nie wiem, czy kobieta nauczy się porządku, w sumie to wątpię, ale na następny raz kamera/fotopułapka zamówiona.

#ICpyk

Jestem ćpunem, aktualnie w stanie czystym. Jestem uzależniona od mocnych opioidów, mimo to pracuję i nikt nie ma pojęcia o tym, że dawałam sobie w żyłę.
Pieniądze miałam zawsze na dwie rzeczy – na swojego psa i na ćpanie. Gdzie pies miał pierwszeństwo.

Zdarzyło się, że pies zachorował. Diagnostyka pochłonęła kilka setek, a diagnoza była nieciekawa. Rokowanie ostrożne do złego – jakieś 10% szans na przeżycie. Gdy pieniądze zaczęły się kończyć, umówiłam się z lecznicą na spłatę w późniejszym terminie. Pies jakoś ciągnął, raz było lepiej, raz gorzej, aż któregoś dnia  jego stan pogorszył się do krytycznego. Nie było wątpliwości, że walka przegrana – była to kwestia może godziny. Do weterynarza nie zdążyłabym dojechać, żeby zakończyć psinie agonię, umarłaby po drodze, nie mówiąc już o tym, że każda minuta była dla niej męczarnią.

Zapas ćpania miałam na jakiś tydzień w dawkach podtrzymujących, żeby nie wpakować się w głód. Dla mnie mało. Żeby uśpić tym umierającego psa – wystarczająco. To chyba jeden z niewielu przypadków, gdy ćpanie i przez to posiadanie środków, które mogły kogoś/coś zabić, przyniosło paradoksalnie coś „dobrego”.

Żałuję, że straciłam najlepszego i jedynego przyjaciela. Nie żałuję, że pomogłam mu odejść.

#YMPgF

Jestem z moim chłopakiem już 2 lata, więc stwierdziliśmy, że pora na wspólny pierwszy raz. Sama bardzo się ekscytowałam, bo to dla mnie wielka i ważna chwila, dla niego też. W końcu miało do tego dojść. Po długim wstępie wreszcie chcemy przejść do rzeczy, ale kiedy on próbował wejść, nawet najdelikatniej jak potrafił, to zaczynałam płakać i jęczeć z bólu. Odpuściliśmy. Byłam zawstydzona, że nie mogę mu dać, czego chce i że sama nie spełniam swoich oczekiwań. Przyszła pora na druga próbę i znowu spróbował wejść, a ja czułam straszny ból. Tym razem dotarł nieco głębiej, ale już nie wytrzymałam i zaczęłam płakać, a w końcu krzyczeć, więc przestał. Wiem, że teraz jest na mnie wściekły.
Kocham go, ale problem jest w tym, że on jest po prostu za duży. Ja mam równo 150 centymetrów, on ponad metr dziewięćdziesiąt i ma bardzo duże (jak na moje oko) przyrodzenie. Te próby są po prostu okropnie niekomfortowe. Nie chcę go rozczarowywać, ale nie wytrzymuję tego bólu.
A do lekarza boję się iść, bo nie chcę zostać przez niego wyśmiana, że „przecież każdego boli przy pierwszym razie”, poza tym jestem osobą młodą i boję się oceny innych osób i samego lekarza.
To tyle, musiałam się tym podzielić.
Dodaj anonimowe wyznanie