Niejedna osoba zna ten scenariusz:
Rodzice wychodzą z domu, a dziecko zostaje w domu samo. Wie, że rodziców nie będzie parę godzin. Wpada na pewien pomysł, bo chce, by rodzicom było miło, byli zadowoleni, dziecko te chwalili, komplementowali, przytulali, kochali. Chce być takim dobrym i odpowiedzialnym, dorosłym synem/córką. Postanawia więc trochę w tym domu posprzątać.
Zaczyna więc od swojego pokoju, w którym układa wszystko na swoje miejsce, by było ładnie i schludnie. Później zabiera się za inne pomieszczenia. Myje podłogi na błysk, z których można potem wręcz zjeść. Odkurza, by z dywanów także szło konsumować. W całym domu układa rzeczy, by wyglądało ładnie. Jak starczy czasu, to nawet kurze pościera, ale zdecydowanie najpierw zmyje naczynia. Jeżeli jest zwierzak, to i nim się zająć, wyczesać czy się pobawić. Robi nawet małe czynności jak nalanie wody do konewki, otwiera okna, by się przewietrzyło, psika w mieszkaniu odświeżaczem powietrza. Stara się, nawet jeśli nie wychodzi. Rezultaty muszą zadowalać, a gdy już tak jest, dziecko czmycha do siebie.
Z niecierpliwością siada takie zadowolone, że zdążyło zrobić co zaplanowało i pozostało teraz czekać, kiedy rodzice przyjdą, docenią, pochwalą.
Rodzice się zjawiają i gaszą zadowolenie dziecka, narzekając, że ciągle tylko siedzi i nic nie robi. Że jest takie nieprzykładne i beznadziejne. Że nigdy nie pomoże, a jak to zrobi, to raz na rok... Dziecko staje się smutne, ale myśli, że jak będzie robić tak częściej lub więcej - mama w końcu przytuli do piersi i pogłaska po główce...
Od zawsze staram się przypodobać w szczególności mamie. Staram się jej jakoś pomagać wypełniać domowe obowiązki. Nigdy mnie za to nie pochwaliła. Nigdy nie podziękowała mi za bezinteresowną pomoc. Prawie nigdy nie zauważyła, że ktoś zrobił coś za nią i z czymś ją odciążył. Nigdy nie była ze mnie zadowolona, ba - ciągle mówiła, że ją zawodzę.
Mam 19 lat i ciągle pod nieobecność rodziców robię coś dla nich. Czy to przygotowanie do obiadu, czy to umycie właśnie mieszkania, albo jakaś kawa, herbata...
Nigdy mi nie powiedzieli, że mnie kochają.
Mam koleżankę, ba Przyjaciółkę! Przynajmniej tak myślałam do niedawna...
Były czasy, że nie powodziło się jej najlepiej, brak kasy, dużo szło na leki(podobno), na kredyty, na naprawdę auta. Płacz w rękaw jaka to ona biedna. Żal mi było więc głupia pożyczyłam jej kasę! I to był błąd.
2 lata już czekam aż szanowna pani odda. Jest taka biedna, że jej córcia nosi buty Nike, bo przecież w innych sklepach nie ma odpowiedniego dla niej obuwia. Plecak do szkoły za 200, bo przecież musi być super trwały. Co chwila jakieś nowe zabawki, bo tamte już stare(2mies faktycznie stare). Kino tylko w mega wypas galerii gdzie bilety mega drogie. Co tydzień pizza i McDonald.
A już całkiem mega podniesienie ciśnienia jak okazało się, że pojechała z rodzinka na wakacje, bo odpoczynek się należy! A moja kasa?! Co miesiąc słyszę to samo, że odda i jakoś zawsze jakieś ma nieszczęście.
Wiem koleżanko, że to czytasz. Mam nadzieję, że wstyd ci się zrobi i w końcu oddasz moja kasę. Tak moja, którą ciężko zarobiłam pracując i biorąc nadgodziny. I przykro mi, że jesteś taka perfidna zołzą, która nie wie co to przyjaźń.
Od zawsze słyszałam, że mam talent w pewnej dziedzinie artystycznej.
Rozwijałam się, ale dość słabo, ze względu na moje lenistwo. W pewnym momencie to po prostu rzuciłam, bo nigdy innym nie dorównam etc. Ani chłopak, ani przyjaciele, ani rodzina nie potrafili mnie zmotywować. Jednak pewnego dnia coś się zmieniło. Zaczęłam ćwiczyć codziennie i wystrzeliłam w górę, osiągając sukcesy w tej dziedzinie. Nikt nie wie, co się stało, że się wzięłam za swój "talent" i go nie marnuję, ale Wam powiem.
Zobaczyłam podczas ogólnego stalkowania, że mój były wrzucił zdjęcie z jakąś dziewczyną, z którą się całuje, przestalkowałam ją i zobaczyłam, że też jest artystką.
No to ja, jak to typowa dziewczyna - nie będę gorsza od dziewczyny mojego byłego, wzięłam się za siebie i tak zostało do dziś.
PS I tak się rozstali.
Mieszkam na skraju miasta. W mojej okolicy pełno jest pól, łąk i niewielkich skupisk drzew, a co za tym idzie jest też mnóstwo wszelkiego rodzaju chwastów itp. Od zawsze tłumaczyłam swojemu dziecku, żeby idąc drogą nie wyciągał rąk w stronę roślin i ich nie łapał, bo niektóre mogą być niebezpieczne.
Synek obecnie ma 6 lat i jakoś dalej nie mógł zapamiętać, by trzymać rączki przy sobie.
Dałam mu więc lekcję poglądową i poleciłam zerwać pokrzywę.
Wiadomo, krzyku było co niemiara, ale od tamtej pory nauczył się, że jak nie zna jakiejś rośliny, to ma jej nie ruszać.
Cała rodzina mnie nienawidzi, bo nie zamierzam robić hucznego wesela... W ogóle go nie będzie. Idziemy do urzędu, załatwiamy co trzeba i do widzenia.
Cóż... Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko to, że jestem introwertykiem, a mój narzeczony nienawidzi nawet małych przyjęć i nie zamierzamy się męczyć, by reszta rodziny była szczęśliwa.
Zdarzyło się Wam kiedyś ślizgać w kabinie prysznicowej? Tak więc ja tydzień temu się tak poślizgnąłem. Wybiłem dwie szyby w kabinie, kawałki szkła weszły mi w pośladek i udo oraz złamałem nogę. Żeby dojechać do szpitala musiałem zadzwonić po rodziców. Usiąść nie mogłem, bo miałem szkło w pośladku. Tak więc mina ludzi widzących mnie wypinającego swoją dupę w oknie – bezcenna.
PS. Pozdrawiam Pana doktora, który szył mi dupę. Bardzo miły facet
Wiedziałam, że ściany w moim bloku są cienkie, ale nie że aż tak.
Siedziałam sobie elegancko na tronie (jak wiadomo, w łazience dodatkowo rozchodzi się echo) i w pewnym momencie puściłam bąka, ale nie byle jakiego bąka. Był to bąk o dźwięku, jaki wydobywa się z puzonu co najmniej, dodatkowo wzmocniony klozetem, który zadziałał niczym głośnik.
"Łoo, który z was takiego bączora zasadził?!" - to usłyszałam po chwili zza ściany.
Druga połowa lat 90. Ja, nastoletni gówniak, idąc za modą oraz miłością do ciężkiej muzyki, postanowiłem zostać metalowcem. Ale nie jakimś niu-metalowym pozerem w koszulce Korna, tylko takim tru, w glanach, czarnej skórze i z plecakiem wojskowym obwieszonym milionem naszywek!
Aby osiągnąć wymarzony wizerunek potrzebna była jeszcze tylko jedna rzecz - długie, tłuste włosiska, ażeby móc łopotać łbem na koncertach. Decyzja podjęta - zapuszczam. Nigdy nie spodziewałem się, że to kurewstwo będzie rosło tak długo.
Najpierw kłaki właziły mi w oczy, potem zaczęły się kręcić we wszystkich kierunkach, ale dałem radę. Po dwóch-trzech latach unikania nożyczek moje pióra miały zadowalającą długość. Nastał wreszcie ten dzień, że mogłem pójść do fryzjera i poprosić o lekkie korekty. Z tyłu miałem bowiem zdecydowanie dłuższy dywan niż z przodu.
Znalazłem na osiedlu jakiś mały zakład o wyglądzie zapchlonej speluny. W środku, na fryzjerskim krześle drzemał sobie staruszek. Obudzony, założył na nos okulary z grubymi szkłami, narzucił na siebie fartuch i zapytał:
- Jak tniemy? Na łyso czy na Scootera?
- Ani tak, ani tak. Proszę o urżnięcie z tyłu tak ze 20 centymetrów.
Usiadłem, dziadek zarzucił na mnie chustę, przejechał mi po kłakach grzebieniem, a następnie, chwyciwszy mi grzywę z przodu CIACH! - uwalił ze 20 centymetrów... Zanim zdążyłem wrzasnąć, że chodziło mi o włosy z tyłu czaszki, parzyłem na żałosne odbicie w lustrze. Przede mną siedział gość o załzawionych oczach i fryzurze typu "krótko z przodu, długo z tyłu". Obciachowa grzyweczka do wysokości brwi, a z tyłu strąki sięgające niemalże połowy pleców.
Wisienką na torcie był mój młodzieńczy wąsik, który całkiem spoko prezentował się w wersji "metalowej", natomiast teraz mógł pełnić funkcję ostatecznego trofeum wokalisty białostockiego zespołu disco-polowego.
Wybiegłem z zakładu nie płacąc, za to w panice naciągając sobie na łeb kaptur mojej bluzy. W domu, kiedy opanowałem trzęsące się ręce, chwyciłem za nożyczki i maszynkę do golenia mojego taty. Zjechałem się na zero. Kumplom w szkole powiedziałem, że znudziły mi się długie kłaki i że im też radzę je obciąć, bo wyglądają jak ciołki, a nie prawdziwi faceci...
Mam bardzo obfity okres. W nocy śpię na macie do sikania dla małych piesków. Mimo wszystko nie wyobrażam sobie spać bez majtek, więc nakładam potężną podpachę i kładę się na matę.
Drugiego ranka wyprowadzania z Ziemi Egipskiej, gdy się obudziłam, było jakoś dziwnie sucho. Mój chłopak jeszcze spał, kiedy zdejmowałam bieliznę, by sprawdzić, jak sprawy się mają. Okazało się, że okres był i równiutko wypełnił całą podpaskę krwią. Bardzo ucieszyłam się na ten widok, bo leczenie w końcu podziałało. Niewiele myśląc, obudziłam podekscytowana mojego lubego i z waflem na twarzy pokazałam, jak "zmieściłam" się w podpasce. Na ten widok zwymiotował na pościel, po czym powiedział: "To wspaniale, kochanie".
Tak że ten... nigdy tego nie róbcie.
Pozdrawiam.
Denerwuje mnie poprawność polityczna w filmach.
Nie jestem rasistką, ale widząc film, w którym akcja rozgrywa się w średniowieczu i czarnych rycerzy, ogarnia mnie irytacja. Tak samo jak śmieszne wydaje mi się, gdy historia toczy się na początku ubiegłego wieku i dostrzegam czarnoskórych w cylindrach, drogich marynarkach, uczestniczących na bankietach z białymi. Bardzo często dostrzegam takie przypadki, w zasadzie zawsze w filmach amerykańskich.
Ostatnio podczas oglądania czegoś razem, mój chłopak zapytał dlaczego ryczę ze śmiechu. Śmiałam się, bo film opowiadał o Krzyżowcach i dostrzegłam czarnoskórego rycerza zakonu krzyżackiego.
Rozumiem, że należy szanować ludzi bez względu na kolor skory, ale błagam - taka przesadna polityczna poprawność wygląda komicznie. Nie wiem, tylko mnie takie rzeczy denerwują?
Dodaj anonimowe wyznanie