#1XcF6

Historia, którą przeżyłem 3 dni temu.

Mieszkam sam. Moja przyjaciółka umówiła się ze znajomymi z mojego miasta na wyjście na koncert i zapytała, czy może u mnie spać. Zgodziłem się, dałem jej klucze zapasowe do mieszkania. Sam też wyszedłem na miasto.
Wróciłem pijany. W łazience zawiało mnie i uderzyłem ręką o lustro. Lustro rozsypane, ręka cała we krwi, a co robię ja? Kładę się do łóżka.

Nagle słyszę krzyk.
Otwieram oczy, podnoszę głowę z poduszki w tempie bolidu F1. W drzwiach moja przyjaciółka, blada i przerażona.

Wyobraźcie sobie jej perspektywę: wchodzi do pokoju, a tam leżę ja z zakrwawionymi rękami i łóżkiem, a obok łóżka leży nóż, którym wcześniej wieczorem odcinałem metki od nowej koszuli.

#StKwC

W piątek wieczorem wróciłem z pracy. Miałem za sobą naprawdę ciężki tydzień, pełno nerwów i kłótni, w głowie tylko myśl, żeby jakoś się odstresować i odpocząć. Pomyślałem o sposobie mojej dziewczyny - gorąca kąpiel i kieliszek wina. Uznałem jednak, że wino to za mały kaliber na moje nerwy i poszedłem do wanny z butelką nalewki na spirytusie.

Krótka mówiąc, naj*ałem się jak meserszmit. Zachciało mi się potańczyć, potem zrobić sobie spaghetti, wreszcie omówić bardzo ważne, życiowe dylematy z kumplami. Oczywiście nie pomyślałem o takich drobiazgach, jak np. wysuszenie się.

Obudziwszy się rano, zorientowałem się, że zalałem pół mieszkania i uwaliłem sosem pomidorowym całą kuchnię. Do tego paru ziomków dzwoniło z pytaniem jak tam głowa, bo dzwoniłem nawalony o 2 nad ranem i pytałem, czy śpią.

No nie powiem, zrelaksowałem się.

#CidcQ

Nie pochodzę z Polski, mieszkam tu dopiero od roku, ale języka uczę się od małego, stąd chyba posługuję się nim nie najgorzej. Moja mama była Polką i uczyła mnie języka i obyczajów, które tu panują (Dzień Niepodległości, 3 Maja itp.), ale nigdy nie opowiadała mi o chrześcijańskiej religii. Urodziłem się w kraju, gdzie jest inna religia i o chrześcijaństwie wiedziałem tylko tyle, że wierzycie w kościół, Jezusa i zakładacie choinkę na wasze święta. No i papież jest oczywiście.

Nie wiedziałem też o kolędzie, czyli chodzeniu księży po domach. Z racji, że mieszkam na obrzeżach małej wsi, w której główne skrzypce odgrywa właśnie religia chrześcijańska, przyszła do mnie kolęda. Nie wiedziałem, że będzie chodzić, nie widziałem w ogóle co to jest - kościół jest w samym centrum wsi, ja jestem raczej odludkiem, nie przyjaźnię się z nikim, więc nikt mnie nie powiadomił, a sam nie miałem jak zgłosić, że nie chcę wizyty księdza.

Było to rok temu, okolice stycznia, południe. Przebywałem akurat w domu, miałem wolne, kiedy usłyszałem, jak ktoś wchodzi moją furtką (uda się ją normalnie otworzyć, nie jest zamykana na mechanizmy, z tym że każdy gość zawsze najpierw dzwoni domofonem zanim wejdzie). Przestraszyłem się, bo wydawało mi się to dziwne oraz podejrzane, dlatego postanowiłem zachować ostrożność i cicho podejść do drzwi (taka moja natura, nie jestem przyzwyczajony jeszcze do Polski całkowicie, więc wolę uważać), kiedy od drzwi rozległo się naprawdę głośne pukanie. To już w ogóle przyprawiło mnie o zawał, ale postanowiłem być odważny i zerknąłem przez to małe okienko w drzwiach.

Przed nimi stali trzej wysocy mężczyźni - jeden był cały ubrany na czarno, w ręce miał teczkę, pozostali dwaj mieli białe suknie, wyglądali dla mnie dziwnie, więc postanowiłem nie otwierać. Ale się nie poddali. Zaczęli okrążać mój dom, pukali do okien i coś krzyczeli, ale dla mnie to było za wiele - zadzwoniłem cicho na policję podając, że podejrzani ludzie się do mnie dobijają, opisałem ich wygląd, zachowanie, ale funkcjonariusze chyba nie wiedzieli, że mówię o księdzu i jego ministrantach (teraz już wiem kto to).

Policja przyjechała całkiem szybko i zastali zdezorientowanych duchownych, razem ze zdezorientowanym mną na czele. Chyba nie wiedzieli do końca, jak się zachować - czy zaliczyć to do wtargnięcia na czyjś teren, czy zostawić ich w spokoju. Ostatecznie, stwierdzając chyba po mojej urodzie, że nie wiem o tym zwyczaju, wytłumaczyli mi, że na początku roku ksiądz chodzi z ministrantami święcić domy.

Po tym wybryku zdobyłem kilku nowych znajomych, bo ludzie się dowiedzieli, że w ogóle tu mieszkam, bo ksiądz zdenerwowany tą sytuacją opowiadał to rdzennym mieszkańcom, ale młodzi byli bardziej wyluzowani i postanowili mnie poznać :) Mam tylko nadzieję, że w tym roku jednak ta kolęda mnie ominie.

#C4SR8

Byłam dziwnym dzieckiem. Pomimo że towarzyskim, w miarę rozgarniętym i z normalnego domu, to jednak pół-dzikim samotnikiem. Wychowałam się w malutkiej wiosce na południu Polski. Za domami naszych i sąsiadów był stary sad, a w nim resztki zabudowań przodków moich sąsiadów. Jako mały Włóczykij, uwielbiałam zwiedzać okoliczne paryje, wądoły i uroczyska - oczywiście samotnie. Zbierałam przy tym różne kwiaty i zioła - niektóre znałam i wiedziałam, że działają leczniczo (babcia i mama przyrządzały wiele ziołowych specyfików), natomiast te, których nazwy i zastosowania były mi obce - obdarzałam wdzięczną nazwa i wymyślałam dobroczynne działanie.

Któregoś letniego dnia, wracając z okolicznych ugorów, przechodziłam przez wspomniany sad. Uchylone do polowy drzwi przygarbionego budynku wyglądały nad wyraz kusząco. Pomyślałam, że z pewnością wewnątrz będzie przyjemny chłód, i pomimo że od mojego domu dzieliło mnie zaledwie kilka minut drogi, zajrzałam do środka.
Tak jak ostatnio, kiedy tam byłam, w głównej izbie leżały poskładane belki i deski ze starego chlewiku. Na ich wierzchu dostojnie siedział wpatrując się we mnie - wilk.

Do dziś, pomimo, że minęło ponad 20 lat, pamiętam to elektryzujące uczucie: z jednej strony strach, a z drugiej fascynacja i pewność, że drapieżnik nie zrobi mi krzywdy. Patrzył na mnie spokojnie, a jęzor zwisał mu z otwartego pyska. Był zdecydowanie większy niż lisy, które widywało się u nas często. Nie był to żaden z okolicznych psów, które - jako etatowa powsinoga - znałam w promieniu kilku kilometrów.

Powoli się wycofałam i oglądając za siebie, nieco oszołomiona udałam się do domu. Nikomu nic nie powiedziałam. Uważnie słuchałam lokalnych doniesień, oczekując czegoś o pojawieniu się wilka w okolicy, ale nic takiego nie nastąpiło. Wiedziałam, że nikt by mi nie uwierzył, a tylko bardziej by mi dogryzano - już wcześnie zdarzało się, że nazywano mnie małą, nawiedzoną wiedźmą, która szuka nie wiadomo czego po lasach i starych, wojennych cmentarzach. Jako wiejskie dziecko nie bałam się nigdy zwierząt, ani hodowlanych, ani dzikich. Będąc parolatką, zabierałam z pastwiska sąsiada kobyłę, coby jeździć na oklep po okolicznych polach. Na widok zaskrońca - łapałam go poniżej głowy i wyrzucałam jak najdalej od kurzych gniazd. Znosiłam na podwórko potrącone jeże, sarny i ptaki, które powypadały z gniazd. Podglądałam rysie i bobry. Bardzo szczęśliwe i piękne miałam dzieciństwo!

Dorosłam. Wykształciłam się, skończyłam studia, mieszkałam w mieście, z którego uciekłam. Do dziś jestem włóczykijem, jeżdżę po świecie, wydeptuję nowe ścieżki, poznaję egzotyczne rośliny i zwierzęta. Znikam na cale tygodnie w górach lub lasach z namiotem lub tarpem. Tam czuję się spokojniej i bezpieczniej niż wśród ludzi...

Podczas ostatniej wizyty w rodzinnym domu, tato opowiadał historię mojego pradziadka - który wybudował dom dla żony i dzieci, ale sam znikał do lasu na długie tygodnie. Podobno przyjaźnił się z niedźwiedziem...

#AFASI

Od małego uwielbiam liczby. Kocham się w cyfrach. To jest choroba psychiczna - stwierdzono u mnie nerwicę natręctw. Robię dużo dziwnych rzeczy, które utrudniają mi życie, ale akurat wszystko, co związane z liczbami, sprawia mi przyjemność. Liczę swoje kroki od domu do pracy, przypisuję numery wszystkim przedmiotom w domu (kubek nie jest kubkiem, kubek jest liczbą trzydzieści trzy), zbieram zegary (ale tylko jeśli wypisano na nich wszystkie cyfry!). No i jestem dobra z matematyki. Bardzo dobra. Zawsze wygrywałam jakieś olimpiady, konkursy i tak dalej. Po liceum, oczywiście, wybrałam studia ściśle związane z matematyką - kierunek, po którym przeważnie można dostać bardzo dobrze płatną pracę.

W czasie studiów postanowiłam trochę dorobić. I wtedy znalazłam idealną pracę - sklep spożywczy. Świat stworzony dla mnie. Każdy produkt miał swój numerek, każda bułka miała swoją liczbę, żadnych dziwnych literek (jak na zajęciach z matematyki), tylko piękny świat liczb. Czułam się tam jak w domu.

Po studiach jednak wypadało mi zmienić pracę na taką bardziej "w zawodzie". Nie było ciężko, bo zawsze przykładałam się do nauki i mój dyplom wyglądał wzorowo. Przyjęli mnie w korporacji, posadzili za biurkiem i kazali klepać. Płacili dobrze - kupiłam sobie ciuszki w modnych sklepach, nazbierałam na mały samochodzik (ochrzczony numerem 117) i jakoś leciało.

Ale po roku pracy stwierdziłam, że nie czuję się szczęśliwa. Nadszedł czas zmian. Postanowiłam, że spełnię swoje najskrytsze marzenia i... złożę CV do HIPERMARKETU. Ogromnego, wspaniałego hipermarketu. Na kasjerkę, oczywiście. Wierzcie lub nie, ale przed pierwszym dniem pracy czułam się jak na dragach, przespałam całą noc i ani razu nie wstałam, żeby zobaczyć, czy zgasiłam światło w łazience (to duży wyczyn, biorąc pod uwagę moją psychikę).

No i tak podsumowując ... Ludzie śmieją się, że "po humanie tylko kasa, he, he", a tutaj siedzę ja, ścisłowiec, inżynier z dyplomem na pięć. Ludzie myślą, że coś mi w życiu poszło nie tak albo że oszukiwałam w czasie studiów. Kody produktów znam wyśmienicie, prawie nigdy się nie mylę i jestem niesamowicie, niesamowicie zadowolona. Dostałam nawet awans. Nie zarabiam połowy z tego, co w poprzedniej firmie, ale co tam... Na razie się cieszę, że czuję się po prostu dobrze z tym, co robię. Ludzie uważają mnie za nieudacznika - po takich sukcesach w edukacji siedzieć na kasie - ale ja jestem po prostu zdrowo pierdzielnięta. Ale przynajmniej szczęśliwa :)

#0ii7P

Moje dzieciństwo skończyło się, gdy miałam 5 lat. Właśnie wtedy urodziła się moja młodsza siostra, a rodzice uznali, że skoro umiem sama zrobić kanapkę, to będę świetną opiekunką.

Kiedy mała skończyła 2 lata, a ja poszłam do szkoły, rodzice wracali do domu najpóźniej jak się dało, a za każdą jej łzę, choćby z byle powodu, dostawałam ja. Pełne sprawozdanie zdawała babcia, która również hołdowała idei "zajmowania się starszego młodszym".

Czas mijał, a z młodej robił się coraz większy potwór. Wolno jej było wszystko, nie było absolutnie niczego, czego by jej zabroniono. Kiedy poszła do szkoły, odpowiedzialność za jej edukację oczywiście zrzucono na moją głowę. Kiedy dostawała złe stopnie - a było to bardzo często, bo nie wolno mi było jej zmusić, bo przecież będzie płakała - oczywiście obrywałam ja. Rodzice zarabiali bardzo dobrze, mieli świetną opinię i kiedy raz jeden poszłam do pedagoga, zostałam doszczętnie wyśmiana.

Miarka się przebrała, kiedy ukradła mi oszczędności, a rodzice nie zrobili nic, bo jej pewnie były na coś potrzebne i mam nie przesadzać. Wtedy postanowiłam, że wyprowadzę się, kiedy tylko będę mogła. Pracowałam gdzie tylko się dało, wakacje, weekendy.
Pieniądze dawałam mamie zaufanej przyjaciółki, której się raz wyżaliłam i założyła dla mnie dodatkowe konto w banku (na siebie) i tam wpłacała wszystko, co jej dałam.

Po maturze spakowałam torbę i pojechałam na rok do Holandii. Za zaoszczędzone tam pieniądze wynajęłam mieszkanie i znalazłam pracę. Odcięłam się od rodziny.

Co w tym czasie zrobiła moja siostra? Cóż, po tym, jak urodziła mając 17 lat, a ja nie chciałam mieć z nią nic wspólnego, zostałam przez rodzinę całkowicie wydziedziczona. Młodej kupili mieszkanie i utrzymywali ją i jej chłopaka.

Dlaczego piszę to wyznanie?
Dziś odezwali się rodzice. Nie, nie żeby zapytać co u mnie.
Młodej znudziła się rola matki i myślą z ojcem dziecka o oddaniu go do adopcji (roczny syn). Zadzwonili do mnie, czy może ja bym wzięła, aż siostra zmądrzeje, bo oni już za starzy na dzieci.

Może jestem złym człowiekiem, ale nic a nic mnie cała ta sytuacja nie obchodzi.

#HOrV1

Jestem studentką pierwszego roku. Na studiach poznałam wielu fajnych, ciekawych ludzi, ale jeden chłopak wyróżniał się całkowicie.

Przystojny, elegancki, elokwentny, w dodatku bardzo tajemniczy, zdystansowany, ale pewny siebie. Jest raczej małomówny, a podoba się wielu dziewczynom, więc je konsekwentnie zbywa. Nie był na żadnej studenckiej integracji. Rzadko bywa na wykładach (wygląda na zapracowanego), ale jeśli już jest, to zawsze ma notatki. Po wykładzie pierwszy w pośpiechu wychodzi z sali. Kilka razy dosłownie za nim biegłam, żeby zobaczyć gdzie idzie, co robi po zajęciach, ale on tylko wsiadał w swoje auto i odjeżdżał.

Kilka razy udało mi się z nim porozmawiać i te rozmowy utwierdziły mnie w przekonaniu, że to świetny chłopak.
Na jego instastory zauważyłam, że co weekend późnym wieczorem lub nocą jeździ po mieście i słucha muzyki. Ma swoją stałą trasę. Kamera z telefonu jest ustawiona na drogę, więc dość łatwo zlokalizować, gdzie obecnie się znajduje.

I teraz najlepsze:
Uznacie mnie za wariatkę, ale ostatnio gdy zobaczyłam, że właśnie jeździ po mieście, to wyszłam z domu, pojechałam autobusem na spokojną ulicę, którą z reguły jeździ, stanęłam przy przejściu dla pieszych. Czekałam tam jakieś pół godziny, jego auto ma dość charakterystyczne światła i dźwięk, więc gdy tylko zbliżał się samochód, którym mógł jechać on, ja wchodziłam na pasy, rzucając okiem na kierowcę i nr tablicy.

Za piątym razem się udało, to był on! Pomachałam mu, a on odsunął szybę i zapytał, czy mnie gdzieś podrzucić. Od tamtego momentu się spotykamy.

Taka tam historia o determinacji. Ostatnio powiedziałam mu, co zrobiłam, a on śmiał się do łez jakieś 10 minut.

#WWok4

Parę osób opowiadało tu już o swoich wizjach i fantazjach związanych z masturbacją. Przypomniało mi to o czymś, co wymyśliłam, mając może 12-13 lat.

Do "zabawy" stworzyłam sobie całe uniwersum w stylu science fiction. W wyniku wojen między płciami planeta Ziemia została doszczętnie zniszczona, a ci, którzy przetrwali, skolonizowali sąsiednie planety - kobiety Venus, a mężczyźni Marsa (Nie wiedziałam jeszcze wtedy o istnieniu LGBT itd.)

Oczywiście, mieszkańcy obu planet musieli się rozmnażać. In vitro i inne naukowe sposoby, w tym klonowanie, były stosowane, jednak po pewnym czasie w obu społecznościach zaczęły narastać problemy wynikające z osłabiania materiału genetycznego. Aby nie dopuścić do wyginięcia ludzkości, obie płcie co jakiś czas wypowiadały sobie wojny w celu pozyskania jeńców, których wykorzystywano jako źródło gamet. Co bogatsi mieszkańcy obu globów mogli też kupować sobie osobnika płci przeciwnej i wykorzystywać jako niewolnika, najczęściej dla własnej przyjemności; posiadanie dużej ilości takich niewolników było wyznacznikiem wysokiego statusu społecznego. Dla mniej zamożnych dostępne były państwowe "wypożyczalnie", w których można było za pewną opłatą wykorzystać jeńca (bez gwarancji uzyskania potomka, raczej dla zaspokojenia się) albo dopłacić trochę więcej i trzymać go przy sobie, dopóki prokreacja nie zakończy się sukcesem.

W tym świecie wcielałam się w różne postacie, zależnie od nastroju. Byłam między innymi wojowniczą przywódczynią Ruchu Oporu, która walczyła o zakończenie niewolnictwa na obu planetach i napadała na transporty jeńców - wśród nich zawsze znajdował się jakiś ważny polityk/kapitan, który oddawał jej się bez reszty. Czasem wręcz przeciwnie, wcielałam się w Królową Venus, okrutną dla swoich skutych kajdanami kochanków. Innym razem sama byłam jeńcem, brutalnie gwałconym na Marsie (który z czasem mógł zyskać szczerą miłość swojego pana), a czasem jedną z klientek-obywatelek planety kobiet, która wypożyczała swojego pierwszego "dawcę gamet" (i czasem zakochiwała się w nim tak, że pomagała mu uciec).

Łączyłam te wątki, przerabiałam, a co ciekawsze spisywałam w notesie chowanym przed wszystkimi. Niektóre historie tworzyłam kilka tygodni, dopieszczając ich każdy szczegół. Momentami w artystycznym szale historia stawała się dla mnie nawet ważniejsza od chęci zaspokojenia się nią. Szukałam informacji o powierzchni Marsa i jego księżycach, wzbogacałam świat o informacje z programów dokumentalnych o kosmosie i dużo czytałam na ten temat, by historia była jak najbardziej wiarygodna. Uwielbiałam po prostu pisać.

Czy miało to na mnie jakiś wpływ? Cóż, do dzisiaj lubię tworzyć do szuflady, lubię astronomię... i podniecają mnie dobre historie, niekoniecznie zboczone :)

#sL8Vk

Będzie w miarę szybko i na temat.

Pewien młody mężczyzna mieszkał w jednym z miast wojewódzkich wraz ze swoją mamą. Mężczyzna ten był chory psychicznie, jednak na tyle chwilowo wyprowadzony z choroby, żeby mógł przebywać w domu.
Zgłosił się do szpitala, bo czuł, że jest z nim gorzej i nie panuje nad sobą. Nie przyjęli go, bo stwierdzili, że skoro jest na tyle poczytalny, że może takie coś stwierdzić, to nic mu nie jest.

Kolejnego dnia znaleziono go przy zwłokach własnej matki. Zadźgał ją nożem.
Znałam tę kobietę...
Dodaj anonimowe wyznanie