#CcIzP
W liceum moja choroba zaczęła mi bardziej doskwierać i jeśli ominęłam jedną z czynności byłam w stanie myśleć o tym cały czas do momentu, w którym nie zrobiłam tego. Przykładowo - codziennie po przebudzeniu musiałam usiąść, położyć się, znowu usiąść i położyć się na dwie minuty i dopiero po tym mogłam iść się przygotować do szkoły czy chociażby na weekend. To z kolei ciągnęło za sobą szereg innych dziwacznych czynności.
W każdym razie pod koniec drugiej klasy dostałam diagnozę o chorobie i, tutaj uwaga, zostałam wyrzucona ze szkoły, bo dyrekcja stwierdziła, że jestem niebezpieczna. Do dziś nie wiem, kto i jak to stwierdził, bo przez całą swoją karierę szkolną na nikogo nawet nie podniosłam głosu i nie sprawiałam żadnych problemów. Jednak do klasy maturalnej zostałam zmuszona chodzić na drugi koniec miasta. I z ręką na sercu mogę powiedzieć, że było to jedno z najlepszych zdarzeń, jakie miały miejsce w moim życiu, bo mimo że i tak uważano na mnie i miałam podwyższony szczebelek (musiałam mieć więcej punktów na jakąkolwiek ocenę, dyscyplina większa i ogólnie tego typu rzeczy), to trafiłam na dobrych ludzi.
Najlepiej jednak wspominam nauczyciela wf-u, który wiedział o mojej chorobie i specjalnie dla mnie na rozgrzewkę zadawał te same ćwiczenia, o które go prosiłam, często mi pomagał w pracach, kilkakrotnie zapraszał mnie na obiad (żeby nie było jeść też musiałam o określonej porze i zazwyczaj, jeśli nie zdążyłam do domu na obiad - a tak najczęściej było - nie jadłam nic, a że on o tym wiedział, po prostu sprawiał mi takie "prezenty").
Jednak w końcu liceum się skończyło. Zdałam maturę, dostałam się na studia, na jakie chciałam, leczenie choroby ruszyło i wszystko się powoli układało.
Kilka dni temu, dobre siedem lat od skończenia szkoły, spotkałam tego poczciwca. Porozmawialiśmy, pośmialiśmy się, nawet zrobiliśmy parę ćwiczeń razem (byliśmy przy jakimś korcie tenisowym, chyba nikt nie zwrócił specjalnej uwagi). Muszę przyznać, że cieszę się, że się spotkaliśmy. Przypomniał mi dobre wspomnienia.
Prawdziwy nauczyciel z powołania, który chce pomóc młodej osobie w przeciwieństwie do innych, którym zależy tylko na tym żeby ją zgnoić i pozbawić chęci do życia. Szkoda, że obecnie jest ich coraz mniej :(
Myślę że troszkę tutaj przesadziłeś/aś, zazwyczaj osoby które ignorują albo piętnują różne ,,dziwactwa innych" nie chcą pozbawiać ich chęci do życia. Tzn. oczywiście, nie chcą się z tym użerać bo to jest niewygodne, ale też często chcą wypchnąć tę osobę z poczucia że dolega jej ,,coś specjalnego"
Powinno być więcej takich nauczycieli, którzy widzą coś więcej, a nie tylko szkolne obowiązki.
Cieszę się, że wszystko w miarę dobrze się ułożyło. Ale to okropne, że z takiego powodu (właściwie to żaden powód) wyrzucili Cię za szkoły - gdzie powinni wspierać i starać się zrozumieć. To skandaliczne, że osoby niesprawiające problemów się wyrzuca, a osoby, które są agresywne - normalnie chodzą do szkoły i są 'przepychane' z klasy do klasy. U mnie niestety w podstawówce i w gimnazjum tak było. W każdym razie super, że wszystko poszło w dobrą stronę i, że spotkałaś takiego nauczyciela. Naprawdę zazdroszczę, bo ja chyba ani razu takiego nie miałam. Nigdy nikt nie starał się pomóc, ani tym bardziej zrozumieć. Ale na szczęście liceum mam już za sobą.
Niektórzy w każdym człowieku mającym chorobę na tle psychicznym widzą psychopatę... Zaburzenia, które ma autorka, rzeczywiście mogą być uporczywe, zarówno dla niej, jak i dla innych uczestniczących w jej życiu, ale nie była agresywna, więc wyrzucanie ze szkoły jest według mnie przegięciem...
Niestety. Jeszcze sporo czasu minie zanim to się zmieni. Przykra jest taka niewiedza i brak zrozumienia - nawet od osób, które powinny chcieć zrozumieć.
To oczywiste, że choroby psychiczne są problematyczne/uporczywe, ale to nie zmienia faktu, że nie mieli prawa jej wyrzucić ze szkoły.
Dla mnie to nie pojęte jak można kogoś wyrzucić ze szkoły, bo ma takie zaburzenie. Dyrektor chyba tylko nazwę usłyszał i zaburzenie obsesyjno-kompulsywne skojarzyło mu się z jakimś agresywnym wariatem co rozwala szkołę i zabija wszystkich, bo niebo było za niebieskie. W ogóle po co szkołę informować o takim problemie, nie ich interes.Jeśli to nie przeszkadzało w nauce to co.
Ja nie rozumiem dlaczego żeby dostać dobrą ocenę musiałaś zdobywać więcej punktów niż inni. To już naprawdę przegięcie.
To chyba chodzi po prostu o to, że ta szkoła miała wyższe wymagania niż poprzednia...
Ten nauczyciel to bardzo dobrym człowiekiem jest
Mnie zastanawia czy szkola wogole miala prawo cie wyrzucic skoro nie sprawialas zagrozenia. Tak czy siak to zazdroszcze nauczyciela, oby takich wiecej :)
Nie miała prawa. Właściwie to wszystko zależy od tego co było zapisane w statucie szkoły. Zazwyczaj w szkołach ponadgimnazjalnych można wyrzucić ucznia za na przykład: dystrybucję czy zażywanie narkotyków/alkoholu, za opuszczenie zbyt dużej ilości godzin lekcyjnych, za złamanie właśnie jakiegoś punktu regulaminu (po upomnieniu). To mimo wszystko nie jest takie proste, bo wtedy też zwołuje się radę. Także dziwne, że Autorkę wyrzucili...chyba, że znaleźli coś innego i się do tego przyczepili. Teoretycznie można się wtedy odwołać itp. Ale komu się chce...
Wiem coś o tym, bo sam mam zaburzenia obsesyjno-kompulsywne popularnie zwane nerwicą natręctw. U mnie polega to na tym,że wieczorem zawsze muszę sprawdzić czy drzwi,okna są zamknięte,czy światło pogaszone,kuchenka wyłączona, a kurki w kranach zakręcone.Jeśli wtedy ktoś np. zejdzie wieczorem po picie, wiekszość procedur powtarzam Ponieważ mam tak od bardzo dawna i poza tym żyję normalnie nie przeszkadza mi to i z tym nie walczę.
Poślub tego wariata!
Ja Ci tak bardzo zazdroszczę! Wiem jak to cholerstwo niszczy człowieka w środku! Cierpię na to, mam 10 lat i nikomu o tym nie powiem do pełnoletności. To koszmar.
Moim zdaniem i tak byłaś niesprawiedliwie traktowana. To wyrzucenie ze szkoły to już w ogóle jakiś kosmos. Powinno się ich podać do kuratorium. Tak samo jak z tym ocenianiem w drugiej szkole. Co to w ogóle za chore wymysły?!