#vI1Tc

Słowem wstępu: mam młodszą siostrę w wieku gimnazjalnym. Na początku roku szkolnego jej polonista poinformował klasę, że do oceny końcowej - oprócz sprawdzianów, których pewnie trochę się pojawi w ciągu roku - będą się im liczyć oceny z prac pisemnych, których muszą napisać 10 w ciągu roku (po jednej na miesiąc). Dał każdemu z uczniów listę tematów i powiedział, że mogą wybrać dziesięć dowolnych i gdzieś tak w połowie każdego miesiąca przynieść mu wybrane wypracowanie/charakterystykę/itp., aby mógł sprawdzić. Tematów jest około 500, tak więc naprawdę jest w czym wybierać.

Ostatnio siostra chwaliła się babci tymi pracami, więc i ja postanowiłem zerknąć, co też ona tam nagryzmoliła. Pierwsze trzy prace wydały mi się bardzo nudne (choć za żadną z nich nie dostała mniej niż 4), za to czwarty temat przykuł moją uwagę już samym tytułem ("Karykatura współczesnego społeczeństwa - opisz w formie opowiadania", czy jakoś podobnie).

Siostra napisała dłuuuugie opowiadanie, którego głównymi bohaterami byli:
1) stara dewotka, której głównym zajęciem jest narzekanie na niewychowaną młodzież, nadawanie na ludzi żyjących ze sobą bez ślubu i ostentacyjne obnoszenie się z fałszywą religijnością (siostra nazwała ją "Grażyna P.")
2) wojująca ateistka, która pod każdym artykułem w internecie (nawet tym dotyczącym uprawy kapusty) zamieszcza wpisy w stylu "Boga nie ma" czy "Życie po śmierci nie istnieje" albo specjalnie chodzi pod miejsca kultu, aby wyśmiewać się z ludzi idących na nabożeństwo ("Poroniec")
3) feministka, która każdego dnia wychodzi na ulicę, aby krzyczeć coś o seksie, patriarchacie, tolerancji, seksizmie, molestowaniu, prawach kobiet (przy czym robi to w tak nachalny i wkurzający sposób, że przywodzi na myśl "brzydką nieszczęśliwą babę, która wmawia innym kobietom, że również są nieszczęśliwe") oraz wszędzie gdzie się pojawia zbiera podpisy pod ustawą legalizującą aborcję ("Ineedjesus")
4) mizogin po przejściach, który kupuje romansidła tylko po to, aby je spalić, kobiety to najchętniej wyrugowałby z przestrzeni publicznej, a poza tym szczuje psami wyżej wymienioną feministkę, ilekroć pojawi się pod jego domem ("Vstorm")
5) emerytowany milicjant, który we wszystkim złym, co jego i innych spotyka (nawet w tym, że pośliznął się na mokrej posadzce we WŁASNEJ łazience i złamał nos), dopatruje się winy PiS-u (jak na ironię jest to człowiek o nazwisku "Kaczor")
6) tajemniczy mężczyzna, którego nikt nie zna, a który pojawia się znikąd co chwila, aby rzucić jakiś obleśny (ale śmieszny) żart z kategorii czarny humor (na pytanie, kim jest, zawsze odpowiada: "36873")

Co prawda kojarzę tylko część z wyżej wymienionych osób, więc nie wiem, czy siostra trafnie przyporządkowała karykaturę do postaci, ale muszę wam powiedzieć jedno - dzięki Wam, drodzy anonimowi, siostra dostała 6.

#0PY4V

Kojarzycie może Amol? Jestem od niego „uzależniony”.

Mam bardzo wrażliwą skórę, którą podrażniają różne rzeczy: kosmetyki, ubrania, środki do higieny, a nawet woda, która powoduje zaognienie kawałków mojego ciała (jestem wtedy w plamach). Uwielbiam pieczenie, które powoduje Amol. Wcieram go w skórę, cały się nim smaruję przed spaniem.

Dopiero, gdy jestem czerwony jak rak, czuję, jakby ktoś mnie podpalił na stosie, prawie mdleję, czuję to „mokre zimno” – kto stosował wie, że po wielkim cieple następuje takie uczucie – mogę na spokojnie położyć się do łóżka.

Nikt o tym nie wie. Tak samo jak nikt nie zna powodu, dlaczego mam tak gładką skórę – która jest po prostu „wypalona” przez ten płyn. Jestem miękki jak pupcia niemowlaczka.

#mshia

Tegoroczna wigilia
Mąż wrócił rano z pracy z wielkim bólem ręki. Nie był w stanie samodzielnie nic zrobić. Godz. 10, pojechałam z nim na SOR do szpitala.
Tam pani przy okienku w rejestracji skierowała nas do internisty, że skoro nie było urazu, to szkoda do chirurga, bo dużo ludzi. Internista kazał poruszyć ręką, mąż dostał ketanol w zastrzyku i lekarz kazał jechać do domu. Żadnej diagnozy, recepty, wskazówek.

W domu ból nie przechodził. Pierwszy raz widziałam, jak mąż płakał z bólu.
Wigilia, a jego trzeba było karmić, bo każdy ruch to niemiłosierny ból.
O godz. 2 w nocy ból był tak silny, że pojechaliśmy znowu na SOR.
W szpitalu cicho, zero pacjentów. Pani w rejestracji aż się zagotowała na nasz widok. Podeszła jeszcze młoda pielęgniarka i obydwie wręcz kpiły, że po co znowu przyjechaliśmy. Mówię, że ból nie do wytrzymania, żadnych lekarstw nie dostał, że muszą go przyjąć. Na to pani pielęgniarka, że nic nie muszą. Mogą, ale nie muszą. Że rentgen go nie uzdrowi. Proszę o lekarza, więc z łaską i kpiną w końcu rejestrują.

Czekamy na lekarza, wyszedł z dyżurki i na korytarzu mówi do męża po co przyjechał, skoro był rano, czego oczekuje, ból trzeba przetrzymać, rentgen niepotrzebny, a przeciwbólowe możemy kupić bez recepty. Mąż pyta, czy chce mu pomóc, lekarz na to, że tu nic się dzieje. Dołączyła pielęgniarka, że jak można przyjeżdżać w nocy o 2.30.

Nie udzielono nam żadnej pomocy, nie postawiono diagnozy, nie dano nawet recepty na silniejsze środki przeciwbólowe.

Dzisiaj drugi dzień świąt. Mąż cały czas w bólu, czekamy na jutro, bo na pogotowie już nie pojedziemy. Nie ma sensu przeszkadzać.

Całej trójce, lekarzowi, pielęgniarce i rejestratorce życzę jednego. Aby Was lub kogoś z Waszych bliskich ktoś kiedyś potraktował tak samo.

#QDEsU

Od początku grudnia moja 4-letnia córka wciąż pyta mnie, kiedy w końcu przyjdzie jej siostra. Ani tłumaczenia, ani nic innego nie wystarcza na długo, bo po paru chwilach wciąż to wraca. Rysuje dla niej obrazki i mówi, że jak już przyjdzie, to będzie szczęśliwa, gdy je zobaczy.

Zgadnijcie kto się wczoraj dowiedział o ciąży?

#mpy1E

Jak miałam 13 lat, brałam udział w kursie pianistycznym i miałam lekcję pokazową z pewnym starszym profesorem (lekcja pokazowa to taka, że siedzi publiczność i obserwuje, jak pan uczy). Ponieważ nauczyciel nie mówił po polsku, a po angielsku też nie jakoś super, to sporo rzeczy tłumaczył mi na podstawie gestów. Między innymi chciał, żebym stabilniej siedziała przy klawiaturze i opierała ciężar ciała na nogach. W celu pokazania o co chodzi, lekko popchnął mnie w bok, ja utrzymałam równowagę, wszystko spoko. Ale po chwili poprosił bym wstała i sam usiadł oraz gestem zachęcił, żebym teraz ja go popchnęła. Ja? - pomyślałam. - Starszego profesora? Nigdy w życiu! Delikatnie musnęłam go w ramię, ale ten do mnie, żebym się nie bała i porządnie go szturchnęła. Nie trzeba było mnie dwa razy zachęcać.

Tym sposobem zrzuciłam szanownego starszego pana z krzesła przy ogólnym aplauzie publiczności.

PS Żyje, nic mu się nie stało :)

#Tw2kz

Jestem nauczycielką w gimnazjum. Leży ono na wielkim, pokomunalnym osiedlu, zamieszkanym przez przedstawicieli rasy Sebixów i Karyn. Poziom szkoły jest bardzo niski, a uczęszczające do niej Dżesiki nie starają się o podniesienie poziomu.
Jestem także brzydka. Mam orli nos, przerwę między zębami, kwadratową twarz, nieproporcjonalnie ciało. Wiem, że tak jest i pogodziłam się z tym.

We wrześniu, gdy sprawdzałam sprawdziany, w tabelce zamiast odpowiedzi pojawiła się moja karykatura. Nie, że w jednej pracy. Z 20-osobowej klasy, 11 sprawdzianów zawierało moją karykaturę. Były mniej lub bardziej dopracowane, ale rysowane według tego samego schematu.

Czy płakałam? Nie. Poprzysięgłam zemstę. Od tamtego czasu zaostrzyłam wymagania prawie o 100%. Wprowadziłam materiał do liceum, stanowczo wykraczam poza podstawę, na lekcji przyspieszam jak tylko mogę, tak aby zrobić jak najwięcej, a do domu zadaję 2 strony A4. Oceny są bardzo słabe, a gimby aż drżą na mój widok na korytarzu. Wymagania zaostrzyłam tylko tej jednej klasie, i część z nich boi się mojej lekcji. Żeby nie było, mam listę osób, które karykatury nie zawierały, i oceniam je dużo łagodniej. Pomęczę ich tak do kwietnia, potem dam spokój.

#LRu3H

Właśnie zostałam zwyzywana, pobita i zrzucona ze schodów przez ojca, ponieważ nie miałam siły by wstać z łóżka i jechać na pasterkę. Mam ogromne bóle z powodu silnego okresu, że aż prawie mdleję, spotęgowane głodówką poprzedniego dnia (wynik innej awantury).

Jestem 17-letnią ateistką w domu "wzorowych katolików", którzy co niedziela/święto koniecznie muszą być w kościele, a ja razem z nimi, bo "co ludzie powiedzą"...
Tego typu akcje są normą w naszej "rodzinie".

#0SAGm

Kilka lat pracowałem w małej firmie, w której panowała rodzinna atmosfera. Szef dla wszystkich pracowników był jak ojciec - często pomagał i nie szczędził premii. Był również miły i uczynny, taki typowy starszy pan po sześćdziesiątce.

Na początku mojej kariery szef miał asystentkę, jednak szybko odeszła z firmy i od tamtego momentu nie pamiętam, by ktokolwiek na takim stanowisku u nas pracował. Jednak w końcu otrzymaliśmy duże, ważne zlecenie i szef, przez wzgląd na ogrom pracy, wystawił ogłoszenie. Kilka dni później przez próg biura przekroczyła ładna studentka z lekko zarozumiałą miną.

Od samego początku coś z nią było nie tak. Była wyniosła, patrzyła na wszystkich z góry i większość dnia siedziała przy swoim biurku, skrobiąc zawzięcie w papierach. Nikt tak naprawdę jej nie lubił, a kolega, który próbował zaprosić ją na kawę, został zrugany z góry do dołu.
Tak więc kiedy doszły nas słuchy, że odchodząc z firmy po miesiącu, założyła sprawę o molestowanie przeciwko naszemu szefowi, każdy był po jego stronie i nikt nie wierzył w jej zarzuty.

Jak już wspominałem, szef był dla nas jak ojciec, dlatego zdobyłem adres dziewczyny i pojechałem do niej. Żeby nie było - chciałem z nią kulturalnie porozmawiać, by odwołała zarzuty. Pod jej blokiem zauważyłem jednak samochód szefa, a on sam wydzierał się pod jej drzwiami, grożąc jej i jej rodzinie.
Przeczekałem, aż sobie pójdzie, po czym sam zapukałem do jej drzwi. Po godzinie próśb otworzyła mi w końcu i płacząc mi w pierś, zgodziła się opowiedzieć wszystko.

Na początku rzeczywiście szef był dla niej taki jak dla nas. Po tygodniu jednak zaczęły się prośby o zostanie po godzinach, niewybredne komentarze i "przypadkowe" łapanie za intymne części ciała. Dawał jej dwa razy więcej roboty niż normalnie. Już wtedy chciała odejść, jednak szef zagroził jej, że wystawi jej taką opinię, że pracy nie znajdzie nigdzie, a pieniędzy potrzebowała. Raz, kiedy zostali sami, brutalnie ją zgwałcił.
Od razu poszła na policję, przebadał ją lekarz, wszystko zostało udokumentowane i potwierdzone.

Szef, po tym, jak dowiedział się o pozwie, zaczął do niej wydzwaniać i ją nachodzić. Groził, nie dawał spokoju i twierdził, że i tak jej nikt nie uwierzy i jest skończona.
Nie była - sprawę w sądzie wygrała, wspierana przez rodzinę i mnie. Ja sam odszedłem z firmy zaraz po wizycie u niej, by nie mieć już styczności z szefem. Wspomnę tylko, że moi współpracownicy stwierdzili, że dziewczyna dała mi dupy i dlatego jestem po jej stronie. Nawet jak szef poszedł do więzienia, dalej uważali, że został wrobiony.
A ja dalej nie mogę uwierzyć, że uważałem tego skurwiela za ojca.

PS Nie, nie jesteśmy z nią razem. Dziewczyna po skończonej rozprawie wyjechała, zerwała znajomości i zmieniła nazwisko. Jej rodzina milczy i nie chce, bym się z nią kontaktował.

#4Z9bH

Jechałam ostatnio pociągiem na trasie Lublin-Warszawa. W przedziale było 6 osób, w tym matka z dzieckiem.
W pewnym momencie matka (siedząca właściwie naprzeciwko) wyciągnęła pierś i przygotowywała się do karmienia małego. Starałam się patrzeć przez okno, chociaż nie mogłam ukryć lekkiego zawstydzenia.

No i właśnie wtedy rozległ się głos matki...
- Przepraszam, ale czy pani musi tak OBLEŚNIE gapić się na moją pierś? W ogóle to gdyby ludzie mieli klasę, to by wyszli i dali chwilę PRYWATNOŚCI w takim momencie...

Trochę mnie zamurowało, innych też. Wiadomo, że pewne sprawy można zrozumieć, ale aż tak?
Na szczęście kobieta obok mnie zakończyła moją chwilę kontemplacji słowami:
- Gdyby pani miała klasę, toby tej dziewczynie nie świeciła cycem po oczach 5 minut zanim pani przystawi dziecko.

Matka wyszła. Nie wróciła już. Siedziała na korytarzu, blokując wózkiem przejście i krzycząc na każdego, kto chciał przejść.

#acxau

Kiedyś na anonimowych czytałam historię o tym, jak kot załatwił swoje potrzeby na listwę i zrobił zwarcie. Śmiałam się wtedy wniebogłosy.

Dzisiaj w nocy, smacznie śpiąc, usłyszałam dziwny dźwięk, pomyślałam, że chyba przepalają mi się świąteczne lampki, które wisiały nad oknem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam iskrzący się dekoder. Jak się potem okazało, narzygał do niego mój kot i zrobił zwarcie.
Mówię Wam, karma powraca, dosłownie.
Dodaj anonimowe wyznanie