Nigdy nie byłam idealna w oczach mojej rodziny. Każdy miał odmienny pomysł na wychowanie mnie. Jedynie moja matka nie przejmowała się tym, na kogo wyrosnę.
Nigdy jej nie szanowałam, bo była bezrobotna i nie zajmowała się domem, ale to co wtedy powiedziała sprawiło, że nie wiedziałam, co powiedzieć.
Działo się to w czasach gimnazjum. Jak wiele innych gimbusów, zaczęłam wtedy pić, palić. Ubierałam się na czarno, słuchałam metalu, nosiłam glany i pofarbowałam włosy. Rodzinie się to nie spodobało. Bardzo cenili sobie schludny, dziewczęcy ubiór, naturalne włosy.
Pewnego dnia pojechałam z matulą na wieś do dziadków. Podczas obiadu zaczęli rzucać obelgami i pretensjami w moją stronę. Matka, która jak do tej pory siedziała cicho, w końcu nie wytrzymała.
- Lepiej, że jest metalem niż prostytutką, jak ty w czasach młodości, mamo - powiedziała.
Zamurowało mnie, w sumie wszystkich. Resztę obiadu spędziliśmy w ciszy i nie drążyliśmy tematu. Dziadkowie do dzisiaj nie wspomnieli nic o moim wyglądzie.
Zawsze w okresie świątecznym przypomina mi się sytuacja sprzed 3 lat.
Był 24 grudnia, a ja byłam w żałobie po mojej zmarłej matce, która była dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Wtedy też zdałam sobie sprawę, że będą to moje pierwsze samotnie spędzone święta. Postanowiłam się nie załamywać i przygotować swoją własną samotną wigilię. Nie chciałam marnować czasu ani pieniędzy na przygotowanie całej kolacji dla jednej osoby, więc zdecydowałam, że zrobię zwykły sernik i to będzie cała moja uroczysta kolacja. Jak postanowiłam, tak zrobiłam.
Sernik wyszedł naprawdę świetny, a mi zaczynało robić się smutno. Wszyscy całymi rodzinami gdzieś się spieszyli, tylko ja siedziałam sama w domu przy swoim przepysznym serniku.
Moje rozmyślania przerwał głośny śmiech u sąsiadki z góry. Znałam tę kobietę, ponieważ często zaczepiała mnie i zagadywała, a ja zawsze poświęcałam chwilkę czasu na pogawędkę z nią. Ten śmiech na górze jeszcze bardziej mnie zdołował i właśnie wtedy postanowiłam zrobić coś, na co w normalnej sytuacji pewnie nigdy bym się nie odważyła. Postanowiłam pójść na górę i poczęstować wszystkich moim wypiekiem. Zarzuciłam na siebie przyzwoite ubrania, wzięłam sernik i poszłam piętro wyżej. Spodziewałam się, że otworzy mi znajoma sąsiadka, więc przygotowałam odpowiedni dialog i zapukałam w drzwi.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu otworzył mi jakiś mężczyzna. Byłam zupełnie zdezorientowana, nie tego się spodziewałam. Mój cudowny plan nie wypalił. Mężczyzna przywitał się i spytał, o co chodzi, a ja nie wiedząc co powiedzieć zaczęłam dukać w stresie jakieś bezsensowne zdania. Tego było już chyba z wiele dla mnie na ten dzień, bo wybuchnęłam ogromnym płaczem. Stałam tam jak wariatka przed obcym facetem, z sernikiem w ręku, w wigilijną noc, i ryczałam.
Wtem w drzwiach ukazała się moja sąsiadka, rozpoznała mnie i zaprosiła do środka. Dopiero po tym, jak wypiłam kubek gorącej herbaty, byłam w stanie powiedzieć o co tak naprawdę mi chodzi. Ku mojemu zaskoczeniu powiedziałam całą prawdę, o niedawno zmarłej matce i o tym, że nie mam z kim spędzić świąt.
Dla mojej kochanej sąsiadki było jasne, że spędzę ten dzień z nią i z jej rodziną. Wszyscy przyjęli mnie w ten dzień bardzo ciepło.
Od tamtego wydarzenia bardzo zaprzyjaźniłam się z sąsiadką z piętra wyżej. Jej dzieci na co dzień mieszkały za granicą, więc ona również była bardzo samotna. Obie chętnie spędzałyśmy razem czas i chociaż sąsiadka była ode mnie o 50 lat starsza, to świetnie mi się z nią rozmawiało. Dzięki niej również udało mi się pozbierać po śmierci matki. Obecnie nie mieszkam już w tamtym mieście i mój kontakt z sąsiadką właściwie kompletnie zanikł. Jednak ja wciąż o niej pamiętam i o tym, co dla mnie zrobiła.
Pochodzę z biednej rodziny i kiedy byłam dzieckiem, rodzice zawsze pod koniec miesiąca zaczynali przeszukiwać cały dom. Zaglądali wszędzie, nie zwracali uwagi na protesty i chęć zachowania jakiejś prywatności. Oczywiście szukali wtedy kasy, a za to co znaleźli robili zakupy, które miały wystarczyć do kolejnej wypłaty.
Kiedyś nakupowali mnóstwo mąk, płatków, soli i pełno innych rzeczy, które mają takie opakowania, że niezbyt da się je zamknąć. To wszystko walało się na blacie, bo wówczas wszystkie półki były porozwalane. I właśnie wtedy w naszym domu pojawiła się mysz. Matka przerażona wyrzuciła praktycznie wszystko "bo mysz mogła po tym przejść", a że kasa się skończyła, to przez jedenaście dni cała rodzina (siedem osób) jadła jedynie wafle (tak z dwa opakowania), które jakimś cudem przetrwały, i dżem.
Do dzisiaj pamiętam, jak bardzo byłam wtedy głodna i to, jak burczał mi brzuch, wszyscy się patrzyli i w końcu zemdlałam na pewnej lekcji.
Obecnie nie potrafię wydawać pieniędzy na coś innego niż jedzenie i wszelkie środki do sprzątania. Musi być sterylnie czysto i pełno jedzenia, inaczej dostaje ataków paniki.
Dla wielu z was ta historia może wydać się absurdalna i mało wiarygodna, ja do dziś dziwię się, jak do tego doszło.
Mój kumpel brał ślub. Kontakt mieliśmy raczej ograniczony, ale kiedyś byliśmy naprawdę bliskimi przyjaciółmi, więc zaprosił mnie i moją dziewczynę. Ceremonia odbywała się w miejscowości, której nazwę widziałem pierwszy raz w życiu (rodzinne strony żony kumpla), a impreza w jeszcze innej, ale cóż, z pomocą GPS-a dojechaliśmy pod kościół. Wszystko ładnie, pięknie. Po ślubie, gdy już mieliśmy się zbierać, mojej dziewczynie przypomniało się, że zapomniała podpasek. Szybki wypad do sklepu i jedziemy na wesele. Z tym że żadne z nas nie pamiętało, jak nazywa się miejscowość, w której odbywała się impreza. Nie wpadło nam do głowy, żeby zabrać ze sobą zaproszenie. Nie ma tego złego, poczekamy na samochody innych gości i po prostu pojedziemy za nimi, długo nam w tym sklepie nie zajęło, więc pewnie jeszcze nie wszyscy wyjechali spod kościoła.
Kiedy przed naszymi oczami pojawił się sznur samochodów udekorowanych kokardkami, ruszyliśmy w drogę. Dojechaliśmy do restauracji, wchodzimy do środka, zajmujemy miejsca i czekamy na wielkie wejście młodej pary. Trochę się zdziwiłem, że nikogo z gości nawet nie kojarzę, ale gdy na sali pojawili się nowożeńcy, wiedziałem już dlaczego. To byli obcy ludzie. Pomyliliśmy wesela.
Zadzwoniłem do kumpla z pytaniem jak nazywa się miejscowość, do której mamy dojechać. Wymknęliśmy się niezauważeni (mam nadzieję) i w końcu dojechaliśmy tam, gdzie powinniśmy być.
Kumpel i jego żona do dziś myślą, że po prostu zgubiliśmy drogę, nikt nie wie, że wbiliśmy na wesele zupełnie obcych osób.
Moja praca nie należy do ciekawych, jest nudna. Więc wpadłem na pomysł i przykleiłem monetę 1 zł do chodnika i z mojego stanowiska doskonale widać, jak ludzie się męczą, aby ją podnieść, kopią, podważają, ale nic im nie wychodzi.
Naprawdę dzięki temu czas leci szybciej.
Pracuję w pubie. Kiedy jest już bardzo późno (lub wcześnie, jak kto woli), a ostatni pijani goście za nic nie dają się wyprosić, puszczam najbardziej wieśniacką muzykę, jaką tylko uda mi się znaleźć.
W 90% przypadków już po kilku utworach wychodzą z zażenowaną miną.
Cześć, mam 29 lat i jestem otyła. Jednak zanim stwierdzicie "to przestań tyle żreć i rusz tyłek z kanapy", dajcie mi wytłumaczyć parę rzeczy.
Już w przedszkolu byłam większa od innych dzieci, taka słodka kuleczka z pucołowatymi policzkami. W podstawówce powoli zaczęły się docinki i "przypadkowe" popychania/podkładanie nóg. Nikt nie odważył się konkretnie ze mną zacząć, bo byłam duża, a duży znaczy dużo siły i szybki nokaut. Gimnazjum było dla mnie horrorem. W wypadku samochodowym bardzo ucierpiały moje kolana i jedno musiałam mieć wymienione na sztuczne, drugie jakoś odratowali.
Nagminne było zabieranie mi kul, czy na początku przebijanie opon w wózku inwalidzkim. Liceum było lepsze, ale i tak do końca nie znalazłam ani jednej przyjaciółki czy przyjaciela. Na studia wyjechałam do innego miasta i tam dopiero zyskałam przyjaciół. Pewnie się zastanawiacie, po co to piszę, skoro historia miała być o czym innym. Odkąd pamiętam, zawsze się odchudzałam. Nie lubię fast foodów, zero słodkiego, bo mam uczulenie na kakao i laktozę.
Rodzice na początku nic nie robili, bo wyrosnę, jak będę dojrzewać. Pierwsze wizyty w poradniach dietetycznych zaczęły się, jak miałam 15 lat. Przez 10 lat wypróbowałam metody 16 różnych poradni i nic, waga zamiast się zmniejszać, to rosła. Teraz pewnie myślicie, dobra, dobra, ale trzeba też ruszyć dupę... Nigdy nie byłam spokojnym i siedzącym w domu człowiekiem, wręcz ciężko mnie było oderwać od piłki lub roweru. Przy wzroście prawie 170 cm w wieku 25 lat osiągnęłam wagę krytyczną 120 kg. Postanowiłam się przebadać.
Nie dość, że tarczyca, czy też resztki, które z niej zostały już chyba zipie na oparach, to jeszcze totalnie popieprzone hormony. Endokrynolog powiedział, że nawet na tabletkach i diecie konkretnie dla mojej choroby nie ma szansy na schudnięcie. Częściowo się z tym pogodziłam (tak, wiem, pewnie tłumaczę tłuszcz chorobą, bo jestem za leniwa). Nie jestem kulą toczącą się z fotela do lodówki i z powrotem, kocham sport i aktywność. Gdy ludzie pytają, gdzie następna impreza, moi znajomi pytają, gdzie robimy następną wycieczkę rowerową. Szpagat, dotknięcie rękami ziemi, deska? Bez problemu. Brzusio w niektórych rzeczach przeszkadza, ale nie odpuszczam.
Boli mnie, kiedy słyszę komentarze typu "wracaj wielorybie do morza" lub "miejsce krowy jest na pastwisku". Zazdroszczę innym dziewczynom fajnych ubrań, bo wiem, że nie robią ich w rozmiarze pokrowca na pralki i nie mam szans ich kupić. Jednocześnie kocham wyraz twarzy osób, które widzą, jak taki grubas pokonuje ich kondycją.
Muszę się wygadać. Zwyczajnie zalewa mnie krew przez moją siostrę.
Kobieta, która przez cały okres ciąży paliła papierosy (bo odstawienie bardziej szkodzi niż palenie...), co weekend piła alkohol ("wino i piwo nie szkodzą dziecku") i w ogóle nie dbała o to, co je, zarzuca mi, że jestem złą matką, ponieważ szczepię dziecko i narażam je przez moje "widzimisię" na choroby.
Byłam kiedyś świadkiem dziwnej sytuacji, która wydarzyła się w autobusie. Akurat jechałam na zajęcia, ósma rano i pełno ludzi wokół mnie. Gdy autobus przyjechał, wsiadłam i zajęłam jedno z wolnych miejsc. Jak można się domyśleć, im dalej autobus jechał, tym mniej było wolnych miejsc siedzących, aż w końcu nie było ich w ogóle. I tak na jednym z przystanków wsiadła kobieta mniej więcej w średnim wieku, w zaawansowanej ciąży, i staje niedaleko mnie.
Niewiele myśląc wstałam i mówię do niej, by usiadła. Z uśmiechem na twarzy podziękowała i zajęła owo miejsce. A ja miałam satysfakcję z tego, że w jakimś stopniu zrobiłam dobry uczynek.
Dopiero po kilku minutach zorientowałam się, że ta kobieta udaje. Tak, udaje ciążę! Z racji tego, że była wiosna i już dość ciepło, to nie miała problemu z wyjęciem poduszki spod swojej bluzki. Chwilę się zastanawiałam, czy aby przypadkiem jest to ta sama osoba, ale tak, to była ta sama kobieta. Gdy przyglądałam się jej dłuższy czas, nadal nie mogąc uwierzyć w to co ludzie zrobią, by posadzić swój szanowny tyłek w autobusie, usłyszałam soczyste "I co się kurwa gapisz? Poduszki nie widziałaś?". A na koniec jeszcze wyjęła z torby jakąś kiełbasę i zaczęła się tym zajadać.
Zwątpiłam w ludzi. Żeby wymyślać sobie ciążę żeby tylko usiąść na kilka przystanków w autobusie? To chyba przebija te wszystkie starsze babcie, które stoją nad głowami, sapią i umierają. Spotkał się ktoś z podobną sytuacją?
Czuję, że jestem złym człowiekiem.
Kilka miesięcy temu, brat mojej najbliższej przyjaciółki miał poważny wypadek. Nazwijmy go X. Od tego czasu X leży w szpitalu wojewódzkim, w śpiączce. Był w stanie tragicznym, lekarze kazali przygotowywać się na najgorsze, ale jednak przeżył. A ja?
Za każdym razem kiedy przyjaciółka opowiada mi, co u niego, ja się albo wyłączam, albo zmieniam szybko temat. Nienawidzę o nim rozmawiać i czasami łapię się na myśleniu, czy kiedyś umrze w tym szpitalnym łóżku czy nie.
Otóż prowadził samochód pijany. Zalany w trzy dupy X wiózł siebie i jakiegoś kolegę, również pijanego. Dodatkowo obydwaj nie mieli prawa jazdy, samochód podwędzili rodzicom kolegi. Ten jego przyjaciel, całe szczęście, ma się dobrze. Jednak za nic nie potrafię okazać współczucia X, bo nigdy nie zrozumiem i nie zaakceptuję tego, że wsiadł za kierownicę bez uprawnień i pijany. Przez niego mogły umrzeć niewinne osoby, mnóstwo niewinnych osób. Przez taką osobę zginęła moja chrzestna.
Wśród naszych znajomych X jest męczennikiem. Jest nawet zbiórka dla niego. Ja jednak wolę przekazać swój 1% podatku dla jakiegoś schroniska, nie dla zasranego, mentalnego gówniarza, który w wieku 17 lat upija się i powoduje wypadki.
Od tego czasu, mimo że go nie widziałam po wypadku, to znienawidziłam go, chociaż wcześniej był miłym chłopcem.
Dodaj anonimowe wyznanie