#JsaBr

Byłam z moim ukochanym przez 3 lata. W dniu moich 20 urodzin stanął w drzwiach i oznajmił, że ze mną zrywa, ponieważ mamy inne cele w życiu. Długo się nad tym zastanawiał, a po co było mnie oszukiwać.

Zrozumiałam, chociaż mógł to naprawdę zrobić dzień wcześniej lub później, nie spotykając się ze mną tego dnia, ponieważ urodziny to dla mnie naprawdę wyjątkowy dzień w roku. Znajomi mówili, abym nie oddawała mu jego ubrań, żebym zniszczyła, spaliła. Nie jestem jednak tego typu osobą, jednak dzisiaj coś przelało falę goryczy i zrobiłam chyba najgorszą rzecz, jaką kobieta może zrobić mężczyźnie, który kocha Star Warsy.

Po powrocie z prapremiery najnowszej części Star Wars napisałam mu 3 spoilery, informując że tylko jeden jest nieprawdziwy. Podziękowałam mu za zniszczenie mi urodzin i dopisałam, że chociaż minimalnie starałam się mu dorównać.

#we6CO

Swego czasu założyłam konto na anonimowych. Pojawiło się z mojej strony sporo komentarzy. Zauważyłam, że bardzo dużo osób wchodzi ze mną w dyskusje. Zwykle, żeby napisać, że chyba zgłupiałam i (cytat) "co baba może o tym wiedzieć". Generalnie odzew był taki, że mam spadać na drzewo prostować banany.

Przeczytałam kilka wyznań o tym, jak to kobiety udawały mężczyzn w sieci (i vice versa) i postanowiłam spróbować. Moje komentarze są w podobnym tonie, jedyne co się zmieniło to fakt, że wyrażam się jako mężczyzna.

Co się okazało. Takie same poglądy jak wcześniej mają więcej plusów (chociaż to nie jest do końca miarodajne), a dyskusje toczą się na poziomie. Nikt mnie nie wyzywa i kiedy twardo stoję przy swoim, zwykle jedna ze stron w końcu przyznaje rację drugiej. Jakoś tak przyjemniej mi się tu wypowiada i nie czuję się jak na cenzurowanym.

Zastanawiam się, z czego to wynika.

#wANAX

Wiecie czym jest smak wolności?

To takie uczucie, które pojawia się, kiedy masz co jeść i nie masz zakazu spożywania jedzenia znajdującego sie w domu.
Kiedy możesz sobie coś ugotować lub skorzystać z toalety kiedykolwiek i jakkolwiek tylko chcesz i nie słyszysz, że jesteś chorym sku######em. Kiedy możesz kupić sobie kiełbasę prosto z Hiszpanii, bo masz na to ochotę i nikt nie robi ci wyrzutów. Kiedy masz się w co ubrać i z czego zadzwonić, a nie musisz chodzić od 10 miesięcy w tych samych 3 koszulkach i 1 spodniach. Kiedy możesz zrobić pranie i nikt ci go nie wyłączy i nie wyrzuci na podłogę, bo cię nienawidzi. Kiedy cieszysz się z powrotów do domu i wiesz, że od wejścia nie będziesz poniżany. Kiedy opuszczanie bliskich nie łamie ci serca, bo w twoim domu też nie jest tak źle. Kiedy możesz siedzieć spokojnie, bo nikt nie zacznie ci szarpać za drzwi drąc się, że jesteś chorym p#####m. Kiedy możesz spać spokojnie, bo nikt kie grozi ci, że u####e ci głowę w nocy. Kiedy nikt nie uderzy cię za brak wiedzy, czym jest akapit. Kiedy nikt nie zrobi ci piekła w domu, bo tak.

To uczucie, które pojawia się, kiedy bierzesz życie w swoje ręce.

Nie mam nawet 20 lat. Jestem na swoim utrzymaniu. Przeszedłem przez rodzinę alkoholików, a potem rodzinę psychopatów. Jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholików. Przeszedłem przez depresję i próbę samobójczą. Wyszedłem z fobii społecznej. Uciekłem z domu 2 dni po 18 urodzinach i dziś cieszę się życiem.

I mały apel dla ofiar przemocy domowej. Bierzcie życie w swoje ręce, bo jest ono zbyt krótkie, żeby było piekłem. Nie dajcie sobie wmówić, że jesteście od kogokolwiek zależni. Znajdźcie powód do życia i przyjcie zawsze naprzód. Zawsze.

#tcqU4

Jako że od jakiegoś czasu cierpiałam na dyskomfort dupska, wybrałam się z wizytą do proktologa. Wydawało mi się, że mogę mieć hemoroidy - kropelki krwi na papierze toaletowym, lekki świąd i ogólny ból przy wypróżnianiu wydawały mi się pasować do tego schorzenia. Godzina i dzień umówione, zadzieram kiecę i lecę.
W gabinecie pan doktor proktolog przebadał mnie od dupy strony rozmaitymi metodami, a kiedy skończył kazał się ubrać i ogłosił werdykt.

- Hemoroidów pani nie ma, wszystko dobrze, maść zapiszę na opuchliznę, tam był odbyt rozerwany, ale już się zagoił.

I mówi coś o odpowiednim nawilżaniu przed analną aktywnością seksualną i zapisuje na tej karteczce te maści i jak je stosować, a moje myśli skupiają się tylko wokół jednego: nie mam partnera seksualnego. Nie bawię się sama ze sobą analnie. To nie zabawki ani potwór domniemanego kochanka mnie uszkodziły.

Jednym słowem: kupsko rozerwało mi dupsko.

#d1cP6

Kiedy miałam 15 lat, urodziła się moja młodsza siostra. Na początku byłam przerażona, ponieważ bałam się, że razem z mamą sobie nie poradzimy - ojciec małej zwiał, gdy tylko się dowiedział, że mama "wpadła". Jednak wbrew naszym obawom, na początku wszystko się układało. Mama była na urlopie macierzyńskim, ja dobrze zdałam egzaminy gimnazjalne i dostałam się do dobrego technikum. Pytanie brzmi, gdzie problem?

W końcu moja mama na pewno nie była jedyną samotną matką, która musiała godzić pracę z opieką nad dziećmi. Cóż, problem się zaczął, gdy właśnie mama do pracy wróciła. Cała opieka nad siostrą spadła na mnie; JA zaprowadzałam małą do żłobka, JA odbierałam ją po szkole, JA szykowałam jej śniadania, obiady i kolacje. Moje życie towarzyskie przestało istnieć. Zawsze, gdy chciałam gdzieś wyjść z koleżanką, mama najpierw sprawdzała w grafiku, czy będzie mogła z nią zostać. Zwykle nie mogła, ponieważ kończyła pracę o dwudziestej lub dwudziestej drugiej.

W technikum zyskałam opinię osoby, której nie warto nigdzie zapraszać, ponieważ wiecznie odmawia. Naprawdę chciałam chodzić na spotkania ze znajomymi, koncerty, nawet na głupie dyskoteki szkolne, a na palcach jednej ręki można policzyć, kiedy mi się udało wyrwać z domu. Po moich osiemnastych urodzinach mama potrafiła zrobić mi awanturę, że jak to tak, jak to znalazłam sobie pracę na wakacje, kto będzie opiekował się siostrą po przedszkolu?! Co ja sobie wyobrażam?!

Wtedy nawiązała kontakt z babcią małej ze strony ojca, która zaczęła jej trochę pomagać. Ja się cieszyłam, mała się cieszyła, jednak mamie nie podobało się, że siostra spędza czas z babcią. Do dziś nie wiem, dlaczego tak rzadko pozwala im się widywać. Ze swoją matką moja mama również nie utrzymuje kontaktu, przed laty bardzo się pokłóciły, ale to już historia na inne wyznanie.

Teraz rozpoczęłam studia w sąsiednim mieście i czasami specjalnie mówię, że wrócę później albo że spóźniłam się na pociąg, aby spędzić choć trochę czasu sama albo z chłopakiem. Gdy tylko wracam do domu, spada na mnie opieka nad siostrą. Rozumiem, że muszę mojej mamie pomagać, ale nie powinnam jej wyręczać. Chciałabym się wyprowadzić razem z chłopakiem gdzieś bliżej miasta, w którym studiuję, ale wiem, że czeka mnie okropna awantura za sam pomysł. Jednak nie to w tym wszystkim jest najgorsze.

Przez to, że zajmuję się siostrą, omija mnie wiele rzeczy, a ja automatycznie zaczynam ją o to obwiniać. Czuję, że jeśli taka sytuacja potrwa dłużej, zacznę ją nienawidzić, mimo że naprawdę mi na niej zależy. Co mogę dodać? Mamy nie stać na opiekunkę, nie mamy dosłownie żadnej rodziny, która mogłaby pomóc (oprócz babci ze strony ojca siostry, ale mama nie lubi się z nią kontaktować). Czuję się tym wszystkim przytłoczona; zupełnie jakbym ja urodziła dziecko, a nie ona.

#VyPpJ

Dopiero co przeczytałem wyznanie osoby, której rodzice zmuszali ją w maniakalny sposób do nauki. To mi przypomniało, co moi starzy wyczyniali w tym temacie.

Od zawsze słyszałem, że mam być wzorowym uczniem. Zero nieprzygotowań, zawsze praca domowa odrobiona i zawsze wzorowe oceny. Już w pierwszych klasach podstawówki to miałem.

Dzień wyglądał zawsze tak: pobudka, szkoła, 30 minut wolnego, lekcje, zajęcia dodatkowe, lekcje, czytanie książek i sen. Oglądać telewizję mogłem tylko od piątku do niedzieli i to tylko wtedy, gdy miałem wszystko odrobione. Jeśli miałem w nadchodzącym tygodniu sprawdzian lub kartkówkę - zero telewizji. Żeby posiedzieć na kompie, musiałem błagać ojca na kolanach (mieliśmy wspólny komputer). Zwykle dawał mi 30 minut na grę, ale potrafił przyjść po 15, twierdząc, że siedzę już za długo. Dodatkowo każdego dnia po szkole sprawdzali mi zeszyty, zarówno rano, pod kątem czy mam wszystko zrobione, jak i wieczorem, czy wszystko wziąłem.
Oprócz tego nie mogłem w szkole pisać w zeszycie. Wszystko musiałem zapisywać w brudnopisie, a dopiero w domu mogłem przepisywać do zeszytów. Jeśli zapisałem coś z błędem, lub ich zdaniem brzydko, sruu, cała kartka wyrwana z zeszytu i przepisujemy od nowa.

Najgorzej było z pracami domowymi. Zwłaszcza z matmy. Jeśli po jakimś czasie dalej nie rozumiałem zadania, ojciec potrafił mnie bić po głowie za każdą złą odpowiedź. Jeśli praca była ich zdaniem za krótka: piszesz jeszcze raz na brudno. Później sprawdzali, dopisywali mi 3-4 strony tekstu i dopiero wtedy mogłem przepisać. Jeśli coś źle przepisałem, piszemy całość od nowa. Przez to wszystko nieraz kończyłem prace domowe i naukę o północy. Wstawałem rano niewyspany i wysłuchiwałem od starych "gdybyś tyle nie marnował czasu, to byś mógł dłużej spać". A ich zdaniem, wszelkim traceniem czasu było: chodzenie do toalety w czasie odrabiania pracy domowej/uczenia się, pójście napić się herbaty, pójście po coś do jedzenia. Za to absolutnym obowiązkiem było przychodzenie za każdym razem, gdy wołali i: robienie herbaty, podawanie pilota od telewizora itp.

Dopiero w 5. klasie podstawówki, kiedy się zbuntowałem i olałem naukę, trochę coś do nich dotarło, ale ostatecznie to w gimnazjum odpuścili w jakimś stopniu. Ale i tak musiałem na wszelkie wyjazdy (nieważne czy rodzinne, czy szkolne) brać podręczniki i książki z ćwiczeniami i uczyć się za każdym razem, gdy miałem chwilę wolnego.

Wiem, że może to wyznanie brzmi ciut dziecinnie, ale przez to do dziś mnie to boli, bo przez naukę nie miałem dzieciństwa. Rodzice: pamiętajcie, że dziecko to nie maszyna do nauki i ma też swoje potrzeby. Dzieci/uczniowie: nie bójcie się pokazać, że macie swoje zdanie i wolną wolę, bo inaczej możecie się później nie pozbierać.

#Ettlv

Z lat dzieciństwa.
Moja siostra dostała kiedyś w prezencie lalkę, ale nie taką zwykłą, lecz taką, co najpierw pije, a potem po jakimś czasie sika i trzeba zmieniać pieluchy. Było to zrobione na zasadzie zaworków jednoprzepływowych.

W każdym razie ja, pomysłowy 8-latek, nakarmiłem ową lalkę tabletkami musującymi i brązową akwarelą.
No i siostra podczas zabawy nakarmiła, czytajcie napoiła, lalkę.

Nie mija kilka minut, jak moja młodsza siostra biegnie do mamy i krzyczy, że lalka chora, bo ma sraczkę. I rzeczywiście plan wypalił. Lalka pierdziała i wypluwała z tyłka brązową wodę.

Oj, miało się pomysły.

#of3I4

Jak byłem mały, usłyszałem, jak kolega mojego brata mówił coś o „zaliczaniu lasek”. Nie wiedziałem dokładnie co to znaczy, ale doszedłem do wniosku, że pewnie chodzi o to, ile ich poznał. Z rozmowy wynikało, że im więcej, tym lepiej, dlatego sam zapragnąłem być taki jak on i „zaliczać” dziewczyny.

Założyłem zeszyt, w którym zacząłem wypisywać imiona wszystkich koleżanek, z którymi kiedykolwiek zamieniłem chociaż jedno słowo i przy każdym z nich stawiałem ptaszka. Było ciężko, bo dopiero niedawno nauczyłem się pisać drukowane literki, ale koniecznie chciałem być tak samo fajny, jak ten kolega.

Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że to głupie, żeby zaliczać tylko dziewczyny, więc założyłem drugi zeszyt z imionami chłopców i podpisałem go jako lista chłopaków, których zaliczyłem. Tak mocno się w to wkręciłem, że przez następnych kilka dni wykorzystywałem wszelkie możliwe okazje, aby tylko porozmawiać z kimś nowym, którego oczywiście od razu potem dopisywałem do mojej listy. W końcu dumny poszedłem do rodziców, aby pochwalić się, ile lasek i chłopaków już zaliczyłem.

Tata wybuchnął śmiechem, natomiast mama nie była zbytnio zadowolona i zabroniła mi mówić, że kogoś „zaliczam”. Pamiętam tę rozmowę do dziś, bo było mi bardzo przykro, że zamiast mnie pochwalić, oni zabronili mi mojego nowego hobby. :(

#6tvMJ

Ostatnio przeczytałam pewne wyznanie, które przypomniało mi szereg bolesnych zdarzeń z mojego dzieciństwa.

Od kiedy byłam małym szkrabem, pamiętam jak Kacper przychodził do nas naprawiać komputer. Chociaż byłam bardzo mała, a sam komputer nie wyglądał jak te dzisiejsze, to pamiętam jego wielkie okulary i burzę kręconych włosów i to jak przy furtce machał mi ręką z uśmiechem na twarzy wołając "Przyjdź dzisiaj do nas, mama piecze twoje ulubione ciasto!". Chociaż miał tylko 20 lat, dla mnie był bardzo dorosły i dojrzały, ale przy tym zawsze skory do zabaw z głupiutką ośmiolatką.

Któregoś dnia moja matka zawołała mnie do kuchni. Nie pamiętam czy była smutna, czy może bardziej poważna. Poprosiła mnie bym usiadła. Po prostu popatrzyła na mnie i powiedziała: "Kacper zniknął". Nie wiem czy tłumaczyła coś dalej, ale z tego konkretnego momentu pamiętam tylko to zdanie i jak cały świat zatrzymał się w jednej chwili. Ale po chwili ruszył dalej, bo przecież znajdzie się prawda? Musi się znaleźć, przecież to Mój, jedyny w swoim rodzaju Kacper, który zawsze w końcu przychodził!

Nie przyszedł więcej. Parę dni później znaleziono jego ciało w rzece. Popełnił samobójstwo.

Ale nie chcę pisać o tym, jak czuła się mała dziewczynka po śmierci chłopca z sąsiedztwa (chociaż wszystko to wpłynęło później na decyzje jakich dokonywałam w dorosłym życiu), ale o tym, że czasem ludzie dorośli, są bardziej bezmyślni niż dzieci.

Matka Kacpra po jego śmierci zamieniła się w cień człowieka. Wydawało się, że chce umrzeć razem z nim (na cmentarz chodziła co najmniej trzy razy dziennie, widziałam jak jeździła rowerem przed naszym oknem). Jakiś miesiąc po pogrzebie poszła do fryzjera. Zagadała ją pewna pani, na ploteczki. "A słyszała pani, że Y urodziły się dzieci? A z tej miejscowości Z. A ostatnio ten chłopak X popełnił samobójstwo. Oszalał chłopak całkowicie. Matka zaganiała do nauki, a chłopak tępy był, to i zabił się z tego żalu że taki głupi! Dobrze tak staremu i starej!". Usłyszała to prosto w twarz od obcej kobiety.

Ludzie są okrutni i nie dość że mamy XXI wiek, a samobójstwo to temat tabu, to jeszcze dokopać musieli rodzinie i nam wszystkim, dla których Kacper był kimś ważnym. Nie jeden raz, na ulicy, podszeptując pod sklepem, prosto w twarz. Nie wspomnę o tym co ksiądz powiedział podczas pogrzebu.
Nie tak powinien wyglądać okres żałoby dla Matki, która utraciła swoje jedyne dziecko.

*Powód Jego samobójstwa był nam znany, pozwolę sobie jednak zachować go dla siebie - nie o tym ma być to wyznanie.
Dodaj anonimowe wyznanie