#1ohBS

Pochodzę z kochającej rodziny. Z mamą rozmawiałam niemal o wszystkim, chociaż dzieliła nas spora różnica wieku. Urodziła mnie mając czterdzieści lat, mój brat był starszy ode mnie o szesnaście lat. Na dobrą sprawę, zanim ja dorosłam, on wyjechał na studia, skończył z dobrymi wynikami medycynę i założył rodzinę. W domu nie było kłótni, niedomówień i nieobgadanych spraw. A przynajmniej tak myślałam do czasu, aż miałam jakieś piętnaście - szesnaście lat.

Po imprezie urodzinowej ojca, brat spał w naszym domu ze swoimi dziećmi. Jego żona miała akurat nocny dyżur. Bliźniaki spały ze mną w pokoju, a brat w salonie, ze względu na to, że odwiedziło nas więcej gości i pokoje gościnne zostały zajęte.
W nocy zachciało mi się pić, więc zeszłam na parter. Brat oglądał jeszcze jakiś dreszczowiec i zaprosił mnie na wspólny seans. Ze szklanką wody usiadłam obok niego na kanapie. Po chwili przykrył mnie kocem, pod którym sam siedział i przybliżył się. Nie minęło dużo czasu, kiedy zaczął mnie obmacywać. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, nie pamiętam nawet dokładnie całej sytuacji, ale kiedy po moich protestach nie przestawał, rozbiłam mu szklankę na głowie i zerwałam się z miejsca, uciekając na górę. Nie wiem, czy krwawił, nie wiem, czy ktokolwiek na piętrze słyszał ten hałas. Rano już go nie było, powiedział mamie, że po dzieciaki przyjedzie jego żona, a on musi pilnie coś załatwić. Gdyby nie słowa mamy o tym, że w nocy rozbił szklankę, a sprzątając uderzył głową o niski stolik w salonie i rozwalił sobie głowę, byłabym pewna, że to był tylko sen. Mieliśmy dotychczas dobre kontakty, nigdy nie przejawiał wobec mnie agresji czy zapędów seksualnych.

Zbierałam się kilka dni, ale w końcu powiedziałam o tym mamie. Kiedy skończyłam, zastygła w bezruchu i powiedziała, że musi wyjść. Nie zatrzymałam jej, wróciła trzy godziny później i razem z ojcem zaprosili mnie do kuchni na rozmowę.
Było mnóstwo przeprosin i łez, ale w końcu dowiedziałam się, że nie jestem ich córką. Mój "brat" w wieku szesnastu lat zgwałcił moją prawdziwą mamę, bezdomną dwudziestolatkę, w wyniku czego ta zaszła w ciążę. Babcia opłaciła jej wyjazd do prywatnego sanatorium i sama udawała, że jest w ciąży, sfingowała moje narodziny. Prawdziwa mama zmarła przy porodzie w wyniku licznych komplikacji, oficjalnie miała wypadek samochodowy.

W dniu, kiedy powiedziałam o zachowaniu mojego brata (ojca), pojechała na posterunek policji i o wszystkim opowiedziała. Na drugi dzień zabrała mnie tam ze sobą, żebym złożyła zeznania. Sama mogła mieć z tego tytułu duże problemy, ale powiedziała, że nie pozwoli, żeby ktoś taki jak on chodził na wolności.
Jego żona ze łzami w oczach przepraszała mnie, kiedy tylko się dowiedziała, otoczyła mnie niesamowitą opieką.
Ojciec od sześciu lat jest w więzieniu. I jeszcze trochę posiedzi.

#bZgTh

Spotkałem się z ostatnio z sytuacją nie do uwierzenia.

Do szpitala przywieziono dziewczynę po gwałcie - jak ktoś ma słabe nerwy, to niech nie czyta dalej. Cała w siniakach, paznokcie zdarte do krwi, na nadgarstkach mocne otarcia od sznura, na podbrzuszu rany, obficie krwawiące okolice pochwy, ogólnie sytuacja nieciekawa, rozcięty łuk brwiowy, poszarpane włosy, rozdarte ubrania. Jednym słowem makabra, aż nóż się w kieszeni otwiera. Ale założono kilka szwów, podano środki przeciwbólowe i sobie biedulka leżała na sali.
Jak się potem dowiedziałem, winny był jej chłopak. No kurwa, myślę - gnój, zatłuc go trzeba i tyle. Ale to co się stało trzy dni później, to już całkiem przechodzi ludzkie pojęcie.

Przyszła do niej policja, śledztwo ujawniło kilka faktów. Okazało się, że owszem, chłopak był u niej rano i się pokłócili, już nie pierwszy raz, i właściwie to nawet zerwali ze sobą wcześniej. Nawet go zadrapała na ręce, on oburzony wybiegł. Niedługo potem pojechał do znajomych czy rodziny, zamiast - jak miał - do innego miasta, ze względu na jakąś nieprzewidzianą sytuację. Miał więc silne alibi. Poza tym od niedawna sąsiad dziewczyny ma na balkonie kamerę ustawioną na ulicę, łapiącą też jej dom. Poza nią nikogo tam nie było w czasie całego zajścia. W końcu przyciśnięta do muru przez policjantów wyznała, że sama to zrobiła. Brutalnie się zgwałciła, związała liną, aż do krwi, okaleczyła i naćpała jakimiś prochami tylko po to, żeby dopiec chłopakowi.

Jak psychicznym trzeba być, by coś takiego zrobić? Przecież gdyby nie te okoliczności, to niewinny chłopak poszedłby siedzieć. Nie dość, że w trasie nikt by mu nie potwierdził alibi, to po kilku dniach jakby go złapali nikt by nie ustalił gdzie wtedy był, czy w jej domu, czy 100 km od niego. To jak się zgwałciła i czym pominę milczeniem, bo nikt zdrowy by tak nie zrobił, jak można samemu nadziać się na jakieś kawałki drewna czy metalowe narzędzia, żeby zadać sobie takie okropne rany? To już naprawdę niewyobrażalne.

#q7lzZ

Oszukuję swojego potomka.

Mam w szafce kilka słoików po nutelli. Moje dziecko lubi ją jeść, jednakże szkoda mi pieniędzy, żeby ciągle kupować nowy słoik z tym kremem, dlatego kupuję jakiś nutellopodobny produkt i przekładam go do słoiczka po nutelli. Tym sposobem oszczędzam trochę pieniędzy w miesiącu.

Kiedy młody widzi, że słoik nie jest zabezpieczony folią, mówię mu, że sama trochę zjadłam, żeby "wrócić do smaków dzieciństwa", różnicy w smaku też nie czuje ;)
A kiedy zaoszczędzę dość pieniędzy na tym przekręcie, to pozwalam sobie na kupno oryginału.

#XINf1

Jestem dziwnym tworem - w sytuacjach dla mnie stresowych, strasznych, zaczynam się śmiać. Po prostu, tak już mam i czasem jest to dla mnie niekomfortowe, lecz po pewnym incydencie zaczynam się już z tym afektem zaprzyjaźniać.

Mam dość jasną cerę, czarne włosy i raczej należę do osób chudych. Uwielbiam też zamiast normalniej piżamy ubierać koszule nocne, takie długie, białe. Czuję się w nich lepiej, bo uwielbiam sukienki, a kiedy mi się nudzi, staję w oknie mojego domu w tym stroju oraz macham do ludzi. Taka wredna jestem.

Przed ogrodzeniem mojego domu stoi kosz, do którego muszę wrzucać śmieci. Owego feralnego dnia postanowiłam to zrobić wieczorem. Przebrawszy się już w mój strój do spania, przypomniałam sobie o tym w ostatniej chwili. Cóż, nie miałam ochoty się przebierać, więc wyszłam tak, jak stałam, na nogi wciągając tylko kapciuszki. Było lato, więc mogłam sobie na tę awangardę pozwolić.
Wyszłam z domu, wyszłam z ogrodu i ruszyłam kilka metrów w stronę tego nieszczęsnego kosza. Panował mrok, ale jestem odważną kobietką. Do czasu.
- Ej, mała - usłyszałam za sobą głos mężczyzny. Od razu przed oczami miałam tych wszystkich dresów, a kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że kilka metrów przede mną stoi takich ze czterech. Pod nosem klęłam na siebie, bo jak mogłam ich nie zauważyć? Wizja zgwałcenia mnie, pobicia, czy tam ich penis wie, wcale mi nie była na rękę. Serce zaczęło mi szybciej bić i uruchomiła się moja wyjątkowa zdolność - zaczęłam się śmiać. Konwulsje przejęły moje ciało, a w oczach Sebków dostrzegłam strach. Do furtki dzieliło mnie mniej niż do nich, więc postanowiłam to wykorzystać i zaryzykować. Co mi szkodzi? Nadal się śmiejąc, posuwałam się do przodu, wzrokiem kontrolując, czy mężczyźni się nie przybliżają. Było wręcz przeciwnie! Po pewnym czasie stania w bezruchu, wydali z siebie głośny okrzyk odwrotu i uciekli tam, skąd wrócili.

Ja też wróciłam bezpiecznie do domu. Patrząc na moje odbicie w lustrze, pogratulowałam sobie w myślach swojej brzydoty i poszłam spać, no bo cóż. Miałam tylko nadzieję, że Samara nie zemści się na mnie za to.

#ZNld9

Zbliża się sylwester i ludzie wyrażają swoje współczucie kiedy mówię, że spędzę go na dyżurze, w karetce. Kiwam smutno głową i mówię "no taka praca", ale w rzeczywistości nawet nikt mnie nigdzie nie zaprosił, a na ostatnią sylwestrową imprezę, którą organizowałem, przyszedł tylko Jacław, mój kot, a i ten gość nie wydawał się być specjalnie zadowolony. Mając do dyspozycji sylwester z gwiazdami lub sylwester z pacjentami, wybrałem to drugie (to znaczy był jeszcze sylwester z moją babcią, ale... no... przepraszam, babciu :().

Sylwester nie jest aż tak ekstremalnym dniem na pogotowiu, jak mogłoby się wydawać, a oderwane palce nie latają w powietrzu. Dużo większym wrogiem jest alkohol. Co roku mamy śmieszne historie i co roku mamy tragiczne historie. Na przykład ostatnio imprezowicze przywieźli kolesia na ostry dyżur w taczce. Facet był pijany i postanowił się "wydziarać" na ten nowy rok, więc chwycił za żyletę i machnął sobie na łapie coś, co wyglądało jak znak równości. Później okazało się, że było to serduszko, kiedy na szycie donieśli też (chyba skończyły im się taczki) dziewczynę pacjenta, która dziarała sobie to samo w imię miłości. Bardzo romantycznie.

Inny ziomek postanowił za to tańczyć na dachu w dość skromnym odzieniu. Myślicie, że spadł? Nie, kiedy zobaczył, że jego koledzy odpalają przed domem petardy, postanowił po prostu zejść. Z dachu. Wydawało mu się, że to nie jest tak wysoko.

Dziewczyny też szaleją w tę noc. Jedna z pacjentek chciała dodać sobie trochę skrzydeł, ale jedna para nie wystarczyła, wypiła więc "boszzz, nie wieemmblaaah, chyba z 6?" (koleżanki mówiły, że około ośmiu puszek, oczywiście z "wudżitsu").

Nie chcę wam niszczyć noworocznego humoru, więc historii bez happy endu nie będzie. Wszyscy szaleńcy wymienieni powyżej przeżyli, niektórzy na pewno nie są dumni z tego wspomnienia, inni wprost przeciwnie ("O pierunie, zabroli mnie karetką, może pan zrobić zdjęcie?" - zapytał "pacjent z dachu"), a inni pewnie zapamiętali tylko niewielkie fragmenty imprezy.

Tak czy siak, morałów o fajerwerkach wam prawić nie będę, jak ktoś chce wystrzelić achtunga z ręki, to raczej nic mu już do rozumu nie przemówi (ale jak coś, to trzymajcie jakieś sterylne torebki i paluszki tam ładnie pozbierać), ale pamiętajcie, alkohol jest dużo groźniejszy, niż myślimy. W jednej minucie wypijasz szklankę wódzi i "he, he, patrzcie jaką mam mocną głowę", a potem budzisz się na oddziale w samych majtach z otwartym złamaniem.

Szczęśliwego Nowego Roku!

#YsGIo

Miałam może z 25 lat, gdy miałam szczęście wkopać się w osobliwą sytuację. Szukałam pracy, jakiejkolwiek. Warunek jeden: chcę mieć co miesiąc prawdziwą wypłatę. W miasteczku, w którym do niedawna kròlowały kopalnie, nie było o taką pracę łatwo. Początek lat dziewięćdziesiątych także nie sprzyjał zatrudnieniu. Ale do rzeczy.

Praca z ogłoszenia w gazecie - przedstawiciel handlowy. Nic specjalnego, ale rachunki płacić trzeba. Spotkanie umówione w kawiarni w niedalekim miasteczku uzdrowiskowym. W wyznaczony dzień odpaliłam swoją maszynę i pojechałam na spotkanie. Tak, wszystko fajnie, tylko miejsc na parkowanie jak na lekarstwo. Wreszcie udało się, ale już widzę, że się spóźnię. Żeby nadrobić nieco opóźnienie, tuptałam tak szybko, jak to było możliwe. Przed kawiarnią mały tłumek, przed wejściem stał bramkarz. I teraz wymiana zdań: "Pani do kogo?", ja: "Na spotkanie oczywiście". Weszłam, kazano mi usiąść, kelner przyniósł kawę i talerzyk. Współbiesiadnicy zaczęli żartować, że sprytnie ominęłam część oficjalną, mi jednak do śmiechu nie było i wciąż wzrokiem szukałam kogoś, komu mogę wytłumaczyć moje spòźnienie. Zachęcana przez innych, zaczęłam jeść i rozmawiać z nimi.

Minęła może godzina, gdy nagle od jednego z biesiadnikòw padło kluczowe pytanie: "A  pani doktor z jakiego oddziału?". Okazało się, że to było spotkanie lekarzy z jednego ze szpitali... Nigdy nie czułam się tak potwornie głupio jak wtedy, gdy tłumaczyłam obecnym kim jestem i co robię w tej restauracji...

PS Zebrani śmiali się jak fretki; ja pracę dostałam dwa tygodnie później.

#I4Xgi

Ostatnio jadę sobie i zatrzymuje mnie policja. Okazanie identyfikatora - patrzę na rangę, no kurcze, komendant, i potem rutynowa kontrola, no ale za jakąś tam pierdołę mandat 200 zł.

Policjant zaczyna wypisywać kwit. Co dziwne, był tylko jeden funkcjonariusz, choć zawsze myślałem, że jeżdżą po dwóch. No więc chłop stoi i na masce wypisuje, a ja patrzę mu przez ramię oparty o auto. I on zamiast wpisać moje dane, napisał swoje, czyli... wypisał mandat na siebie, zamiast na mnie. Pytam go, czy on to dobrze robi, bo nie mam zamiaru potem latać i wyjaśniać, że źle wpisał. Ten się patrzy na ta kartkę i w końcu mówi - ''no tak, przecież dobrze jest'' , po czym pisze dalej. Po chwili chowa kartkę do kieszeni. Ja znowu: ''ale przecież ta kartka to chyba dla mnie?'', na to szanowany pan funkcjonariusz "a tam, niech pan już jedzie, to tylko pouczenie, nie będzie mandatu'', po czym wsiada do radiowozu... na miejscu pasażera. Szybko orientuje się, że nie ma kierownicy i przesiada się z głośnym biadoleniem ''No jasna choroba by to wzięła, wszyscy tylko urlopy i chorobowe, a ja muszę po mieście jeździć, za stary jestem na takie rzeczy, jak wrócą, to sobie sami będą jeździć i mandaty wypisywać''. Po czym uświadamia sobie, że ja nadal stoję obok mojego auta i z grymasem wsiada i odjeżdża.

Trochę mnie zatkało :D

#AWtgm

Mam męża, jest to dość specyficzny typ człowieka. W żadnym wypadku nie robi nic złego - nie pije, nie bije, nie awanturuje się, wręcz przeciwnie, rozpieszcza mnie i pomaga na tyle, ile może. Jako lekarz często jest poza domem, ale każdą wolną chwilę spędza z rodziną. Ma on swoje zainteresowania, konkretnie dwa: wiedza i córcia. Łączy je ze sobą na każdym możliwym polu. Codziennie poświęca małej po 2-3 godz.

Uczy się z nią wszystkiego.
Zaczynając od muzyki: od jej urodzenia w domu ciągle leci albo muzyka klasyczna, rock z lat 60./70./80., szanty, klasyczny rap, pieśni wojenne, po kolei wszystko od Metalliki, Niemena, Elvisa do Słonia, Lady Pank, Bacha czy Straussa. Po prostu o ile coś nie jest disco polo lub współczesnym rapem, na pewno leci u nas na okrągło, tzn. o ile pozwala na to playlista 4400 utworów.

Czytanie dziecku? Jak najbardziej, już od pierwszych dni. Z tym że nie są to bajki dla niemowlaków, tylko tzw. porządna literatura, nawet kiedy jeszcze nie rozumiała słów, bo od 5. roku życia umie czytać sama. No więc baśnie Grimmów, Andersena, Opowieści 1001 nocy, Poe, Verne, Sienkiewicz, Stoker,Lovecraft, Dante, Biblia, Stevenson, Przygody S. Holmesa, A. Christie, Narnia, Wiedźmin, Władca pierścieni. Codziennie czytane z tatą przez równo godzinę.

Nauka przedmiotów ścisłych też musi być: podstawy biologii, historii, fizyki, geografii, archeologii i czego jeszcze dusza zapragnie. "Mamo, patrz, drzewa liście zrzucają, a w liściach jest fotosynteza, bo tam jest chlorofil, to taki barwnik, czyli kolor. I one spadają, bo drzewo jest głodne i nie może karmić liści w zimie" - powiedziała na spacerze tej jesieni.
Czasem robią wspólnie eksperymenty - wulkan z sody, sprawdzanie siły grawitacji, spalanie siarki na łyżeczce, wypalanie naczyń z gliny, wyprawy do lasu podziwiać różne gatunki zwierząt i roślin, a potem szukanie ich w atlasie, matematyka tak rok do przodu do programu szkolnego, udział w kangurach. Nauka wierszy na pamięć - "Na straganie w dzień targowy...", '' Nam strzelać nie kazano, wstąpiłem na działo... ", ''Litwo, ojczyzno moja...''.
Gra na fortepianie, wspólne pływanie (naprzód sam się musiał nauczyć), tenis, karate itp. Raz chciałam jej sprawić przyjemność i kupiłam jej lalkę Barbie, na to córa ''Matulu najdroższa (tego zwracania się do mnie ją nauczył), ja nie mam czasu na zabawę, ja się chcę uczyć, zabawa nic nie daje i stracę czas, a tata mówił, że dzisiaj zrobimy prąd z ziemniaka i popatrzymy mikroskopem na cebulę'' - i tyle z hasła daj dziecku dzieciństwo. Ona sama nie chce się bawić, woli ojca niż mnie i ja to wiem, ja jej nie nauczę nic, no może pieczenia i śpiewania w rytm lecącej cały czas muzyki. Ale poza tym woli oglądać z ojcem co piątek horrory, w pozostałe dni inne filmy i uczyć się anatomii na modelach człowieka. Taką to mam 8,5-latkę.

#Ewlmj

Mieliście może kiedyś tak, że nie możecie pochwalić się tym, z czego jesteście bardzo dumni? Wyjawienie pewnych szczegółów z mojej przeszłości, choć nigdy nie zrobiłem nikomu krzywdy, oznaczałoby wylot z pracy i przekreślenie mnie wśród dużej części rodziny i znajomych. Mam ochotę wykrzyczeć całemu światu, że oto ja wygrałem walkę z najtrudniejszym przeciwnikiem jakiego miałem, z przeciwnikiem, który wiedział o mnie wszystko, znał moje lęki, pragnienia, słabe strony – z samym sobą. Niestety nie chcę tego zrobić, ponieważ oznaczałoby to budowanie – po raz kolejny – swojego życia praktycznie od nowa. Pochwalę się więc Wam.

Dwa lata temu podjąłem, po raz kolejny zresztą, najlepszą decyzję w swoim życiu: rzucam ćpanie. Po miesiącu, z którego w zasadzie nic nie pamiętam, przyszedł moment zastanowienia i odważna decyzja: spuścić w kiblu zapas ćpania na 3 miesiące, zostawiając sobie ilość niezbędną na detoks. Bezsenność, a po zamknięciu oczu obrazy, których żaden człowiek nie powinien oglądać. Serce, które chce wyskoczyć z klaty, lęki, trzęsące się ręce i podskakiwanie jak surykatka na każdy najmniejszy hałas. Później depresja i uczucie wielkiej pustki. Koniec końców udało się, dałem radę. Bez szpitala, psychiatrów, ośrodków, bez żadnego wsparcia z zewnątrz. Mijają dwa lata, jak jestem czysty. Wiem to ja, i Wy :D

Oczywiście nie jest idealnie, ale to temat na osobną historię.
Dodaj anonimowe wyznanie