#Zj8mp

Zacznę od tego, że w wieku szesnastu lat zaszłam w ciążę. Byłam głupim dzieckiem i uległam chłopakowi, w którym, jak mi się wtedy wydawało, byłam przeogromnie zakochana.

Chłopak się nie zmysł, a nawet zaproponował mi ślub i wspólne życie (kiedy teraz o tym myślę, to zapewne zmusili go do tego rodzice). Odmówiłam. Chciałam usunąć dziecko, ale moja matka mi nie pozwoliła. Uzgodniłam z rodzicami, że po urodzeniu oddam dziecko.

Na czas ciąży zrezygnowałam ze szkoły. Jakoś żyłam, choć było mi ciężko, jeśli mam być szczera, to nie bardzo pamiętam ten czas.

Urodziłam zdrowego chłopca. Rodzice chłopaka próbowali przekonywać mnie, abym jednak próbowała go wychować razem z ich synem, ale dzięki wsparciu rodziców byłam nieugięta.

Teraz mam męża, dwójkę dzieci i zupełnie szczęśliwe życie.

Mój mąż wiedział o tym, co spotkało mnie w przeszłości, nie widziałam sensu tego przed nim ukrywać.
Nigdy nie szukałam kontaktu z przeszłością ani nie interesowałam się tym, co stało się z moim synem, wiedziałam, że trafił do dobrych ludzi i to mi wystarczyło.
Nie spodziewałam się tylko, że on będzie chciał spotkać się ze mną.

Ma siedemnaście lat. Sam do mnie przyszedł. Chciał mnie poznać i dowiedzieć się dlaczego nie chciałam go wychować. Jego rodzice mu tego nie wytłumaczyli (czego, szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiem).

To było dziwne doświadczenie. Czułam się jakbym rozmawiała z dużo młodszą wersją mojego ojca (jest do niego ogromnie podobny). Powiedziałam mu co chciał wiedzieć. Zrozumiał. Zapytał, czy go nienawidzę. Oczywiście odpowiedziałam, że nie. Nigdy nie był niczemu winny, a po jego urodzeniu nie miałam żadnej traumy.

Zdążył nawet poznać mojego męża i dzieci (małżonek wrócił z pociechami do domu wcześniej niż myślałam, a nie chciałam chłopaka w żadne obce miejsca ciągnąć i zaprosiłam go do siebie, kiedy akurat miało nie być reszty rodzinki).

Mąż przywitał go, choć z dystansem, a dzieciaki pouciekały do siebie (całe szczęście, bo nie wiem jak mogłabym ośmio- i sześciolatkowi wytłumaczyć całą tę sytuację).
Zanim sobie poszedł, ponownie umówiłam się z nim na spotkanie. Tym razem na mieście.

To nie tak, że chcę się teraz bawić we wchodzenie w jego życie, ale jestem po prostu go ciekawa. Wiem, że to samolubne i powinnam dać temu spokój, zwłaszcza że sama go nie chciałam, gdy był niemowlakiem. Mimo to chcę go poznać, nie mam zamiaru mu matkować. Jestem dla niego obca, tak samo jak on dla mnie. Nie chcę tworzyć z nim rodziny, ale skoro już go poznałam, to niech chociaż wie, że w razie problemu może się do mnie zwrócić.

To nie tak, że mam jakieś poczucie winny, że go zostawiłam. Jestem zadowolona ze swoich decyzji. Jest po prostu świetnym dzieciakiem, z którym dobrze mi się rozmawia, a spędzanie z nim czasu sprawia mi przyjemność.

#QwLLj

Historia z czasów przedszkolnych.

Już od małego miałem niechęć do robienia "dwójki" poza swoim domowym, porcelanowym tronem (mam tak do tej pory). Pewnego dnia, będąc w przedszkolu, potrzeba zrzucenia balastu była większa, niż się spodziewałem. Odkładając dumę na bok, udałem się do toalety. W domu mama zwykle pomagała mi się podetrzeć, jednak w przedszkolu nie było to możliwe.

Po skończeniu tego, co miałem zrobić, otworzyłem drzwi kabiny w poszukiwaniu pomocy. Akurat do toalety wchodził jakiś chłopiec. Zwróciłem się więc do niego z prośbą.
- Ej, sprawdzisz, czy mam brudne? - mówiąc to wypiąłem do niego swoją dolną część pleców. Żeby było śmieszniej, patrzyłem na niego głową w dół, między swoimi nogami.

Chłopiec uciekł z przerażoną miną. Do tej pory mi wstyd.
Jeśli to czytasz - przepraszam!

#nESn5

Uczęszczam do niewielkiego technikum. Do mojej klasy chodzi Kasia, która jest gwiazdą szkoły, nie taką wredną suką znaną z amerykańskich filmów, ale taką prawdziwą. Jest miła, inteligentna, pomocna i mocno zaangażowana w życie szkoły. Jest wolontariuszką w schronisku, działa w samorządzie, często reprezentuje szkołę w konkursach sportowych i naukowych. To właśnie ona co jakiś czas niemal całej klasie tłumaczy zagadnienia z matematyki, gdyż nasza matematyczka nie jest zbyt dobra w nauczaniu. Jest ulubienicą uczniów i nauczycieli.

Kasia jakiś czas temu trafiła do szpitala, nie jest z nią dobrze. W szkole ogłoszono, że potrzeba krwi dedykowanej dla niej. Nauczyciele i spore grono uczniów namawiali wszystkich pełnoletnich do oddania krwi, chętnych było mnóstwo, ale patrzyli krzywo na każdego, kto odmówił.

Zawsze chciałem oddawać krew, dlatego zrobiłem to tydzień po 18 urodzinach... czyli trzy tygodnie przed akcją oddawania krwi dla Kasi. Problem jest taki, że nikt nie chce słuchać. Część uczniów odmówiła, bo nie cierpią tej "gwiazdeczki", kilku boi się igieł lub oddawania krwi, jest również chłopak, który zrobił sobie tatuaż kilka dni wcześniej (nosi opatrunek na przedramieniu, więc nie może tego ukryć, jak niektórzy mu sugerują), dziewczyna z atopowym zapaleniem skóry i pewnie kilkoro uczniów jeszcze z innymi powodami. Wszyscy zostaliśmy potraktowani jakbyśmy chcieli śmierci Kasi. Ja mam najgorzej, bo chodzę z nią do jednej klasy i jesteśmy przyjaciółmi. Większość osób nie chce mnie nawet wysłuchać, kiedy już pozwolą mi dojść do głosu, twierdzą, że jakbym chciał, to mógłbym zataić fakt niedawnego oddania krwi. Nawet niektórzy nauczyciele tego nie rozumieją, uważają, że kłamię, bo przecież młodzież nie jest chętna do oddania krwi i na pewno nie zrobiłem tego sam z siebie. Tylko najbliżsi przyjaciele mnie wspierają.

Znosiłem ochłodzenie stosunków w klasie, jestem pewny, że Kasia ich wszystkich ogarnie, gdy dojdzie do siebie, ale mam już powoli dosyć. Nie zostałem nawet wpuszczony na wigilię klasową. Po jasełkach każda klasa poszła do swojej sali, a nauczyciele łamali się ze sobą opłatkiem. Zanim przyszła nasza wychowawczyni, zostałem odepchnięty od drzwi, zwyzywany, a potem dostałem w mordę. Klasa niemal zgodnie stwierdziła, że już nie jestem częścią tej grupy, ponieważ jestem ch*jem i samolubem, kilka osób bało się odezwać. Mój najlepszy kumpel odszedł razem ze mną, czy również skazał się na bycie wyrzutkiem.

Współczuję Kasi, ale coraz trudniej mi o tym pamiętać, gdy ludzie mnie tak traktują. Kilka razy złapałem się na tym, że przerzucam na nią odpowiedzialność za to wszystko. Wkurzają mnie ci "wszyscy" dobrzy ludzie. Dziewczyna dostanie krew od około setki osób, to, że zmarnuję sobie zdrowie, aby oddać dodatkowe pół litra, raczej nic nie pomoże.

#XuPET

Mikołajki klasowe parę lat temu.
W naszej klasie była nas wtedy dwudziestka, w tym niewierzący chłopak. Wiadomo, po prostu nie obchodził mikołajek. Nasza wychowawczyni jednak uwielbiała go nad życie i uparła się, że to niesprawiedliwe, że każdy daje sobie prezenty, a on jest z tej tradycji "wyjęty".
Chłopak musi dostać prezent i już! No OK, on powiedział, że to tylko symboliczne i nie ma nic przeciwko przyjęciu podarka. I tu pojawił się problem.
Zaczęliśmy więc losować. Każdy już miał przeznaczoną osobę, ustaliliśmy cenę i mieliśmy rozpoczynać lekcję z wychowawcą. Okazało się jednak, że chłopakowi coś się nie spodobało. Rzucił karteczkę z nazwiskiem do kosza i uparł się, że nie zamierza obchodzić chrześcijańskiego święta i on prezentu nie kupi. Wychowawczyni, jak zawsze uśmiechnięta, podeszła do niego i wytłumaczyła, że skoro chce podarunek, to i on musi dać coś od siebie.
Jeszcze bardziej wkurzony wyszedł z klasy i tylko słyszeliśmy, jak krzyczy na nauczycielkę.

Jak to się skończyło?
No cóż, okazało się, że chłopak miał duży wpływ na wychowawczynię.
Dumny z siebie przyjął podarek.
Wylosował wtedy mnie.
Jako jedyny nie dostałem prezentu.

#CIxYO

Sierpniowe popołudnie.
Jednak zamiast spędzać je z rodziną nad morzem, stękałem wtedy z bólu po operacji.
Leżąc w jednej pozycji na szpitalnym łóżku, powoli przyzwyczajasz się do tego paraliżu, jednak zachciało mi się w końcu poprzewracać na boki, co poskutkowało uczuciem umierania.

Rodzinka, widząc jak to strasznie cierpię, poprosiła o jakieś leki przeciwbólowe.
No niestety dały wielkie nic i dalej łzawiłem z cierpienia. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy "jeśli męczennicy też tak boleśnie umierali, a nawet bardziej, skoro od tego umarli, to ja takim nigdy nie zostanę i już" - nie byłem nigdy religijny, ale widocznie wymęczony mózg postawił na zbliżenie do Boga w tym jakże okropnym momencie.
Kiedy zwykłe kroplówki przeciwbólowe nie podziałały, zastosowano silniejszy środek. Nie powiedzieli nam nazwy, ale było to coś wręcz narkotycznego (może morfina, kto tam wie), już chwilę po podaniu coś mruknąłem pod nosem i głowa mi opadła z wywalonym językiem.
Najbliżsi widząc jak sobie smacznie lulam, zdecydowali się mnie wreszcie opuścić i pójść coś zjeść.
Tutaj zaczyna się zabawa.

Leżałem na sali z 3 starszymi paniami. (szpital przepełniony, więc i tyle dobrze, że jakiekolwiek miejsce się znalazło). Wszystkie 3 panie nie słyszały już za dobrze.
Chociaż te silne leki mnie rozłożyły, mój mózg stwierdził, że nie takie numery z nim i postanowił mnie obudzić. Tyle, że nic nie pamiętam z tego, można powiedzieć, że byłem w stanie podobnym do urwania filmu po alkoholu albo pod głupim jasiem.

Kojarzycie "Chryzantemy Złociste" z YouTube'a? Jak się dowiedziałem od rodziny, po przebudzeniu postanowiłem dać piękny koncert starszym paniom, śpiewając ten jakże przepiękny utwór. Śpiewałem go z pasją, z takim przejęciem, że aż łzy mi leciały. A jako że panie niedosłyszały, to były przekonane, że śpiewam jakąś smutną emocjonalną piosenkę i tak się im spodobało, że jak skończyłem wyć 2 raz, to prosiły o następny i następny.
I w ten sposób darłem się na wpół płacząc z emocji przez jakieś 20-30 minut. Jednak na tyle cicho, żeby nikt spoza sali nie usłyszał.
Kiedy wróciła moja rodzina, miała serio wielki problem, żeby mnie jakoś uspokoić, ale jak usłyszała co ja tam wyśpiewuję, to odpadła połowa zawodników mających pomóc mnie ogarnąć. Musieli wyjść na korytarz, bo nie wytrzymali ze śmiechu. Ostatecznie jakoś mnie ululali i znowu zapadłem w sen, tym razem aż do następnego poranka.

Podobno starsze panie opowiadały rodzince jak to mój koncert je poruszył, że mógłbym został śpiewakiem oraz że bardzo proszą o nazwę utworu, bo taki poruszający.

PS Jak wyszedłem ze szpitala, to na powitanie czekał na mnie w domu bukiet chryzantem w półlitrówce po czystej.

#I0qPb

Cóż, mam pewną dolegliwość, która delikatnie zaburza mi normalnie pojęte zachowanie.

O ile niepewność, czy zakręciłem kran przed wyjściem, powroty do łazienki, dociskanie uszczelki i uparte wmawianie sobie, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku, da się jakkolwiek pojąć, to w momencie, kiedy stoję od 5 minut wpatrując się w ciemny pokój, z wątpliwością, czy jestem w 100% pewien, że światło jest wyłączone, trochę mnie wkur**a...

#3ka8F

Jeżeli ktoś nie kojarzy z "Aliena" sceny z androidami, to zniszczony android (robot) pełen był jakiejś organicznej, białej substancji. Oczami dziecka taki substytut krwi. To całkiem istotna informacja w kontekście tego wyznania.


Miałem 12 lat, nawet nie wiedziałem jeszcze, że jest coś takiego jak masturbacja, ale sprawiało mi przyjemność (mentalną) oglądanie nagich panienek w necie.

Postanowiłem sobie pewnego razu kupić kamerkę.

Podekscytowany podłączyłem kamerkę i nie mam pojęcia dlaczego, ale wyciągnąłem penisa, tak żeby było go widać w obrazie z kamerki, i zacząłem wykonywać oczywiste ruchy ręką.
W końcu poczułem, że coś się dzieje, nie był to ból, nie było to kłucie czy pieczenie... ale wiedziałem, że coś się dzieje. Pobiegłem do łazienki i zanim dobiegłem, miałem na ręce jakąś dziwną, białą substancję.

12-letni chłopiec pomyślał właśnie, że jest androidem i że spierdzielił sobie sprzęt.... jego życie legło w gruzach. Jak nikt nie mógł mu nigdy powiedzieć? Co teraz będzie? Czy on umrze?

Płakałem na podłodze w łazience chyba z pół godziny... potem poszedłem do komputera poszukać w necie jak naprawić penisa, bo coś z niego cieknie. Domyślacie się, co znalazłem.

Ja pier###lę, jak dobrze, że nikogo nie było w domu.

#6z7w7

Niedługo kończę 30 lat i jakiś rok temu się rozwiodłam. Moja decyzja, więc również przyjęłam konsekwencje tego, czyli bycie na własnym utrzymaniu i wynajęcie mieszkania. Niestety, żeby się utrzymać, musiałam zmienić ukochaną przeze mnie pracę na o wiele lepiej płatną, ale niezbyt przeze mnie lubianą.

W tym tygodniu jakoś tak z dziewczynami z zespołu podczas ploteczek wyszło z jakich pobudek zmieniłam pracę.
Zostałam nazwana materialistką, dla której tylko kasa ważna, a przecież nie to się w życiu liczy, one takie nie są itp.
Po czym zaczęły przegadywać o tym, co ich "misiaczki, mężusie i srusie" im kupują, co stawiają, gdzie zabierają itp., bo oni pracują na dobrych stanowiskach i dobrze zarabiają, tylko szkoda, że czasami tak długo pracują po godzinach, ale to ich praca.

Chyba czas poszukać nowego "mężusia", najlepiej bogatego, bo wtedy nie będę materialistką.

#7V5hv

Achtung, nudne spostrzeżenia.
Mam czternaście lat i uczęszczam do ostatniej istniejącej klasy gimnazjalnej.
W sumie zawsze byłam dość kontaktową osobą, z każdym byłam w stanie znaleźć wspólny język czy temat, włączając osoby wieeeele ode mnie starsze. Jestem dość altruistyczną osobą i naprawdę wiele rozumiem, ale tego nigdy.

Nawet nie wiem ile razy ja i moi znajomi usłyszeliśmy zarzuty, że jesteśmy za weseli, za głośni, za głupi. A przepraszam bardzo, jak mamy mieć doświadczenie w niektórych sytuacjach, kiedy tak naprawdę jesteśmy dziećmi? Pretensje o rzeczy, o których nigdy bym nie pomyślała, że ktoś może się o nie rzucać. W szkole nieustannie słyszymy że wszystkie inicjatywy podejmowane przez nas są tylko po to, by nie mieć lekcji. A jednocześnie te same osoby, kolokwialnie mówiąc, drą mordy o to jacy my jesteśmy niekreatywni i zamknięci, że nie wychodzimy z żadnymi pomysłami. Ręce opadają, ale nic nie powiesz, bo dostaniesz uwagę za pyskowanie.
Wiele razy słyszałam, jakoby młodzież była tą złą, zawsze. Że to przez nas ten świat schodzi na psy. Że jak oni odejdą, to świat się zawali bo olaboga nigdy nie dorośniemy.

I ja naprawdę wszystko rozumiem, ludzie boją się że jeśli teraz nie ogarniają umysłem postępu, to co będzie za parę lat? Pokolenie wychowywane w czasach wojny i stanu wojennego jest INNE od naszego, ale czy to oznacza, że lepsze? Gloryfikowanie wychowania przemocą fizyczną i dawania dzieciom swobody, jednocześnie stosowanie przemocy psychicznej i zamykania nastolatków w czterech ścianach BO ONO NA PEWNO PÓJDZIE PIĆ ALKOHOL I UPRAWIAĆ SEKS! Niektórzy pójdą. Ale pójdą tak czy tak, mimo zakazów. A niektórzy nie - niektórzy chcą po prostu posiedzieć ze znajomymi.

Nie chcę nic więcej oprócz zrozumienia. Że tak, jestem gówniarą, ale w kilku tematach mam więcej do powiedzenia niż starsi. Że nie, nie będę wiedzieć jak ugotować ziemniaki, jeśli nie sprawdzę w internecie, bo nikt mi tego nie pokazał. Mogę nie wiedzieć jak włączyć pralkę, skoro nigdy tego nie robiłam, bo mi nie pozwalano. Młodzież potrafi być inteligentna i wrażliwa, ale w dzisiejszym świecie nie opłaca się być dobrym. Tylko... Kto kreuje dzisiejszy świat? My, nastolatki, czy oni, ludzie dorośli? Nie zwalam winy, ale kilka razy zdążyłam zaobserwować, jak matki uciszają swoje małe dzieci tabletami czy telefonami, jednocześnie wręcz plując na niewiele przecież starsze osoby używające telefonu.

W każdym pokoleniu zdarzają się słabe i głupie jednostki. Nie mówię, że wszyscy młodzi są święci, a wszyscy dorośli są źli i zgorzkniali. Po prostu częściej spotykam ten gorszy typ.
Chciałabym móc wypowiedzieć się na jakiś mądrzejszy temat bez późniejszego komentowania, że cwaniakuję. Nie, ja po prostu myślę i mam własne zdanie. I chciałabym być rozumianą przez innych.
Dodaj anonimowe wyznanie