Kocham Indie i moim największym marzeniem zawsze była podróż do tego kraju. Czytałem sporo książek o Indiach, a nawet nauczyłem się trochę języka... W końcu - stało się. Kupiłem bilet, wsiadłem w samolot i ruszyłem na poszukiwanie przygody. Podróż minęła mi dobrze, chociaż całą drogę bałem się, żeby gdzieś przypadkiem nie zaginął mi bagaż (słyszałem, że przewoźnicy często miewają takie wpadki). Na szczęście nic takiego się nie stało.
Na lotnisku w Delhi czekał na mnie mój serdeczny przyjaciel Abhi - Hindus, którego poznałem, gdy ten był w Polsce na wymianie studenckiej. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do domu mojego gospodarza. Abhi chciał zapłacić za kurs, ale kategorycznie mu tego zabroniłem.
Zapytałem taksówkarza, ile się należy. Ten podał cenę równą ok. 30 polskich złotych. Szybko odliczyłem hajs i chciałem mu go wręczyć, lecz wtedy do akcji wszedł Abhi.
Okazało się, że ceny są tam znacznie niższe i taryfiarz usiłował mnie oszukać. Mój przyjaciel nawrzeszczał na niego, wyzywając od cwaniaków, naciągaczy i kutasiarzy, którzy sprawiają, że turyści wyrabiają sobie złą opinię o Hindusach. Na koniec burcząc, rzucił taksówkarzowi połowę odliczonej kwoty i dosłownie wyciągnął mnie z pojazdu, na odchodnym rzucając kierowcy kwiecistą wiązankę na temat złego prowadzenia się jego matki.
Kiedy zrozpaczony patrzyłem, jak taksówka znikała gdzieś na linii horyzontu, Abhi przyjacielsko klepnął mnie w plecy pytając:
- No i jak ci minęła podróż, stary druhu?
- Dobrze - odrzekłem zgodnie z prawdą. - Aż do momentu, kiedy przegoniłeś w trzy diabły taksówkę z całym moim dobytkiem w bagażniku...
Siedem lat temu miałam bardzo pechowy rok - najpierw wypadek samochodowy i kalectwo, potem zostałam napadnięta trzy razy (dwa razy w nocy i raz za dnia). Pod koniec roku prawie doszło do włamania - włamywacze byli już w ogrodzie, ale zdążyłam zadzwonić po policję (a to wcale nie było takie łatwe, bo jeszcze wtedy mieliśmy telefon stacjonarny na parterze, a ja byłam nieogarniętym dzieckiem i kaleką, mającą swój pokój na piętrze). Włamywacze zdążyli zabić nam psa, ale zostali schwytani.
Od tamtej pory nie wychodzę z domu (mam nauczanie indywidualne).
Nawet psycholog przychodzi do domu i od siedmiu lat leczy mnie z traumy, której nie mam. Prawda jest taka, że siedzenie w domu jest po prostu wygodne i nagle wszyscy zrobili się mili - rodzice, którzy wcześniej traktowali mnie jak powietrze, nagle poświęcają mi czas, patologiczna siostrzyczka nagle obsypuje prezentami, przyjaciele nagle mili. Nagle każdy mnie kocha i życzy "wyleczenia traumy", chociaż wcześniej byłam niechcianym dzieckiem do bicia.
Kilka (kilkanaście?) lat temu, za czasów pięknej podstawówki byłyśmy z siostrą bardzo zaangażowane w życie naszej parafii. Do tego stopnia, że gdy zmarł nasz proboszcz - naprawdę cudowny człowiek - ustawiłyśmy na komputerze wspaniałą tapetę, dzieło godne najlepszych mistrzów painta: czarne tło, biało-czarna fotografia proboszcza i cudownie jaskrawy zielony podpis: Odszedł Pasterz od nas...
Do dziś podziwiam rodziców, że tego nie skomentowali.
Kilka lat temu zostałam wraz z mężem zaproszona na wesele. Teściowa zgodziła się zaopiekować naszym 4-miesięcznym wówczas synkiem.
Bawiliśmy się świetnie, ale koło godziny 20.00 zaczęło doskwierać mi nieprzyjemne uczucie przepełnienia w piersiach - karmiące mamy wiedzą, o czym mówię. Uwiadomiłam sobie, że laktator został w domu, czyli jakieś 150 km od miejsca imprezy, musiałam więc poradzić sobie ręcznie. Zamknięta (tak przynajmniej wtedy mi się wydawało) w kabinie przystąpiłam do "dojenia". A że cały proces był bardzo powolny, wpadłam na genialny pomysł. Postanowiłam własnoustnie wyssać pokarm z piersi.
Gdy byłam w trakcie, do kabiny wparowała 8-9-letnia dziewczynka.
Mam nadzieję, że widok dorosłej kobiety nagiej od pasa w górę, trzymającej własną pierś w ustach, nie zostawił trwałego śladu w psychice tego dziecka.
Jakiś czas temu przygarnęłam psa ze schroniska. Pieseł chyba był nietrafionym prezentem pod choinkę, albo właściciele uświadomili sobie, że wyrośnie z niego sporych rozmiarów pieseł, bo pozbyli się go nadzwyczaj szybko, zostawiając go w transporterze pod bramą schroniska.
Archimedes jest czekoladowej maści labradorem, ale nie było przy nim nic, oprócz jego miski i smyczy, ciężko więc powiedzieć jakich miał przodków i gdzie został kupiony. Jak to pies ze schroniska.
Kilka dni później, kiedy zostaliśmy już najlepszymi kumplami ever, zrobiłam piękną fotę i wrzuciłam na Twarzoksiążkę.
Kiedy mój telefon oznajmił, że mam kilkanaście nowych komentarzy, byłam zachwycona. Dopóki nie zaczęłam czytać. Oto kilka z nich:
- adoptuj, nie kupuj!
- pewnie z pseudohodowli!
- tyle niekochanych psów czeka w schroniskach, a ty kupujesz!
- a papiery masz?!
Lawina hejtu, jaka się na mnie posypała, była ogromna. Zarzucono mnie linkami dot. kwestii prawnej, związków hodowców, kar itp.
Zabolało, zwłaszcza że byli to moi prywatni znajomi, a przy tym nikt tak naprawdę nie interesował się tym, skąd go mam. Zainteresowanie wzbudził tylko "rasowy" wygląd Archimedesa.
Odczekałam jeszcze trochę, po czym wrzuciłam w komentarz zdjęcie dokumentu z pieczątką schroniska, które dostałam (od schroniskowego weterynarza). A potem znacznie zredukowałam sobie listę znajomych.
Kampanie społeczne to dobra rzecz, ale cieszę się, że Archimedes jednak nie umie czytać, bo jak nic wpadłaby psina w kompleksy :D
Chciałam właśnie podziękować Anonimowym za uratowanie mi domu, zdrowia, a nawet życia.
Zostawiłam olej na palniku dosłownie na sekundę, a ten zajął się ogniem. Przypomniałam sobie wyznanie o tym, jak gasić olej, gdy się zapali (nie dawać pod strumień wody, a przykryć mokrą szmatką, by odciąć dopływ tlenu).
Dziękuję, Anonimowe, za to wyznanie!
Uważajcie na siebie.
Kiedy byłam mała, myślałam, że powiedzenie "w mordę jeża" wzięło się stąd, że był kiedyś święty Wmordejerz, którego wzywa się w różnych beznadziejnych sytuacjach, żeby pomógł.
Z błędu wyprowadziła mnie katechetka, kiedy podczas lekcji o świętych, spytałam kim był święty Wmordejerz.
Mam 26 lat, fajną pracę i jestem w szczęśliwym związku. Ale jednak gdzieś w życiu się coś poplątało. Wczoraj, będąc z chłopakiem i jego znajomymi w centrum na piwie, spotkałam koleżankę z liceum, która wyskoczyła ze swoimi koleżankami na piwo. I od wczoraj nie mogę przestać płakać, bo uświadomiłam sobie, że ja tak naprawdę nie mam z kim wyjść nawet na takie piwo czy zadzwonić i tak o pogadać o dniu codziennym.
Nie mam ani jednej koleżanki, o przyjaciółkach nie wspominając. I boję się tego, że któregoś dnia, mój chłopak postanowi poruszyć temat ślubu, a ja... nawet nie będę miała kogo poprosić o zostanie starszą... Ewidentnie coś poszło bardzo nie tak.
Przepraszam, ale musiałam się uzewnętrznić.
Od pewnego czasu razem z siostrą zajmujemy się czteroletnim husky, który ma chore biodro i był zaniedbywany. To pies naszych sąsiadów, ale ze względu na to, że ich nie ma w domu całymi dniami, a ja mam pracę, którą wykonuję w domu, jestem w stanie robić sobie przerwy na zabawy i spacery z pieskiem :)
Dzisiaj dosłownie 15 minut temu dostałam SMS od właściciela naszej maskotki, w którym napisał, że chce ją oddać do schroniska, ponieważ nie jest w stanie jej pomóc ani utrzymać. Napisał tam również, że związku z tym, że ja i moja siostra się nią zajmujemy, mamy pierwszeństwo do tego aby ją zaadoptować, ale jeśli to nie wypali, będą zmuszeni oddać ją do schroniska albo znaleźć jej nowy dom.
Nie powiem, bo zakochałam się w tej psince i moje zarobki są w stanie pokryć jej leczenie, jak i również ją wyżywić, a nawet i pokupować dużo smakołyków oraz zabawek.
Jest tylko jeden problem, mianowicie jest to mój tata, który jestem pewna się nie zgodzi aby przygarnąć psinkę do naszego domu, w głębi serca ją kocha tak samo jak moja siostra ja i mama, ale i tak trzyma się swego i nie ufa nam, że damy radę z tym wyzwaniem.
Za pół godziny, gdy tata wróci z pracy mam zamiar z nim porozmawiać i jak postanowiłam, zrobię wszystko, żeby trafiła do nas. Trzymajcie kciuki :)
Moi rodzice i rodzeństwo dalej mają nadzieję, że wyjdę za mąż.
Niby normalne - z tym że już dawno temu uświadomiłam ich, że moja wieloletnia "przyjaciółka" jest w istocie moją wieloletnią partnerką życiową...
Dodaj anonimowe wyznanie