Kilka lat temu, mój sześcioletni wówczas brat miał operację kolana. Jednak największym problemem były wtedy jego powikłania po narkozie. Otóż wzbudzając się kompletnie nic nie pamiętał; ani gdzie jest, jak się nazywa, kim są ludzie dookoła niego. Wszyscy od razu w panikę, mama w szloch. Na szczęście po jakimś czasie brat zaczął odzyskiwać pamięć, jednak sądząc, że może przemienić sytuację w śmieszny żart, kontynuował udawanie, że nic nie pamięta. Ostatecznie zauważył jednak, że nie jest to śmieszne, a sprawia wszystkim przykrość, więc krzyknął: "Nabrałem was! Jestem Albert z Radia Eska i prowadzę program Wkrętarka!".
Mistrz pranków.
Nie wiem, czy to wyznanie jest bardziej o tym, jakim byłam kiedyś nieogarem, czy o tym, że taksówkarze zasługują na miano totalnych dupków.
Słowem wstępu - pochodzę z miasta pod Wrocławiem, jednak przyszło mi jeździć do Opola do lekarza.
Kilka lat wstecz, mam 17 lat, smartfonów jeszcze nie było, co za tym idzie - map i GPS-a też nie. Pojechałam sama do Opola pociągiem do lekarza. Trochę z wygody, a trochę ze strachu, że spóźnię się na wizytę, na dworcu podeszłam do taksówkarza i zapytałam, czy na Reymonta (gdzie mieści się lekarz) daleko i drogo. Powiedział, że nie i zaprosił do środka. Ucieszona wsiadłam i po jakichś kilku minutach byłam na miejscu (zapłaciłam ok. 20 zł). Zadowolona, że mam ogarnięte, w taki sam sposób wróciłam na dworzec.
Przez 2 lata raz na 3 miesiące jeździłam do Opola do lekarza, za każdym razem, nauczona doświadczeniem, wsiadałam do taksówki i jechałam do lekarza i z powrotem. Dopiero po 2 latach jak zwykle wsiadłam do taksówki i podałam adres, pan popatrzył na mnie i powiedział "Ale przecież to trzy kroki stąd, po co ma pani płacić za taki krótki przejazd?". Zdumiona zapytałam jak to, że od 2 lat tak jeżdżę i to samochodem jest daleko. Co się okazało? Że przychodnia jest 700 m od dworca, a przez te wszystkie lata (RÓŻNI!!) taksówkarze wozili mnie naokoło i kasowali za przejazd.
Nie, nie pomyślałam, żeby sprawdzić w internecie trasę, po pierwszym przejeździe stwierdziłam, że nie warto, bo daleko.
Zawsze, kiedy ktoś mi zajdzie za skórę, ponosi przykre konsekwencje.
1. Facet, który mnie zdradził, kilka dni później miał wypadek samochodowy. Jemu nic się nie stało, ale skasował ukochany samochód.
2. Kiedy zwolnili mnie z typowego korpo, każdy nowo zatrudniony pracownik odchodzi średnio po trzech miesiącach. Przez co mój były przełożony (który podjął decyzję o moim zwolnieniu) został zdegradowany na inne stanowisko.
3. Skoro już mowa o pracy, to w czasie studiów dorabiałam sobie w dobrze prosperującym fast foodzie. Odeszłam, kiedy szef zaczął się do mnie dobierać. Jakiś czas później bar został zamknięty.
4. Chłopak, który mnie wykorzystał, złamał nogę dwa tygodnie po tym, jak przestał odpowiadać na moje telefony.
5. No i ostatni, z którym się spotykałam, wrócił do swojej byłej. Wczoraj jego psa potrącił samochód.
Chyba muszę zacząć uważać, na kogo złorzeczę. Tylko pieska szkoda :(
Wracałem kiedyś do domu Bla Bla Carem. Podróżowaliśmy czwórką, sądząc po wyglądzie wszyscy byliśmy studentami w mniej więcej tym samym wieku. Kierowca (Paweł) zabrał mnie, jakiegoś chłopaka i dziewczynę, która, no nie powiem, była ponadprzeciętnej urody. Owa dziewuszka już w punkcie zbiórki zaklepała sobie miejsce z przodu obok kierowcy.
Od samego początku naszej wspólnej jazdy owa koleżanka bardzo chętnie rozmawiała z kierowcą, potem nawet zaczęła prawić mu komplementy, które były dosyć żałosne. Chłopak tylko uśmiechał się pod nosem, ale nic nie mówił. Dziewczyna nadal kręciła swoją bajerę, a że siedziałem za nią, to w pewnej chwili zauważyłem, że zaczęła jeździć mu ręką po udzie. Kierowca znowu się uśmiechnął, ale teraz spokojnie powiedział do niej:
- Słuchaj, jesteś ładna, atrakcyjna, wiesz, gejem nie jestem, ale mam dziewczynę, więc proszę weź tę rękę.
I delikatnie zabrał jej rękę ze swojego uda.
Na początku wydawało się, że laska się speszyła, ale po chwili znowu zaczęła pchać swoją rękę tam, gdzie była wcześniej, mało tego, w pewnym momencie złapała go za krocze.
Paweł nic nie powiedział. Momentalnie zjechał na pobocze, zahamował z piskiem opon, przeprosił nas na chwilę, wysiadł z auta, podszedł do bagażnika, wywalił bagaże dziewuszki, rzucił na asfalt kasę za przejazd od tej dziewczyny i kazał wypi*rdalać. Widać było, że ma w głębokim poważaniu to, że zatrzymał się na drodze, gdzie po jednej stronie był las, po drugiej stronie las, przystanku ani widu, ani słychu.
My z kolegą, który siedział obok w wielkim szoku, nie mogliśmy wydobyć z siebie słowa. W końcu wsiadł kierowca i odjechał, zostawiając dziewczynę na pastwę losu. Jechaliśmy kilka minut w zupełnej ciszy, którą nagle przerwał Paweł i ponownie przemówił spokojnym głosem:
- No co, szlauf wiedział, że mam dziewczynę, a nadal się do mnie przystawiał. Musiałem jakoś zareagować.
Reszta podróży minęła sympatycznie, rozmawialiśmy na różne tematy, a do sytuacji z byłą już współpasażerką nie wracaliśmy.
Nie znam i pewnie nie poznam dziewczyny Pawła, ale według mnie to największa szczęściara pod słońcem.
Odkąd pamiętam tato od zawsze wmawiał mi, że to on mnie urodził. Ja oczywiście jako małe dziecko wchłonęłam tę wiedzę i wszystkim się chwaliłam z tego powodu. A więc zwyczajny dzień w pierwszej klasie podstawówki. Wychowawczyni każdego po kolei pyta o to co konkretnie w każdym z nas jest zaskakującego i wyjątkowego... Biorąc pod uwagę to, że z reguły byłam odważnym dzieckiem; opowiedziałam Pani o tym, że mnie urodził tatuś.
Zabawa w udawanie zakończyła się, kiedy to nauczycielka wraz z asystą dyrektora zwołała moich rodziców na poważną rozmowę i wytłumaczyła, że trzeba mi wyjaśnić, że nie do końca tak jest.
Ach... dziwne to uczucie, kiedy wiesz, że kilka lat spędziło się w kłamstwie.
.
Kiedy byłam mała i jeździłam z rodzicami na wakacje, oczywistym było, że dookoła było dużo turystów robiących zdjęcia zabytkom itp.
Jeśli stałam tak, że mogłabym się znaleźć w zasięgu zdjęcia, próbowałam ustawić się jakoś ładnie. A to wszystko po to, ponieważ bałam się, że gdy ta rodzina będzie oglądać zdjęcia z wakacji to ktoś powie: "o jaka brzydka dziewczyna załapała się do zdjęcia".
Dlatego właśnie starałam się wyjść ładnie, aby zapobiec takim tekstom.
Wyznanie #ty14i przypomniało mi sytuację sprzed roku. Zgłosiłam kradzież samochodu na policję. Mój mąż przeprowadził swoje śledztwo ustalił kto gdzie ma samochód. Zebrałam się tam i z miejsca, gdy potwierdziło się, że to mój samochód zadzwoniłam na policję przedstawiając sytuację. Przyjechali po 3,5 h... Na drugi dzień w protokole przeczytałam, że to oni znaleźli mój samochód. Gdy nie wyraziłam zgody na podpisanie, bo to nie prawda, to usłyszałam:
- Ale droga pani, my byliśmy już w drodze na miejsce w momencie otrzymania telefonu od pani, bo ustaliliśmy miejsce i mieliśmy w niemalże tym samym czasie Panią informować.
Nie wiem skąd jechali, ale 3,5h to znad morza lekko mogli być ściągani... Statystyka wklepana, z mundurem nie wygrasz, tfu...
Moja mama wraz ze swoim partnerem i moją siostrą pojechali na wakacje, zostawiając mnie samego z bratem.
Dorabiam sobie w sklepie i tego dnia szef poprosił mnie, abym został, po mojej zmianie porannej do 14:30, jeszcze dwie i pół godziny w pracy. Po powrocie do domu, po dwunastu godzinach stałej harówy, miałem ochotę tylko i wyłącznie pójść spać. Więc gdy ujrzałem kanapę, położyłem się i zasnąłem.
Ze snu wybudziła mnie ogromna potrzeba skorzystania z toalety, około 22:30. Wchodzę do środka i od razu wyczuwam niesamowicie ohydny fetor. Patrzę w głąb tronu, a w środku widzę całkowicie płynne gówno. Idę do mojego brata do pokoju i retorycznie pytam się, czy ten potwór to jego sprawka i czemu nie spuścił wody. A on odpowiada mi z dumą "wiem, to niesamowite. czekam aż mi się telefon włączy, bo chciałem zrobić tego zdjęcie".
Dodam tylko, że mój brat ma 21 lat, a ja 17.
Kiedy miałam 14 lat, zostałam zgwałcona. Wiem, nie jestem pierwsza i nie ostatnia. Ale moja historia różni się nieco od innych.
Miałam najlepszego przyjaciela. Nazywał się Tomek (imię zmienione) i był trzy lata starszy. Był moim powiernikiem, mogłam mu powiedzieć wszystko. Często chodziliśmy do kina albo tak po prostu wychodziliśmy na miasto. W końcu się zakochałam. Nie, nie w Tomku. W kimś innym, nazwijmy go Łukaszem. Tomek nigdy nie chciał ze mną być, poza tym był na tyle popularny że pewnie miał dziewczyn bez liku. W każdym razie po około dwóch, trzech tygodniach Tomek zaprosił mnie na ognisko do lasu. Miał być on i jego dwie siostry, takie małe, przyjacielskie spotkanie. Znaliśmy się od wielu lat, nie widziałam więc nic dziwnego, mimo że wcześniej takich ognisk nie organizował. Zgodziłam się. I to był największy błąd, jaki popełniłam w życiu. Ognisko było, Tomek był. A wraz z nim parunastu jego kolegów. Związali mnie. Chciałam krzyczeć, ale za każdym razem jak próbowałam, któryś z nich uderzał mnie. W brzuch, w twarz. W końcu usłyszałam szept Tomka. "Wybrałaś kogoś innego zamiast mnie. Ale ja i tak będę cię miał jako pierwszy". Nie rozumiałam. Zdarli mi ubranie i się zaczęło. Tomek był pierwszy, a potem następni. Jeden za drugim. Wielokrotnie. Śmiali się, bili mnie i pluli na mnie. Nie wiem ile to trwało, straciłam przytomność. Obudziłam się rano, naga, zimna, obolała. Wśród moich ubrań znalazłam telefon, zadzwoniłam po policję. Nie czułam bólu, nie chciało mi się płakać. Nie czułam nic.
Teraz mam 23 lata, a ten zwyrodnialec, którego nazywałam przyjacielem, siedzi w więzieniu za pobicie i gwałt ze szczególnym okrucieństwem. Okazało się, że leśniczy zamontował w pobliżu kamerę, bo chciał sprawdzić kto pali ogniska w tym rejonie. Materiał był wystarczający, aby zapuszkować jego i dwóch jego kolegów. Będą siedzieć jeszcze dwa lata. Łukasz mi nie uwierzył, sam był jednym z kumpli Tomka. Obwiniał mnie za to, że doniosłam. Na szczęście nie byłam w ciąży. A teraz siedzę i dalej nie wiem, dlaczego on to zrobił?
Do 10 roku życia byłam uznawana przez moich rówieśników za wariatkę. Chwaliłam się wszystkim kolegom i koleżankom, że mam w domu magiczne koty, które co kilka dni zostawiają mi listy z rysunkami i wierszami.
Owszem, miałam w domu 4 koty, ale wena twórcza należała do mamy, której zależało na tym abym miała wesołe i ciekawe dzieciństwo. Powiedziała mi, że nasze koty nie są magiczne, kiedy sprawa trafiła do szkolnej pani psycholog.
Dodaj anonimowe wyznanie