Może to trochę głupie, ale od 3 lat prześladuje mnie jedna sytuacja.
Będąc w galerii i czekając na film, musiałem pójść skorzystać z toalety.
Dwie ważne informacje:
1. Ze względów zdrowotnych muszę korzystać z kabiny.
2. W sytuacjach, takich jak nagłe wyrwanie mnie z chwili relaksu, strasznie się stresuję. Mój mózg wywala system i zaczynam gadać głupoty.
Dlaczego to ważne?
Otóż gdy byłem w kabinie, giga zrelaksowany po 5 godzinach trzymania, nagle ktoś zapukał w drzwi i zapytał, czy wolne. Mój mózg dostał laga i odpowiedziałem: „Tak, zapraszam” ...
Po tym siedziałem jeszcze z 20 minut w kabinie, żeby mieć pewność, że ta osoba już sobie poszła. Potem, ze wstydem, poszedłem na film, z którego nic nie pamiętam, bo cały czas myślałem o tym, co się wydarzyło.
Zdradzam męża, ale niestety nie to jest najgorsze. Zakochałam się w kochanku. Mam w głowie okropny bałagan, bitwę emocji. Moje małżeństwo nie ma sensu, nic nie ma sensu. Wypaliłam się jako żona. Powinnam mieć okropne wyrzuty sumienia, a ja ich nie mam. Nigdy żaden mężczyzna, i nie mówię tu o mężu, nie doprowadzał mnie do takiego stanu. Czuję się przy nim jak nastolatka, czuję, jakby on wyprzedzał każdą moją myśl i wiedział, czego pragnę. Nigdy żaden facet tak na mnie nie działał. Dostrzegłam jak szare i beznadziejne stało się moje życie, praca, obowiązki domowe, seks od niechcenia raz w tygodniu. Zdradzam, ale nie jest to do końca moja wina, mąż ciągle pracuje, nie poświęca mi czasu, a ja nie jestem samowystarczalna. Cały dzień nie ma go w domu, a kiedy przychodzi, to otwiera piwo i nic go nie interesuje, bo on jest zmęczony. Zmienił się. Tęsknię do czasów, kiedy nie mieliśmy nic, ale za to potrafiliśmy iść do łóżka kilka razy dziennie.
Chciałam odejść, ale mój kochanek nie widzi we mnie swojej kobiety. On chce tylko fizycznych przyjemności. Ja też na początku chciałam tylko tego, ale wraz z upływem czasu zakochałam się w nim. Chciałam z nim być, chciałam odejść dla niego od męża, próbowałam go w sobie rozkochać. Nic mi się nie udało, nawet życie zawodowe to porażka. Praca za minimalną krajową od zawsze. Nie byłabym nawet w stanie sama się utrzymać, a przecież nie mam 20 lat, żeby żyć na wynajętym pokoju ze studentami.
Kiedy jesteśmy razem, przepełnia mnie szczęście, cieszę się tymi chwilami, cieszę się tym, jak mnie dotyka i całuje, jak do mnie mówi. Jesteśmy idealnie dobrani fizycznie i emocjonalnie, działamy na siebie jak przyciągające się magnesy. Kiedy od niego wychodzę, ogarnia mnie smutek. Zaczynam rozumieć, że to wszystko jest na chwilę, że on chce tylko zabawy, a ja przez to cierpię. Mimo że to wszystko wiem, nie potrafię przerwać tego błędnego koła. Wracam do domu i czekam na męża. On nie potrafi już ze mną rozmawiać, nie interesują go moje problemy, nie interesuje go, co robiłam cały dzień. Jedyne czym się interesuje, to co mu zrobiłam do jedzenia i czy nie zapomniałam kupić piwa. Nie lubię już, kiedy mnie dotyka, robię to, żeby jak najszybciej skończył, obrócił się plecami i poszedł spać. Szukam sobie innych zajęć, kiedy razem mamy wolne dni, sprzątam, gotuję, robię wszystko, byleby być zajętą. Wolę, żeby w weekend szybko się napił i poszedł spać, nie chce mi się z nim siedzieć wieczorami.
Piszę to wszystko i sama nie wierzę, jak koszmarne stało się moje życie. Jestem nieszczęśliwa i nie potrafię nic zrobić, żeby to zmienić.
Kiedy miałem jakieś 8-9 lat, zacząłem chodzić na orlik ze starszymi znajomymi. Graliśmy zawsze około 8-9 rano. Był dosyć daleko od mojego domu, więc droga w jedną stronę zajmowała jakieś 30 minut.
Pewnego razu, kiedy doszedłem na miejsce, poczułem rewolucję żołądkową w jelitach, więc przeprosiłem kolegów, powiedziałem, że się źle czuję i poleciałem do domu. Niestety nie udało mi się dobiec i tuż pod domem popuściłem. Wszedłem do domu w ufajdanych dżinsach (nic nie było widać), wleciałem czym prędzej do łazienki i się obmyłem. Ale został problem spodni. W końcu nie mogłem wyrzucić ich do śmieci po prostu, bo ktoś by znalazł i by się śmiali ze mnie, a wtedy mnie to ruszało. Więc zapakowałem je do torby sportowej i poleciałem na sąsiednią dzielnicę, gdzie były altany śmietnikowe. Pech chciał, że akurat dzień wcześniej zamontowali tam kłódki i nie dało się nic wyrzucić bez klucza. No i zdesperowany nie wiedząc, co zrobić, wrzuciłem te spodnie do zielonego kontenera, który okazał się zbiórką odzieży dla biednych dzieci...
I nawet teraz po latach mi wstyd, więc przepraszam tego, kto to znalazł.
Moim pierwszym wspomnieniem jest lanie. Nie pamiętam dokładnie, ile mogłem mieć lat, ale ledwo co sięgałem głową do stołu, z którego chciałem ściągnąć kawałek ciasta urodzinowego mojej siostry. Ojczymowi się to nie spodobało, odepchnął mnie, a potem kopnął. Zapłakany podczołgałem się pod ścianę i zacząłem wołać mamę. Wyglądała przez okno, nie zerknęła na mnie nawet przez ułamek sekundy.
Kolejne wspomnienie: nieco starszy ja wróciłem ze szkoły z pierwszą uwagą w dzienniczku. Ciesząc się, że ojczyma nie ma w domu, bez obaw pokazałem ją matce. Wtedy pierwszy raz dostałem wpier*ol od niej. Zaczęła krzyczeć, szarpać mną, a potem raz za razem policzkowała mnie. Gdy przestała, kazała mi iść do kąta, gdzie stałem bardzo, bardzo długo. W końcu zachlała mordę i mogłem wymknąć się do pokoju.
Od tamtego momentu awantury stały się codziennością, jakby właśnie tego dnia coś się w mojej matce przełamało. Przerosła nawet ojczyma, on używał tylko rąk, a ona znajdywała coraz „lepsze” rzeczy do karania takiego niechcianego, niewdzięcznego bachora. Noga od starego stołu? Wyśmienita. Kapcie? Tylko gdy miała lepszy humor. Chochla? Idealna, gdy napatoczę się w kuchni... Długo by tak wymieniać. Kiedyś pękłem i po prostu zapytałem ją dlaczego, za co mi to wszystko robi? „Bo jesteś zbyt podobny do ojca” – wywarczała.
Często również mawiała, że nikt mnie nie kochał, nie kocha i nie będzie kochać. Wpajała mi, że jestem zerem, niepotrzebnym gównem i nie zasługuję na nic.
Zatracałem się powoli w nienawiści do całego świata. Im starszy byłem, tym częściej myślałem o śmierci.
Bicie ustało wraz z dniem, gdy się postawiłem. Byłem już „dużym” chłopcem i chociaż nie jestem teraz z tego dumny, po prostu oddałem ojczymowi na oczach matki. Wtedy zostały im tylko słowa. Choroba? „Szkoda, że nie zdychasz”. Złamana ręka? „Szkoda, że nie kark” itd.
Gdybym kiedyś na szkolnym korytarzu nie zobaczył tego pięknego uśmiechu, tej radości w oczach koleżanki mojej siostry, nie wiem, jak bym skończył. Poprawczak, więzienie albo cmentarz. Poznałem swojego Anioła, który pomaga mi teraz jeszcze bardziej. Wcześniej sama jej obecność dodawała mi siły i wiary. Ona, nasze dzieciaki, wiem, że dla nich warto żyć, wiem, że dla nich jestem ważny.
Walczę z przeszłością, mimo że nawet po tylu latach wciąż śni mi się matka machająca przed moją twarzą swoją nową „zabawką” do bicia. Zapisałem się do psychologa, trzymajcie za mnie kciuki. Może niedługo nawet te koszmary znikną.
Chciałam się poradzić w sprawie, która od dłuższego czasu mnie męczy. Sama nie wiem, czy coś ze mną jest nie tak i nie potrafię cieszyć się tym, co mam. Chodzi o mój związek i mojego partnera.
Jesteśmy razem od liceum, już ponad 5 lat. Do pewnego momentu był to burzliwy związek, z czasem jednak udało nam się większość rzeczy wypracować. Jednak po 5 latach wkradła się z mojej strony pewna nuda w związku. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak by to było z kimś innym. Jak by to było być singlem, bo tak naprawdę nie miałam okazji doświadczyć życia singla, więc po prostu mnie to ciekawi. Dużo osób naokoło zaczęło się zaręczać, co wywołuje u mnie jakiś niepokój i strach. Mam 23 lata, on też, ale nie czuję się kompletnie gotowa na takie deklaracje, nawet nie mieszkamy razem. Zastanawia mnie, skąd mieć pewność, że to właśnie z tą osobą chce się spędzić resztę życia. Przecież w życiu nie ma nic pewnego. Boję się małżeństwa, a nie chciałabym rozwodu, ponieważ doświadczyłam rozwodu rodziców jako dziecko.
Jeśli chodzi o seks, to sprawa też podupadła, po 5 latach nie jest to już dla mnie takie ekscytujące i coraz częściej odmawiam lub robię to tylko żeby jemu nie było smutno. Jest to frustrujące dla obojga, ja czuję presję, a on czuję się nieatrakcyjny. Nie wiem, jak to zmienić, a bardzo bym chciała. Jest bardzo przystojny i dobrze zbudowany, miałby powodzenie. Ja to widzę natomiast z drugiej strony – czuję, że już nic mnie nie zaskoczy.
Druga bardzo uwierająca mnie sprawa to według mnie brak wspólnych pasji i zainteresowań. On jest bardziej typem domatora, niewiele potrzebuje do szczęścia. Ja uwielbiam sport, podróże, poznawanie nowych rzeczy, potrzebuję adrenaliny. Nie chcę, żeby życie przeleciało mi przez palce. Wciągnęłam go trochę w narciarstwo i chodzenie po górach, ale to zawsze wygląda tak, że muszę go namówić, wymyślić cały plan, nocleg, wszystko jest na mojej głowie. On za to zawsze jest kierowcą. Chciałabym, żeby on kiedyś wyszedł z inicjatywą, gdzieś mnie zabrał, pokazał coś nowego, żebym czuła, że dzięki temu związkowi się rozwijam. Jego zainteresowania to piłka nożna i siłownia. Oprócz tego jest bardzo ambitną osobą i rozwija się zawodowo w szybkim tempie, co podziwiam oczywiście i wiem, że odniesie zawodowy sukces.
Teraz nadchodzą wakacje, a ja zamiast radości czuję smutek, bo wiem, że będę musiała proponować i namawiać, a on tylko będzie mówił, że nie jest w stanie się określić, że zobaczymy (zawsze jest jakieś „ale”), w końcu gdzieś pojedziemy, zrobimy, ale będzie to takie wymuszone i nie da tyle radości, chciałabym, żeby to przychodziło obustronnie, swobodnie. Ja bardzo chcę eksplorować świat i próbować nowych dyscyplin sportowych, nie wyobrażam sobie innego życia.
Rozmowa tylko pogarsza sprawę, on mówi, że wcale tak nie jest.
Moja partnerka przyznała się do tego, że fantazjuje o trójkącie z innym mężczyzną, jednocześnie składając mi propozycję takiej „innowacji”. Nie zgodziłem się, bo mnie to obrzydzało oraz moja duma poczuła się lekko urażona, szczególnie że w tamtym momencie nasze życie łóżkowe nie było specjalnie gorące.
Od tamtego czasu minęło już kilka miesięcy i moja początkowa złość zamieniła się w coś innego. Nie mogłem przestać o tym myśleć, że miała śmiałość zapytać o coś takiego, gdy ja się obawiałem pytania o mniej wyuzdane rzeczy. Od tego czasu nasze życie seksualne bardzo się też poprawiło. Cały czas w głowie miałem tę rozmowę oraz po pewnym czasie zacząłem sobie wizualizować to, co ona zaproponowała, aż skończyło się po prostu na fantazjowaniu.
Teraz, po kilku miesiącach, mam trochę inne przemyślenia niż na początku. Gdybym miał pewność, że w żaden sposób nie wpłynie to negatywnie na nasz związek, to bym się z chęcią zgodził. Takiej pewności jednak nie mam, więc postanowiłem nigdy nie przyznawać się jej do moich przemyśleń i fantazji.
Moim największym kompleksem jest mój nos. Nie chodzi o jego rozmiar, ale o dźwięk, jaki wydaje. Jestem drobną, młodą babeczką. Z pozoru cicha i spokojna... do czasu aż nie kichnę. Nigdy nie potrafiłam kichać cicho lub stłumić kichnięcia. Za nic. Zawsze kichałam głośno i potężnie. Jeśli kiedykolwiek słyszeliście tzw. „kich starego”, to ja go przebijam stokrotnie. Dodatkowo muszę powiedzieć, że moje kichnięcie brzmi ordynarnie, a konkretnie jego końcówka, ponieważ brzmi mniej więcej jak „AH-AH-AAAPCH'UJ!!”. Kicham tak, że sąsiad z drugiego końca wsi krzyczy mi „na zdrowie!”, a w jednostkach straży pożarnej włączają się syreny alarmowe, wrony zaczynają latać do góry brzuchami, a amstaff sąsiada prawie się o budę zabił. Cóż, przynajmniej mam mocne płuca... chyba.
Tak że jakby ktoś zarzucił poradą, jak nauczyć się kichać cicho, to złotem obsypię.
Martwię się o mojego chłopaka.
Przyjeżdża do mnie – przywozi sobie piwa. Widzi się z kolegami – piją piwa. Idzie na mecz – pije piwa. Ognisko czy grill – piwa. Ostatnio co chwila widzę lub słyszę PIWO. Nie pamiętam, kiedy przyjechał do mnie bez niego. Ach, na urodziny mojego taty – wtedy przywiózł flaszkę. W jego otoczeniu są osoby nadużywające alkohol i bardzo się boję, że on do nich dołączy albo już dołączył.
Pracuję w dużej firmie, typowe korpo, ponad 1000 pracowników. Jest tam oczywiście zakładowa kantyna, gdzie można zjeść, bo jest zniżka 50%, to korzystam. Idę dzisiaj i siadam koło znajomego, a on kurna chory, kaszle, kicha, widać, że gardło zawalone i mi pieprzy, że ma alergię. Ile razy jest chory on czy żona czy jego dzieci, to pieprzy, że mają alergię. Sam jestem alergikiem, biorę często leki, bo mam uczulenie na trawę i kurz, do tego mam astmę i wiem, jak wygląda kaszel po alergii, do tego mam od dziecka leki na alergię i umiem rozróżnić alergię od przeziębienia. Niektórzy to jednak są nie tylko tumanami, ale i pieprzonymi egoistami, przychodzi gnojek do pracy chory, bo straci na L4 parę złotych, i zaraża innych.
Gdyby nie to, że muszę wychodzić z psem, to w ogóle nie rozmawiałabym z ludźmi. Taki typ człowieka ze mnie, że boję się zawierać znajomości.
Mój towarzyski pies zaczepia wszystkich po kolei i dzięki niemu mam okazję z kimś pogadać tak o niczym :)
Dodaj anonimowe wyznanie