Planując drugą ciążę postanowiłam udać się do ginekologa w celu stwierdzenia, czy wszystko jest OK i czy możemy się z mężem już zacząć starać o drugie dziecko. Podjęłam też decyzję o zmianie ginekologa - wcześniej chodziłam z nfz, teraz poszłam prywatnie.
Nowy lekarz okazał się dość przystojnym mężczyzną w okolicach 40. Byłam dość skrępowana podczas całej wizyty i gdy leżałam rozłożona na fotelu, w trakcie badania ginekologicznego lekarz spytał mnie, gdzie było wykonywane wcześniejsze cięcie cesarskie. Zestresowana ja, zamiast odpowiedzieć, w którym szpitalu mnie cięli, pokazałam lekarzowi bliznę po cięciu i dodałam - "O tu!".
Będąc w ciąży miałam wielowodzie - powikłanie, które dotyka 1,5% ciąż. Wód płodowych było za dużo i w szpitalu postanowiono, że należy przeprowadzić cesarskie cięcie.
W trakcie operacji okazało się, że wody było jeszcze więcej, niż spodziewali się tego lekarze - jak chlusnęło, to wszyscy przy stole mieli zalane buty i musieli je zmienić, bo zaczęli się ślizgać po podłodze.
Po wypiciu herbaty lubię sobie przyłożyć wciąż ciepły kubek do policzka i wyobrażać, że to ręka kogoś, kogo kocham.
Historia zdarzyła się tydzień temu.
Słoneczny dzień na plaży. Pojechałam nad morze z przyjaciółką. Rozkładamy się w miarę blisko morza. Wszystko idealnie.
W pewnym momencie podbiega do mnie ok. 6-latek i próbuje...
Ściągnąć mi majtki. Chce ściągnąć moją bieliznę. Odpycham gówniarza na piach i prawię mu wykład. Podbiega do mnie jego matka i próbuje uderzyć. Wku****na przytrzymuje jej rękę i mówię co przed chwilą zaszło. Matka zamiast dać szlaban dziecku zaczyna tłumaczyć jakie to ono cudowne i grzeczne, i na pewno przesadzam.
Wyprawiłam tej babie taki wykład, że popamięta mnie do końca życia. Moja przyjaciółka nie była w stanie wydusić z siebie żadnego słowa przez najbliższe 30 minut.
Historia dotyczy tego, jak wielkim męskim przyrodzeniem można być dla drugiej osoby. Osoby, która jest na dobre i złe.
To małżeństwo w naszej rodzinie nie było mi szczególnie bliskie. Ot, dalsza familia. Facet, nazwijmy go X miał poważny wypadek, w wyniku którego trafił na wózek. Jego żona (Z) była przy nim zawsze. Po tym zdarzeniu borykał się z poważną depresją, często popadał w apatię. Nic go nie cieszyło. Była przy nim mimo wszystko, cierpiała patrząc na to, jak beznadziejnie patrzy na wszytko dookoła. Wspierała go, uśmiechała się, starała na każdy możliwy sposób poprawić mu nastrój, wywołać chociaż blady uśmiech na twarzy; pomagała mu we wszystkim z uśmiechem na ustach i płakała po nocach z bezsilności.
Wszystko się zmieniło, kiedy musiała w końcu wrócić do pracy; nie mogła wiecznie siedzieć w domu. Kupili laptopa, miał więc jakieś zajęcie, nie nudził się. Zasuwała w pocie czoła przy dwójce dzieci, w domu, przy mężu i w pracy, nie mając prawie czasu na sen, o odpoczynku mogła zapomnieć. Ale pocieszał ją fakt, że on zaczyna chyba wyczołgiwać się z depresji. Częściej widziała go uśmiechniętego, więc mimo tego, że czuła się jak wrak, była spokojna. Do czasu, aż dowiedziała się, dlaczego ma lepszy humor.
X sam jej powiedział, że poznał tę kobietę w internecie. Mało tego, powiedział jej to dopiero wtedy, kiedy wracając do domu zobaczyła jak jacyś ludzie wynoszą rzeczy z ich mieszkania. Stwierdził, że poznał nową miłość i się pożegnał. Ot tak, jakby powiedział, że napiłby się kawy albo że pranie się skończyło.
Wzięli rozwód, nie wiem, jakie były jego dalsze losy, ale Z po dłuższym czasie się pozbierała. Bardzo dłuższym czasie. Do tej pory nie weszła w żaden nowy związek, skupiła się na dzieciakach, domu i pracy. Zrobiłaby dla niego wszystko, a sami możecie ocenić ile było to dla niego warte.
Od czasów mniej więcej 1-2 klasy podstawówki cierpię na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Na początku nikt nie zwracał szczególnej uwagi ani na moje "rytuały", ani nawet na moje samopoczucie. Jak zgaduję, myśleli, że po prostu wydziwiam i udaję, no ale to było wtedy, jak o zaburzeniach psychicznych nikt nie mówił.
W liceum moja choroba zaczęła mi bardziej doskwierać i jeśli ominęłam jedną z czynności byłam w stanie myśleć o tym cały czas do momentu, w którym nie zrobiłam tego. Przykładowo - codziennie po przebudzeniu musiałam usiąść, położyć się, znowu usiąść i położyć się na dwie minuty i dopiero po tym mogłam iść się przygotować do szkoły czy chociażby na weekend. To z kolei ciągnęło za sobą szereg innych dziwacznych czynności.
W każdym razie pod koniec drugiej klasy dostałam diagnozę o chorobie i, tutaj uwaga, zostałam wyrzucona ze szkoły, bo dyrekcja stwierdziła, że jestem niebezpieczna. Do dziś nie wiem, kto i jak to stwierdził, bo przez całą swoją karierę szkolną na nikogo nawet nie podniosłam głosu i nie sprawiałam żadnych problemów. Jednak do klasy maturalnej zostałam zmuszona chodzić na drugi koniec miasta. I z ręką na sercu mogę powiedzieć, że było to jedno z najlepszych zdarzeń, jakie miały miejsce w moim życiu, bo mimo że i tak uważano na mnie i miałam podwyższony szczebelek (musiałam mieć więcej punktów na jakąkolwiek ocenę, dyscyplina większa i ogólnie tego typu rzeczy), to trafiłam na dobrych ludzi.
Najlepiej jednak wspominam nauczyciela wf-u, który wiedział o mojej chorobie i specjalnie dla mnie na rozgrzewkę zadawał te same ćwiczenia, o które go prosiłam, często mi pomagał w pracach, kilkakrotnie zapraszał mnie na obiad (żeby nie było jeść też musiałam o określonej porze i zazwyczaj, jeśli nie zdążyłam do domu na obiad - a tak najczęściej było - nie jadłam nic, a że on o tym wiedział, po prostu sprawiał mi takie "prezenty").
Jednak w końcu liceum się skończyło. Zdałam maturę, dostałam się na studia, na jakie chciałam, leczenie choroby ruszyło i wszystko się powoli układało.
Kilka dni temu, dobre siedem lat od skończenia szkoły, spotkałam tego poczciwca. Porozmawialiśmy, pośmialiśmy się, nawet zrobiliśmy parę ćwiczeń razem (byliśmy przy jakimś korcie tenisowym, chyba nikt nie zwrócił specjalnej uwagi). Muszę przyznać, że cieszę się, że się spotkaliśmy. Przypomniał mi dobre wspomnienia.
Chciałabym opisać Wam co dzieje się w szpitalu psychiatrycznym, oddział młodzieżowy, przedział od 13 do 19 lat.
Trafiłam tam po niegroźnej próbie samobójczej, i choć spędziłam tam tylko miesiąc, mogę stwierdzić, że wyszłam stamtąd w gorszym stanie.
Codziennie starszy kilka lat typek siedzący w drzwiach mojej sali i wgapiający się we mnie jak śpię.
19-letni chłopak z downem, który o mało co nie zabił swojej opiekunki waląc jej głową o kaloryfer - próbujący obmacywać każdą dziewczynę.
Rzeczy, które przywozili mi rodzice znikały z mojej szafki, piguły przecież nic nie widzą, muszą się wyspać.
Kilku chłopaków ciągających się po podłodze z fiutami na wierzchu, jeden robił sobie dobrze w drzwiach mojej sali.
Dziury w ścianach, przez które pacjenci podawali sobie liściki.
Seks uprawiany na zaszklonym tarasie.
Każdy bojąc się niemiłej pobudki o 7 wstawał przed 5.
Nikt nie sprawdzał, czy połknęli przepisane pigułki.
Zakaz śmiania się w salach.
Brak ubrań, bo na nie trzeba było zasłużyć.
Codzienne kontrole sal, za choćby mały kurz dostawało się 0 punktów, co było jednoznaczne z niewychodzeniem z sali.
Brak dostępu do otwartego okna, pomimo krat.
Na śniadanie był najczęściej czerstwy chleb lub mleko, w którym czasem można było znaleźć nitkę makaronu albo kilka płatków.
Nikt nie widział wbijanych w ciało pinesek z tablicy korkowej, ale za zahaczenie ręcznikiem strupa z jednej z ran i tym samym oberwanie go szło się do łóżka i zapinali w pasy + środek w dupę na uspokojenie.
Zajęcia wf-u odbywały się na sali może 3x5 m, był to bardziej korytarz.
Rozmowa z lekarzem brzmiała:
- Płaczesz?
- Nie.
- To leki działają, wracaj do sali.
Nie można było porozmawiać przez telefon, ktoś zawsze podszedł i naciskał przypadkowe przyciski, a po zwróceniu mu uwagi to ja obrywałam od pielęgniar.
Szyby były wybijane notorycznie poprzez rzucane szafki.
Świecenie latarkami po twarzach w nocy.
Sądzę, że więźniowie w zakładach karnych mają lżej.
Mówienie o tym, co dzieje się za bramą całego psychiatryka jest zabronione, ciekawe dlaczego...
Teraz mam 19 lat.
Nie chcę przechodzić nigdy więcej przez takie piekło.
Kocborowo, Starogard Gdański. Pozdrawiam wszystkich pacjentów.
Różowe lata 90. W okresie pomiędzy odkryciem przynależności płciowej a pójściem do zerówki, miałam pewną ulubioną zabawę, o której nigdy nikomu nie mówiłam. Ale od początku...
Moja lalka Hanka nie miała łatwego życia. Była stosunkowo młodą, zgrabną Barbie, jedyną brunetką w tłumie blondynek. Praktycznie codziennie wychodziła za mąż za Adriana - Kena, którego z jakiegoś powodu obdarzyłam wyjątkowo cholerycznym charakterem.
Biedna Hanka, w każdej godzinie swojego małżeństwa, musiała znosić upokorzenia i rolę niewolnicy. W kulminacyjnym punkcie zabawy Adrian zawsze ją gwałcił, a gdy prawie miał mordować żonę, pojawiał się Simba, wielki, bardzo stary, pluszowy tygrys, brał Hanię pod opiekę (opcjonalnie zabijał Adriana). Hania każdego dnia umierała, rodząc córkę Adriana, a szlachetny, wypłowiały kot stawał się ojcem małej (Hanki beta), aż ta nie dorosła i nie zakochała się w kolejnym skurczybyku (Kena miałam tylko jednego, więc dalsze pokolenia Hanek były na niego skazane).
Wiecie, co jest najgorsze? Inne lalki patrzyły na tę tragedię i nie kiwnęły palcem. Jako bystra 4-5-latka miałam tego świadomość i niezmiernie mnie to smuciło.
Nie miałam żadnej rodzinnej traumy. Mój tata jest uczciwym, szaleńczo zakochanym w mamie facetem, a mama cudowną kobietą. Z tym że oboje lubią dramatyczne kino.
Imiona zabawek zmienione.
Szef płaci mi za czytanie anonimowych, mam nadzieję, że nigdy się nie dowie. :D
W czasie "najdłuższych wakacji mojego życia" pojechałam do rodzinki, która mieszka w większym mieście, żeby zarobić trochę na studia, bo u mnie ciężko było zdobyć jakąś pracę. Siedziałam u nich jakiś czas, więc byłam w pewien sposób włączona w ich życie rodzinne.
Pewnego dnia bawiłam się z ich 7- letnią córką. Miała wtedy na sobie spódniczkę i w pewnym momencie podwinęła się ona na tyle, ze zobaczyłam, ze ma ona na sobie moje majtki! Moje ulubione, najwygodniejsze i w ogóle super.
Jestem dosyć drobnej budowy i nigdy nie udało mi się ważyć więcej niż 48 kg, więc przy ściąganiu prania ktoś się pomylił i uznał, ze to jej bielizna.
No nic, co straciłam już nie odzyskam, ale jednak, jakkolwiek głupio to zabrzmi, nadal za nimi tęsknię.
Dodaj anonimowe wyznanie