Historia z mojej najbliższej rodziny.
Coś czego całkowicie nie rozumiem, to małżeństwo mojego brata. Osobno, mój brat i jego żona, są wspaniałymi ludźmi. Zarówno mój brat jak i szwagierka to ludzie do rany przyłóż, uczynni, mili dla innych, ciekawi w rozmowie.
Wobec siebie są natomiast jakimiś potworami, przynajmniej w części. Są jakieś 30 lat po ślubie, ale od początku w ich związku działy się niesamowite rzeczy. To jak moja szwagierka niszczyła psychicznie mojego brata, jaką toksyczną była osobą dla niego - jakby mój mąż robił mi jedną setną tego, to bym go zostawiła. Mój brat nie był jej dłużny, tylko w bardziej fizyczny sposób - oficjalnie nikt tego nie potwierdza ale widać, że ją bił.
Rozmawialiśmy z nimi (zarówno my jak i rodzina mojej szwagierki) i dostawaliśmy odpowiedź żeby się nie wtrącać w ich sprawy. I kiedy braliśmy ich osobno to nagle bronili się i pokazywali, że to drugie jest najlepszą osobą na świecie. Sugestie, że lepiej żeby się rozwiedli albo chociaż pobyli trochę bez siebie kończą się groźbami, że przy dalszych takich sugestiach zerwą kontakt z rodziną.
Ich związek jest pełny ekstremów. Oprócz tego co już opisałam to jest też bardzo dużo jakichś takich spontanicznych czułości i gestów. Zrywanie kwiatów ze stawu dla mojej szwagierki (jak z filmu!) - żaden problem. Publiczne pokazywanie jakim wspaniałym i przystojnym mężczyzną jest mój szwagier - bardzo częste. Kiedyś nocowali u nas w domu i słyszeliśmy w nocy ich seks (z piętra wyżej!) - byli 20 lat po ślubie a tej pasji jaką usłyszeliśmy zazdrościmy z mężem do dzisiaj a jesteśmy od nich 15 lat młodsi.
Najgorsze, że nigdy nie wiadomo na co się u nich trafi.
Moja mama od zawsze mnie krytykowała, nie ważne co zrobiłam.
Posprzątałam w domu jak akurat mama była w pracy? Źle, wstawaj do sprzątania jeszcze raz. Pomagam rodzeństwu w zadaniach domowych z np angielskiego? Źle, nie umiesz ich uczyć. Zmieniłam szkołe na zaoczną (po 18) bo w technikum znęcali się nade mną? Źle, mogłaś "przetrwać" do matury. Zaczęłam prace bo chciałam mieć na własne zachcianki? Źle, kto sie domem zajmie? Poszłam do terapeuty przepracować to wszystko bo czułam sie niechciana w domu? Źle, co rodzina powie?
Podczas gdy mój tata... lekko mówiąc, on miał wywalone. Nigdy nie usłyszałam od niego nawet głupiego "dobra robota", ciągle tylko "to dobrze" albo "mhm".
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że jak powiedziałam mamie o pomyśle wyprowadzki na drugi koniec Polski na studia po maturze, usłyszałam "Córeczko nie wyjeżdżaj, jesteś nam tu potrzebna".
I teraz pytanie, to ja jestem jakąs niedorozwinięta, czy to jakiś dziwny sposób mojej mamy na pokazywanie uczuć do mnie?
Skup się na sobie. Jedź na te studia, kontynuuj terapię. Gdyby to była obca osoba, rezygnowała byś z planów żeby jej wysługiwać i jeszcze słuchać wyrzutów?
Źle,bo kto się domem zajmie i nie wyjeżdżaj, jesteś nam tu potrzebna i wszystko jasne - masz siedzieć na doopie i pomagać w domu. Nie napisałaś żeby matka powiedziała "martwię się o ciebie" lub "będę tęsknić". Jeśli naprawdę tego nie powiedziała to jedź jak najdalej i nie wracaj jeśli nie będziesz musiała. Zadbaj wreszcie o siebie.
Niedawno przeprowadziłam się do tej samej okolicy, gdzie mieszkałam jako dziecko. Zapamiętałam ją jako pełną atrakcji, więc jako mama dwójki dzieci miałam nadzieję, że i one polubią to miejsce. Po raz pierwszy oglądałam mieszkanie, kiedy jeszcze leżał śnieg i zauważyłam, że nie ma już tych górek na sanki, które pamiętałam. Teraz w lecie chodzimy na place zabaw i dwa w ogóle zniknęły, jeden obecnie należy do przedszkola i tylko dwa przetrwały. Zniknęły również dwa boiska.
Obecnie jest znacznie więcej weekendowych atrakcji dla dzieci, jak np. różne imprezy, warsztaty, koncerty, przedstawienia, ale brakuje takich codziennych miejsc do wstąpienia po przedszkolu czy szkole. Czy tylko ja to zauważyłam? Tam, gdzie poprzednio mieszkaliśmy, jakoś tego nie odczuwałam.
Zawsze miałem powodzenie u kobiet. I od prawie zawsze, tzn. od momentu, w którym dotarło do mnie, że mój rozmiar jest poniżej normy, nie potrafiłem zdobyć się na kontakt fizyczny. Wstyd to straszna rzecz. Moją żonę znałem od dziecka, byliśmy z jednej ulicy, jednego podwórka. Razem jeździliśmy na koncerty, czytaliśmy książki tych samych autorów. Z czasem przyjaźń zmieniła się w miłość. No i poznała mój kompleks. Podobno byliśmy bardzo udanym małżeństwem. Aż do momentu zmiany pracy przez moją żonę. Jako osoba po trzydziestce trafiła w dużo młodsze towarzystwo. Imprezowe, wyzwolone. Koleżanki chwaliły się podbojami i walorami zdobyczy. No i cóż, moja żona popłynęła, zaszła w ciążę z kolesiem z pracy. On ją olał. Zostałem z nią, bo nie miałem w sobie odwagi szukać kogoś innego. Dodatkowo fakt, że potrzebowała kochanka, chociaż podobno z nami było wszystko super, spowodował jeszcze większy kompleks. No bo przez co, jeżeli nie przez zbyt małego? Więc zostałem i pomagam jej wychować dziecko.
Chłopak jest dobrym dzieciakiem, staram się być dla niego jak najlepszym ojcem. Ale tego, co zrobiła żona, nie potrafię zapomnieć. Mieszkamy od ośmiu lat w oddzielnych pokojach. Niby razem, ale osobno. Ona też nie stara się tego zmienić. Zdaje sobie sprawę, dlaczego nie odszedłem, bo o moich kompleksach rozmawialiśmy, kiedyś.
Do dupy to wszystko. A natura to złośliwa suka.
Mój partner ma w zwodzie około 10 cm, pomimo to nigdy nie przeszło mi do głowy, że jest mniej wartościowym człowiekiem, albo że jest przez to gorszy w łóżku. Miałam przed nim 2 facetów z penisem wielkości 18 I 21 cm, zawsze stosunek mnie bolał. Aktualny partner przede wszystkim SŁUCHA co lubię i szukamy wspólnych kompromisów, nigdy nie przyszło mi do głowy żeby go zdradzić, nawet jak mieliśmy gorszy czas w życiu intymnym.
Podsumowując; twoja (oby już niedługo żona) jest po prostu puszczalską pizdą, a ciało puszczone raz, puszcza się cały czas
Człowieku, to nie rozmiar penisa jest Twoim problemem. Twoim problemem są:
- chroniczny zanik szacunku do samego siebie,
- całkowita atrofia wymagań wobec partnera,
- brak standardów w związku,
- egzystencja w roli podrzędnej względem otoczenia.
Kurwa, chłopie, co Ty robisz ze swoim życiem. Żona Cię zdradziła. Wychowujesz dziecko z tej zdrady. STARASZ SIĘ BYĆ JAK NAJLEPSZYM OJCEM DLA NIE SWOJEGO DZIECKA. DLACZEGO?!
Mieszkacie od ośmiu lat w osobnych pokojach. DLACZEGO?! CO TY TAM JESZCZE ROBISZ?!
I na koniec zwalasz winę na naturę! Twoja sprawczość we własnym życiu jest zerowa! WEŹ ZA NIE ODPOWIEDZIALNOŚĆ. RO-ZU-MIESZ?!
Żona mogłaby znów zajść w ciążę z alkoholikiem albo jakimś menelem, a Ty co, ponownie byś pokochał jak swoje i starał się być dobrym ojcem? Jezu, chłopie, ja się dziwię, że ta "Twoja" "Żona" nie śmieje Ci się każdego dnia w twarz, bo takiego frajera jak Ty, to naprawdę, nie wiem, nie wiem gdzie mogłaby znaleźć.
Serio, to musi być fejk, bo to niemożliwe, by być tak ślepym i głupim, wiele w życiu widziałem i czytałem tu setki wyznań, ale po prostu to bije wszystkie na głowę. Nie wierzę, że można dawać tak się wykorzystywać.
Jeśli jednak to wyznanie jest prawdziwe, to idź na terapię i to najlepiej do męskiego terapeuty, najlepiej powiedz mu na wstępie że płacisz potrójnie i daj mu na piśmie przyzwolenie na walnięcie Cię w łeb kilka razy, może wtedy Twój mózg się jakoś wybudzi ze śpiączki, bo ta historia jest naprawdę nieprawdopodobna. Praktycznie unicestwiasz swój potencjał, czas i życie jednocześnie.
Gdy miałam 12 lat, pierwszy raz w mojej głowie pojawiła się myśl, że jestem lesbijką. Miało to sens, bo od małego moim priorytetem były więzi z kobietami, przyjaciółki były moim całym światem, a mężczyźni, których poznałam, byli irytujący (trochę się też ich bałam, bo dorastałam bez ojca i nie miałam bliskiej rodzinnej relacji z żadnym mężczyzną).
Minęło wiele lat, jestem dorosła i mam za sobą kilka związków z kobietami. Każdą z nich kochałam i uczucie nie było udawane, ale żadna z nich nie podobała mi się seksualnie. Zbliżenie z kobietą nie było dla mnie podniecające (czułam się z tym źle i nienaturalnie) i ostatnio zdałam sobie sprawę, że chciałabym doświadczyć tego z mężczyzną, że to bardziej by mi się podobało.
Co mnie powstrzymuje? Nie jestem w stanie wytrzymać z większością mężczyzn, nawet prosta rozmowa potrafi mnie zirytować i zniechęcić do poznania ich bardziej. Wyglądam dosyć ładnie i często zdarza się, by jakiś mnie podrywał, ale ja zawsze ich odrzucam, bo „przecież jestem lesbijką”. Trochę się niedawno przełamałam i pozwoliłam jednemu mnie „adorować”, ale szybko okazało się, że obchodzi go tylko moje ciało i zaczął mnie obrzydzać.
Zaczęłam w sekrecie marzyć o romantycznej relacji z mężczyzną, ale mam takie wysokie wymagania odnośnie do ich wnętrza (bo wymagań fizycznych prawie nie mam), że wątpię, bym kiedykolwiek znalazła takiego, który by mi pasował i nie czułabym, że ta relacja jest płytka, mizoginistyczna lub oparta tylko na fizyczności.
Pewnie nikt się o tym nie dowie, bo wszyscy w moim życiu wiedzą o mojej orientacji i zwyczajnie boję się tej zmiany. To przewróci wszystko do góry nogami. Moja homofobiczna rodzina będzie skakać ze szczęścia, a przyjaciele pomyślą, że jestem zagubiona/zakłamana. Chciałabym, żeby nie istniała norma „nazywania” swojej orientacji, żebym mogła w spokoju spróbować poznać kogoś przeciwnej płci i nie czuć się jak oszustka.
28 sierpnia są wyniki egzaminu zawodowego. Mam już wyniki jednego z egzaminów, zdałam go na 80%, a próg zdawalności wynosił 50%.
Im bliżej ogłoszenia wyników, tym bardziej boję się, że nie zdałam tego drugiego, którego wynik dopiero poznam. Powiedziałam mamie, że na pewno zdam, a teraz boję się, że ją zawiodę. Mam ochotę po prostu wyć.
Czuję na sobie ogromną presję. Kiedy dostanę 3, od razu słyszę, że to źle i dlaczego tak słabo, mimo że mam same 6 z historii i fizyki oraz same 5 z geografii i biologii. Naprawdę nie można mi zarzucić braku chęci do nauki. Tymczasem kiedy mój brat dostaje 3, jest niemal święto narodowe.
Wracając do egzaminu, naprawdę się boję, że zawiodę. Od dwóch dni prawie nie śpię, bo stresuję się tak bardzo. Próg zdawalności wynosi aż 75%, a wiem, że jedno zadanie, kosztorys, zrobiłam źle. Resztę zrobiłam, moim zdaniem, perfekcyjnie, ale mimo wszystko boję się, że przez ten jeden błąd nie uzyskam wymaganej liczby procent.
Wiem, że zrobiłam wszystko, co mogłam, ale chyba najbardziej przeraża mnie teraz myśl, że wynik może okazać się inny, niż sobie obiecałam i niż powiedziałam mamie.
Mój chłopak ma 25 lat, a ja 17. Kochamy się, ale nie wiem, jak powiedzieć o nim rodzinie przez różnicę wieku. Planuje powiedzieć i wyprowadzić się po 18, ale co jeśli go nie zaakceptują i będą ciągle mi coś mówić?
I co dalej? Mieszkać u ukochanego i nadal uczyć się, a potem ew. studiować? Przepraszam za niedyskrecję, ale czy ukochany zarabia tyle, żeby utrzymywać cię jeszcze przez kilka lat (w przypadku studiów ok. 7-8 lat)? Wiem, jestem taki obrzydliwie przyziemny...
Nie mogę mieć dzieci. Moja starsza siostra dobrze o tym wie. Ona ma dwójkę.
Niedawno udało mi się w końcu kupić własne mieszkanie. Podczas remontu siostra mi powiedziała, żebym nie oszczędzała na materiałach i fachowcach. Myślałam, że chce mi doradzić, żeby mi się dobrze tu mieszkało. Potem dodała jednak: „No bo wiesz, po twojej śmierci to moje dzieci odziedziczą to mieszkanie, bo niby kto? Swoich przecież nie będziesz miała”.
No nie powiem. Zabolało. W dodatku powiedziała to śmiertelnie poważnie. To nie był żart.
Kocham zwierzęta. Naprawdę wszystkie. Na widok praktycznie każdego od razu mam w głowie: „O jakie słodkie!”. Jest jednak pewien mały wyjątek – małpy.
Nie wiem dlaczego, ale większość małp po prostu strasznie mnie brzydzi. Goryle, pawiany i wiele innych gatunków wywołują u mnie ogromne obrzydzenie. Oczywiście wiem, że są to inteligentne i fascynujące zwierzęta, ale zdecydowanie nie należą do tych, które potrafię uznać za urocze.
Jedyny wyjątek stanowią kapucynki – te akurat uwielbiam i uważam za naprawdę słodziutkie.
Tak więc kocham wszystkie zwierzęta… prawie wszystkie. Małpy niestety mają u mnie specjalne miejsce na liście „proszę, trzymajcie się ode mnie z daleka”.
Mój obecny partner od jakiegoś czasu dziwnie się zachowuje, coraz częściej są jakieś dziwne sprzeczki, coraz częściej nie gadamy, a mieszkamy ze sobą. Niedługo kończy się umowa najmu i zadecydowaliśmy już jakiś czas temu, że przed naszym ostatnim rokiem studiów będzie lepiej, jak oboje wrócimy do swoich rodziców, ze względu na koszty mieszkania i tego, że oboje studiujemy zaocznie, więc ciężko będzie nam opłacić mieszkanie i studia i do tego przeżyć.
Zaplanowałam nam ostatnio wieczór, ale on przestał się znowu odzywać, spotkaliśmy się wcześniej przypadkiem z moją przyjaciółką i podczas rozmowy temat zszedł na byłe związki, a z moim partnerem ustalaliśmy, że nie rozmawiamy o przeszłych związkach. Widząc, że siedzi na telefonie, uznałam, że nie ma zamiaru włączać się w konwersację i normalnie rozmawiałam, jakby go nie było – nie mam nic do ukrycia, więc nawet jeśliby usłyszał, to uznałam, że to nic takiego. Po powrocie do domu usłyszałam, że go okłamuję, bo nie mówiłam, w ilu relacjach byłam przed nim – i już więcej nie zamienił ze mną słowa, nawet nie chciał mi wyjaśnić, o co chodzi.
Nie jestem w stanie sama sobie z tym poradzić, moja przyjaciółka też nie była w stanie mi powiedzieć, co mogę zrobić, ale mam dość już tego ciepło-zimno w związku. Jakieś tipy? Jak zacząć tę rozmowę? Odchodzę już od zmysłów…
Nie wtrącać się w nieswoje sprawy a tym bardziej w związki. Nie masz pojęcia co ludzie potrafią robić w seksie.