#2Ftdh

Pewnie każdy miał już okazję spotkać w swoim życiu żulika, który pytał o jakieś drobne na bułkę, po czym wychodził ze sklepu z winem marki "Vino"...
 
Jakiś czas temu na przystanku PKS zaczepił mnie właśnie tego typu jegomość i zapytał o 1,50 zł na bułkę. Choć przeczuwałem, że celem zakupu jest właśnie winko, dałem mu 2 zł. Po chwili ów mężczyzna wraca do mnie z bułką słodką w ręce, uśmiech ma od ucha do ucha i oddaje mi resztę.

Nie przyjąłem. Powróciła mi wiara w ludzi :-).

#eLeJS

Fana Władcy Pierścieni można spotkać wszędzie.

Wybrałam się ostatnio pociągiem do Warszawy. Kasa pusta, to nie zastanawiam się i podchodzę.
- Poproszę bilet do Śródziemia.
Stoję i czekam, pani za okienkiem dziwnie się patrzy. Do mnie dotarło co powiedziałam, już miałam się tłumaczyć ale miła pani mnie wyprzedziła.
- Wie pani, też bym chciała, ale żaden ze mnie Gandalf i mogę pani wydrukować tylko bilet do Śródmieścia. 9,80 poproszę.

Przyjęła pieniądze, podała mi bilet, życzyła miłej podróży i radziła uważać na to co mówię, bo ona w razie pomyłki Wielkiego Orła po mnie nie wyśle :D

#fldVe

Moja córka jest homoseksualna. Nie mam z tym najmniejszego problemu i w pełni ją akceptuję. W końcu jest moim największym skarbem.

Przed tym, jak parę tygodni temu wyjechała na studia, mieliśmy szczerą rozmowę. Wyznała mi, że mogłaby być w związku z mężczyzną, ale tylko wtedy, kiedy byłby taki sam jak ja.

To był najwspanialszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem. Płaczę do tej pory, kiedy to wspominam.

#YrAmx

W pociągu spotkała mnie bardzo niecodzienna, jak na dzisiejsze standardy, sytuacja.

Zająłem miejsce w przedziale, w którym siedział już pan, który mógłby być moim dziadkiem. Po paru minutach zagaił rozmowę: opowiadał, że właśnie wraca od córki, że jeździli na wycieczki i tak dalej. Byliśmy w przedziale sami.

Porozmawialiśmy chwilę o rożnych przyziemnych sprawach. Powspominaliśmy nasze młodsze lata - chociaż mam nieco ponad 20 lat, więc daleko cofać się nie musiałem - ale okazało się, że moje dzieciństwo było chyba bardziej zbliżone do dzieciństwa mojego rozmówcy niż obecnych dzieci. Sarkaliśmy wspólnie na dzisiejsze czasy, w których ludzie prawie ze sobą nie rozmawiają, a już na pewno nie w takich sytuacjach, jak nasza - w pociągu, z osobą w gruncie rzeczy nieznajomą.

Rozmowa toczyła się w najlepsze, aż pan w którymś wątku napomknął, że tęskni za znajomymi z grupy wsparcia, na którą chodzi. To rzucone mimochodem stwierdzenie wywołało u mnie niemałą konsternację. Nie samym faktem, że ktoś korzysta z grupy wsparcia, lecz tym, że wyznaje tak intymne, bądź co bądź, fakty ze swojego życia osobie, którą zna ledwie od godziny. Próbowałem zamaskować swoje zaskoczenie, ale aktor ze mnie mierny i na takie wyznanie nie potrafiłem wydusić z siebie słowa.

To był dopiero początek - miły pan zaczął opowiadać o swoim nieudanym małżeństwie, o rozmaitych problemach, które miał w przeszłości i obecnie. Robił to tak, jakby miał do mnie pełne zaufanie. W pewnym momencie coś we mnie pękło... i również zacząłem mu się zwierzać ze swojej niełatwej przeszłości, z rzeczy, z których przed nikim wcześniej się nie wywnętrzałem, a które były podobne do jego problemów.

Te nasze anonimowe wyznania trwały chyba ze dwie godziny.

Powiem wam, że z początku byłem nieco zmieszany i wręcz zażenowany łatwością, z jaką starszy pan obnażał się przede mną ze swoich sekretów. A po chwili zrozumiałem, że chciał się po prostu wygadać, że było mu ciężko. Mnie też było ciężko nosić w sobie różne przygnębiające doświadczenia, a tu mogłem to po prostu z siebie wyrzucić, mimo że z reguły nie jestem szczególnie wylewny. Pomyślałem, że przecież pewnie nigdy więcej się nie spotkamy, więc co mi szkodzi?

Były to dni, kiedy rozmyślałem o tych wszystkich trudach, przez które przechodziłem. I Bóg postawił na mojej drodze tego niepozornego mężczyznę. Rozmowa z nim była dla mnie terapią, bo są sprawy i emocje, które zrozumie tylko ten, kto sam podobne przeżył. Otrzymałem od obcej osoby mnóstwo ciepła, którego tak bardzo potrzebowałem.

Dotarło do mnie, dlaczego wiele osób wylewa tutaj swoje żale - bo nikt ich tu nie zna, a gdy człowiek się tak wywnętrzy, to jest mu lżej.

Wiem, odkryłem Amerykę tym stwierdzeniem.

#WcAZ3

Jestem właścicielem małej gastronomii nad zbiornikiem wodnym. I bardzo lubię doprowadzać klientów do płaczu. Oczywiście jestem zawsze miły i pomocny dla wszystkich, ale...

Nie lubię ludzi typu "hura hura pan podwóra", ponieważ prawie zawsze na dzień dobry taki delikwent (zazwyczaj chodzą grupami) ogłasza wszem i wobec, że jego danie "musi być ostre, ale tak porządnie, a nie jak dla jakichś prawiczków".
Więc ja, stosując zasadę "klient ma zawsze rację", grzecznie informuję o możliwości dodania do zamówienia ostrej papryczki. Odpowiedź jest zawsze taka sama: "Dawaj pan ile wlezie". No więc oczywiście dodaję naszą firmową papryczkę habanero tak od serca, ale robię to w taki sposób, żeby nie dało się jej tak łatwo pozbyć (wkładam pod ser, który się roztapia).

I tak z wielkich twardych panów zostają mali, płaczący, zawsze pociągający nosem - jakby ich życie od tego zależało - chłopcy.
A ja próbuję powstrzymać śmiech, obsługując kolejnego klienta.

#r4elp

Kilka dni temu przeczytałem wyznanie #sgyzc . Przyznaję autorowi rację, żeby nie ufać szkolnemu pedagogowi. Może mieliśmy pecha do pedagogów, ale ciężko mieć inną opinię skoro zawsze było się przez nich okłamywanym.

Przez większość czasu mojej edukacji byłem przedmiotem kpin i uciechy. Niejednokrotnie zdarzały się konflikty z rówieśnikami, którzy byli zawsze anty. Nie raz, nie dwa sprawa trafiała do pedagoga, i zamiast się cieszyć z tego, że wreszcie sprawcy zostaną ukarani za swój czyn, niczym bramy piekła otwierały się przede mną drzwi do jego gabinetu. Standardowa szczera rozmowa, deklaracje o tym że ONI nie mieli prawa mi dokuczać, i jeżeli powiem całą prawdę jak było, to zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, i moje życie będzie miodem i mlekiem płynące aż do aksamitnych stóp oceanu szczęścia i rozkoszy.

Niestety, proszę Państwa, oprawcy zsyłali na mnie swe boskie kary, tym bardziej im mocniej ufałem szkolnemu pedagogowi. W końcu stwierdziłem, że pozostawię sprawę starszemu bratu i jak za jebnięciem magicznej różdżki zakres problemów znacznie się zmniejszył. Oczywiście jak na ironię, gdy pani pedagog dowiedziała się o moim sposobie rozwiązywania problemów, dostałem reprymendę o tym że tak nie wolno, i że PRZECIEŻ OD ROZWIĄZYWANIA PROBLEMÓW JEST PEDAGOG.
No ja pierdolę, takiej pewności siebie przy kompletnym braku kompetencji nie słyszałem od wybuchu II wojny światowej.

Innym razem w gimnazjum była sytuacja, gdy zwyczajnie w mojej rodzinie się nie przelewało. Było to dosyć widoczne, więc zareagowała pani wychowawczyni (tutaj akurat brawo dla niej, bo jak widać nie każdy nauczyciel jest SS-manem z czerwonym długopisem zamiast pistoletu, choć i tak się zdarzało). Niestety od wychowawczyni sprawa trafiła do... a jakże! Pani pedagog, która zobowiązała się pomagać mi dyskretnie, aby nikt się nie dowiedział o problemach finansowych mojej rodziny.

Poczułem się naiwnie bezpieczny, no bo co złego się może stać. Jeśli dyskretnie, to dyskretnie. Niestety, demony poprzednich sytuacji wróciły wpieprzając się kopniakiem w mój młodzieńczy ryj, bo oto podczas przerwy przez korytarz niczym superbohater, który opuszczał większość zajęć na temat dyskretnej pomocy innym, zmierzała pani pedagog, wręczając mi przy całej klasie reklamówkę z mąką, szynką tyrolską itd. Gest piękny, bo i w Piśmie Świętym napisane jest "głodnych nakarmić", no ale ktoś tu zapomniał, że nastolatki może są idiotami, ale nie są głupie, i gdy zaglądając ci do reklamówki, widzą produkty pierwszej potrzeby, to od razu pomyślą, że skoro ktoś mu to daje, to znaczy, że tego nie ma. Jeżeli tego nie ma, to znaczy, że jest biedakiem, więc beka z niego. Pomijam już darcie się pani pedagog na stołówce do kucharek "Ten chłopak je za darmo", ale na Boga, ktoś tu za bardzo łączy bycie pedagogiem i temperament gracza w kalambury.

#wZzZS

Z Kamilą przyjaźniłam się od podstawówki. Wspólne chwile spędzone pod blokiem, pierwsze miłości, imprezy.

Traktowałam ją jak siostrę, której nigdy nie miałam.

Nasz kontakt trochę urwał się jak Kamila poznała na studiach Bartka. Fajny gość z bardzo dobrej rodziny. Jego rodzice prawnik i lekarz, on zaś podobnie jak Kamila wybrał psychologię.

Ja nie studiowałam, bo moich rodziców nie było na to stać. Jak tylko skończyłam liceum, poszłam do pierwszej pracy i zaocznie poszłam do szkoły policealnej. Jestem fizjoterapeutką, ale nie pracuję w zawodzie.

Jestem kierownikiem w sklepie. Mojego faceta poznałam w pracy. Jest dostawcą kanapek.

I to właśnie przez to, że to tylko zwykły pracownik fizyczny, dostałam zaproszenie na ślub bez osoby towarzyszącej. Kamila go nie lubi, twierdzi, że stać mnie na kogoś lepszego. Mimo to czasami u nas bywała i mój Wojtek bardzo ją polubił.

Do dzisiaj nie powiedziałam mu dlaczego Kamila już nas nie odwiedza.

Nie mam nawet komu tego powiedzieć. Straciłam jedyną przyjaciółkę, facetowi nie chcę sprawić przykrości.

To smutne, jak zawodzą nas ludzie, których byliśmy pewni na 100%.

#ybops

W moim mieście dwie szkoły licealne są całkiem blisko siebie. Jednego dnia tato zaproponował, że mnie odbierze, bo będzie gdzieś w okolicy. Miło z jego strony, więc postanowiłem skorzystać. Po lekcjach grzecznie czekam pod schodami przy parkingu szkoły.
Dzwoni tata.

- No gdzie ty jesteś?!
- Pod schodami.
- Też jestem pod schodami i cię nie widzę.
- No koło dębu stoję.
- ...Nie ruszaj się, jestem pod złą szkołą. Zaraz będę.

Niby nic, ot, błąd staruszka. Ale jestem jedynakiem, a on tydzień wcześniej był u mnie na wywiadówce. Nawet słońce może mieć zaćmienie.

#0AxNW

Po przeczytaniu pewnego wyznania, postanowiłem podzielić się swoją historią, bo no cóż... Jestem masochistą.

Jako dziecko uwielbiałem dostawać kary. Ale takie porządne, a nie delikatne klapsy. Uwielbiałem poczucie zażenowania, wstydu. To mnie podniecało. Jako sześciolatek zesikałem się w miejscu publicznym, bo chciałem poczuć to zażenowanie.
Później, mając osiem lat, oblałem się woskiem i prawie poparzyłem. Tak, podnieciłem się zamiast panikować.

Jako 10-letnie dziecko zacząłem interesować się wiązaniem. Najpierw trenowałem na ogromnych lalkach mojej siostry, potem próbowałem się wiązać. W końcu po 5 latach opanowałem to do perfekcji. Wziąłem się tak, by było mi niewygodnie, ale jednocześnie żebym miał jedną rękę wolną i mógł się nią bić albo wylewać wosk.

Pewnego dnia przywiązałem się w salonie do krzesła. Wcześniej trochę się zabawiałem i miałem całe czerwone nogi i brzuch.
Był tylko jeden problem - źle zasłonięte okno.
Sąsiadka zobaczyła mnie i zadzwoniła na policję. Myślała, że ktoś się włamał.

#TR4rA

Mam takie łaskotki na stopach, że gdy próbuję je myć, chichram się jak potłuczony i ledwo mi się udaje wcelować gąbką we własną stopę.

Ostatnio jednak musiałem zmienić gąbkę na inną, a ta, chropowata, spowodowała taką eksplozję śmiechu, że upadłem w brodziku i skręciłem sobie nogę.

Nikt w przychodni mi nie wierzył, że siniaki na plecach i nodze były spowodowane moimi ogromnymi łaskotkami i przez pół wizyty tłumaczyłem im, że to nie są ślady pobicia.
Dodaj anonimowe wyznanie