To było kilka lat temu, chodziłam wtedy do gimnazjum.
Nie chciało mi się dłużej siedzieć w szkole, więc postanowiłam zerwać się szybciej do domu. Niestety wyjścia pilnowała woźna, nie było szans, żeby przejść (dużo uczniów uciekało, więc nie mogliśmy wychodzić przed szkole nawet na przerwach). Szybka decyzja - uciekam przez okno w łazience.
Niestety coś poszło nie tak. Musiałam wejść na kibelek, żeby tego okna w ogóle dosięgnąć. Kiedy już wszystko zmierzało ku sukcesowi, już stałam na zbiorniku tylko jedną nogą... plastik się pode mną złamał. Ja spadłam na podłogę, a ze zbiornika niczym tsunami na wszystkie strony zaczęła lecieć woda. Przerażona uciekłam z tego "basenu" na lekcje, nie przyznając się nikomu co zrobiłam.
Jakie były efekty? Przez godzinę próbowali zatamować wodę, zalałam dwie łazienki - tę, którą zdemolowałam i tę pod spodem na parterze (wody było tak dużo, że zaczęło się lać z sufitu). Dodatkowo dwa apele dyrektora, na których kazał przyznać się osobie, która to zrobiła, "bo oni i tak się dowiedzą, a straty są naprawdę duże".
Nie, nie dowiedział się o tym nikt.
Przepraszam panie sprzątaczki i szkolnych konserwatorów!
Historia o tym, jak straciłem kilku przyjaciół:
Od kilkunastu lat mieszkam w USA. Tu skończyłem studia, pracuję, mam przyjaciół, a przez chwilę nawet narzeczoną. Po prostu całe moje życie i wszystko co kocham znajduje się w Ameryce. Tyle słowem wstępu.
Wyszliśmy ze znajomymi do baru. Po kilku głębszych każdy zaczął opowiadać o swoim ideale partnera. Padały głównie stereotypowe odpowiedzi: duże cycki i dupa, wysoki i umięśniony facet itp. Kiedy przyszła moja kolej, ze szczegółami opowiedziałem o swojej wymarzonej kobiecie (jestem grafikiem, więc parę razy z nudów ją narysowałem). Niski wzrost, filigranowa sylwetka, długie ciemne włosy, mała twarz, mały, lekko zadarty nos, niebieskie lub zielone oczy, porcelanowa cera... i wtedy zostałem wyzwany od rasistów. No bo jak mogę wymagać, aby moja kobieta była biała. Potem zaczęli drążyć. Drobna sylwetka? Przecież Murzynki są zazwyczaj krągłe. Mały nos? Przecież czarna rasa słynie z tego, że ma duże nosy. Zielone lub niebieskie oczy? Afroamerykanie mają tylko brązowe. Wniosek? Jestem pieprzonym białasem, rasistą, nacjonalistą i walczę o czystość białej rasy. Najlepiej jakbym wrócił tam, skąd pochodzę, bo w USA nie dyskryminuje się czarnych.
Co ciekawe, moja była narzeczona jest Azjatką, a poza oczami (a to przecież niewiele znaczący szczegół) idealnie pasowała do mojego gustu, dla mnie była najpiękniejszą kobietą na świecie. Jeszcze ciekawsze jest to, że czarnoskóry kolega (taki ze mnie rasista, że mam znajomych wszystkich ras oraz wielu religii i narodowości) powiedział wcześniej, że marzy o czarnulce podobnej do Halle Berry. Nikt nie nazwał go rasistą, nikt nie zwrócił uwagi na jego wyznanie.
Finał był taki, że nikt nie chciał mnie słuchać, skoro nie podobają mi się Murzynki, to jestem rasistą i koniec. Nie twierdzę, że są brzydkie, ale każdy ma przecież swój gust i ja wolę po prostu blade dziewczyny.
Minęły 3 tygodnie, czwórka znajomych się do mnie nie odzywa i nic nie wskazuje na to, że się to zmieni. Resztę udało mi się jakoś udobruchać, ale po firmie rozeszła się plotka, że jestem rasistą i należę do polskiej organizacji nacjonalistycznej, więc wszyscy patrzą na mnie krzywo.
A podobno rasizm wobec białych nie istnieje.
Ostatnio coraz częściej poruszany jest temat aborcji, a dokładniej jej zakazu przez rząd. Długo się zastanawiałam, czy w ogóle jest jakiś sens pisać to tutaj, lecz w końcu zebrałam się w sobie i postanowiłam podzielić się moją historią, a raczej wspomnieniem.
Z Jolą przyjaźniłyśmy się od dziecka, mieszkałyśmy w jednym bloku, a że była rok starsza, to nie chodziłyśmy do jednej klasy. Mimo tego spędzałyśmy ze sobą prawie każdą wolną chwilę.
Był sierpień, prawie koniec wakacji. Jola miała wtedy 13 lat, ja 12. W wiosce obok organizowane były dożynki na boisku, na których niestety nie mogłam być obecna, bo od dawna rodzice mieli zaplanowany wyjazd wakacyjny do rodziny, a mi nie robiło to w sumie żadnej różnicy. Jola natomiast potrafiła bardzo ładnie śpiewać, więc jak co roku występowała na scenie, wszyscy ogólnie ją znali. A jak wiadomo, na takich imprezach często sprzedawane jest piwo, więc i niektórym upić się nietrudno.
Nastał wieczór, Jola poszła do toi toi, które były oddalone kawałek od imprezy. Na scenie grała muzyka, ludzie tańczyli, głośno było, a przy toi toi niestety ani oświetlenia. I jak się już pewnie domyślacie, Jola została zgwałcona i pobita. Przez 3 podchmielonych, przeszło pięćdziesięcioletnich facetów. Po wszystkim sama wróciła na imprezę, zawiadomiono pogotowie i policję.
Gnoje zostali aresztowani, ale nie o sam gwałt chodzi.
Jola trafiła do szpitala. Lekarze oczyścili ją, w szpitalu spędziła tydzień. Ja zdążyłam wrócić z wyjazdu, odwiedziłam ja w szpitalu. I mimo że wiedziałam przez co przeszła, Jolka w miarę dobrze sobie z tym radziła, miała kilka siniaków, była trochę przestraszona, ale nic poza tym. Po wyjściu ze szpitala dochodziła do siebie w domu, odwiedzałam ją prawie codziennie, a 2 tygodnie po całym zdarzeniu wróciła do szkoły.
Wszystko wróciło do normy, aż tu nagle szok. Jolka jest w ciąży. Wiadome było, że to z gwałtu, bo Jolka nigdy wcześniej nawet się nie całowała, a co dopiero mówić o świadomym współżyciu.
I koszmar się zaczął, gdy dowiedzieli się o tym jej rodzice. Dlaczego? Nie, nie dlatego, że ich córka jest ciąży. Koszmarem stało się to, że Jolka musiała to dziecko urodzić. Jej rodzice byli typowymi fanatykami religijnymi, co sąsiedzi i ludzie z miasta pomyślą, jeśli oni pozwolą na aborcję. Jolka prosiła, błagała, mówiła, że nie chce tego w brzuchu, nie chce demona, który w jej rośnie, ale jej rodzice byli stanowczy. Z każdym dniem było z Jolką gorzej, popadła w depresję, biła się po brzuchu, krzyczała, ale dalej nic.
4 miesiące. Tyle wytrzymała. W 7 miesiącu ciąży uciekła z domu, znaleźli ją 3 dni później w lesie z podciętymi żyłami szkłem z butelki. A rodzice? Rozwiedli się, wyjechali za granicę, ojciec się zapił. A ja nie potrafię nie porównywać rządu do jej teraz zniszczonych rodziców. Oby tylko zakończenie było inne.
Jestem kucharzem w dużej kuchni przemysłowej. Czasem mam do zrobienia około 300 kotletów schabowych, a co za tym idzie, trzeba je wszystkie opanierować.
Dziś w nocy nie mogłem zasnąć, miałem odczucie, że jestem tradycyjnym, polskim schaboszczakiem. Całym ciałem czułem, że jestem nieopanierowany i ta myśl nie dawała mi zasnąć przez kilka godzin.
Gdy poznaliśmy się z moim mężem, oboje paliliśmy. Nie zliczę ile to razy padały teksty "od jutra rzucamy", które oczywiście nie przynosiły efektów. W końcu któregoś razu wyjechaliśmy do Niemiec z premedytacją nie biorąc ze sobą fajek. Tam papierosy są bardzo drogie, więc liczyliśmy na to, że będzie nam szkoda wydawać aż tyle kasy.
Pierwsze dni były ciężkie ale udało się! (Pewnie dlatego, że w pobliżu nie było żadnego sklepu, ale pozwalam sobie łudzić się, że to moja silna wola). Przez dwa tygodnie pobytu w Niemczech ani razu nie zapaliliśmy, w końcu czułam się wolna!
Tak dla jasności, zawsze inicjatorem naszego "rzucania" był mój mąż, to on zawsze narzekał, że tyle kasy idzie na fajki, że to nic fajnego itd. Kiedy więc jakiś miesiąc po powrocie mój mąż zaczął dziwnie często wynosić z własnej woli śmieci, co chwilę miał coś do zrobienia w piwnicy, a na moje ciche "zjadłabym coś słodkiego" od razu leciał do sklepu - nabrałam podejrzeń. No dobra, nie podejrzeń, tylko pewności, że znów pali.
W pierwszym odruchu chciałam mu zrobić awanturę, bo przecież już dwa tygodnie nie palił, najtrudniejszy okres przebrnął i znowu się pcha w to świństwo, ale pomyślałam sobie, że przecież jest dorosły i nie mogę mu mówić co ma robić, a gdy się dowie, że ja wiem - zacznie palić oficjalnie w domu. Siedziałam więc cicho korzystając z tego, że mam własnego posłańca gotowego lecieć do sklepu po jedno jajo :)
W końcu po jakimś czasie zaszłam w ciążę i urodziłam śliczną córeczkę. Kilka dni po powrocie ze szpitala uknułam diaboliczny plan...
Za każdym razem, gdy mój mąż wracał ze sklepu czy piwnicy (czyli fajeczki) i podchodził do nas, nasza córcia (jeśli nie spała akurat) zaczynała płakać. Zawsze kiedy podawałam mu ją na ręce - płacz. No to my w Google od razu "dlaczego dziecko płacze tylko u mnie" i wyszło, że dziecko może reagować na zapachy. Ja oficjalnie o jego paleniu nic nie wiedziałam, więc sugerowałam, żeby się nie perfumował jakiś czas, zmienił żel pod prysznic. To oczywiście nie pomogło. Gdy w końcu któregoś dnia cały ranek mąż siedział na tyłku i nigdzie nie wychodził - podałam mu naszą córcię, a ta spokojna jak aniołek. Mąż chyba sam doszedł do wniosku, że młodej przeszkadzał smród fajek i przestał palić.
Dziś młoda ma 5 lat, a mężuś już chyba raczej do nałogu nie wróci.
Pomyślicie: to nie historia na Anonimowe? Szczypałam naszą dzidzię za każdym razem, gdy podawałam ją tatusiowi, żeby płakała...
Jakieś 15 lat temu, gimnazjum. Czasy, gdy nokia 3310 to było coś.
W mojej klasie była dziewczyna, bardzo ładna, niewysoka.
Raz poprosiła mnie, żebym dał jej wysłać SMS-a z mojego telefonu, bo ona nie ma nic na koncie.
Dałem jej telefon. Za 10 minut przychodzę go odebrać, a ona mówi, że wpisała swój numer. Patrzę, jest zdrobnienie, mówię "fajnie" i tyle, nigdy nie napisałem, bo nie załapałem o co chodzi.
Zrozumiałem sytuację jakieś 10 lat później.
Moja historia...?
Miałam z 13 lat, jeździłam często do babci w weekendy autobusem do pobliskiego miasta. Kiedyś od znajomej mamy dostałam gaz pieprzowy - żebym czuła się bezpiecznie.
Pewnego razu, jak wracałam wieczornym autobusem, dosiadł się obok mnie starszy facet (ok. 40 l.). Ja zawsze siadałam z dala od okna, żeby w razie czego zwiać.
Po ruszeniu autobusu zaczął mnie smyrać po nodze. Nie wiedziałam co robić, sparaliżowało mnie. I wtedy przypomniałam sobie o gazie, wypaliłam mu nim w oczy i zaczęłam krzyczeć.
Kierowca od razu zatrzymał autobus, otworzył drzwi i wywalił gościa w szczerym polu, po czym zadzwonił na policję i poinformował o zaistniałej sytuacji.
Facet trafił do więzienia, był poszukiwany.
Teraz mam 35 lat i nadal noszę gaz przy sobie :)
Wracając z jazd wraz z moim instruktorem, odebrałam jego syna ze szkoły. Sytuacja wyglądała miej więcej tak:
- Krystianku, to jest pani Daria.
Na co dziecko głośnym szeptem:
-To ta, o której mówiłeś, że nie umie jeździć?
Mój instruktor zrobił się czerwony... I speszony powiedział:
- To nie moje dziecko.
Wybuchłam takim śmiechem :D Nawet nie zrobiło mi się przykro przez to, że tak nieudolnie starał się wybrnąć z sytuacji :D
Jakiś rok temu pewna osoba, co chciała chyba zostać pranksterem, dostała ode mnie mocną szkołę życia.
Gdy zwiedzałem jedno z polskich miast, nagle zobaczyłem jak jakiś koleś ubrany jak stereotypowy Arab pobiegł pod grupę ludzi, rzucił w ich stronę plecak i zaczął krzyczeć "Allah akbar". Warto zaznaczyć, że wtedy w mediach wciąż było głośno o następnym zamachu terrorystycznym na terenie Europy.
Po "żarcie" typ oczywiście zaczął uciekać. Postanowiłem go dogonić i złapać. Gdy mi się udało, zacząłem go szarpać. Ten oczywiście krzyczał, że to tylko prank. A ja na dokładkę zadałem mu jeszcze jeden cios w brzuch, tak żeby stracił oddech. Wtedy też mu powiedziałem, że to tylko prank.
Ktoś może powiedzieć, że głupi jestem, bo dałem się nabrać. Albo cierpię na brak dystansu. A ja mówię, że z wielu rzeczy można się śmiać, ale nie z aktu, w którym giną niewinni ludzie.
Jak byłem mały, to ja i brat dostaliśmy od dziadka w prezencie super zabawki z Pewexu. A jak wszystkie dzisiejsze dzieci pewnie (nie) wiedzą, były to czasy, gdy o fajne zabawki wcale nie było łatwo. Tak więc dostaliśmy od dziadka czerwone plastikowe wozy straży pożarnej.
Tego samego dnia brat wrzucił swoją straż pożarną do pieca, aby sprawdzić, czy ugasi pożar.
Niestety. Nie ugasiła.
Dodaj anonimowe wyznanie