#CQL8O

Historia jedna z wielu, jednak ja tego nie mogę znieść. Co wy o tym myślicie?
Od dwóch lat jestem z facetem, razem mieszkamy, płacimy rachunki, próbujemy stworzyć rodzinę. On ma już jeden poważny związek za sobą, tak jak zresztą ja. Problem tkwi w tym, iż ja nie utrzymuje kontaktu ze swoim ex a on odwrotnie. Chowa telefon, usuwa wiadomości i połączenia tylko od tej właśnie osoby.

Mniej więcej co pół roku dowiaduję się o masie rozmów, po godzinie, po pół. Ostatnio dowiedziałam się, że przez ostatnie miesiące dzień w dzień ze sobą rozmawiają. Gdy próbuje z nim porozmawiać to czuję się jakbym mówiła do ściany. Kłamie mi prosto w oczy, że z nią nie rozmawia a bilingi pokazują zupełnie co innego.

Mówi, że mnie kocha i chce ze mną żyć, ale czy takie zachowanie jest normalne? Ja nie mogę tego znieść, czuję się TĄ drugą, jakbym była jakaś jego przykrywką na to wszystko.

#EI3dv

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że od małego boję się wszystkich psów. A to dlatego, że na własne oczy widziałam, jak owczarek niemiecki mojego wujka rozrywa ucho mojemu kuzynowi.

Czwartek, rano. Jestem sama w domu, bo mama wyjechała do babci, a siostra pojechała na uczelnię. Z racji, że miałam na godzinę 8:45, wyszłam z mieszkania (mieszkam w bloku) o godzinie 8:30. Zamykam drzwi na klucz, wychodzę z klatki. A tu nagle, z drugiego końca bloku zaczyna do mnie biec dość nieduży pies, prawdopodobnie rasy beagle. Wbiegam z powrotem do klatki i w duszy modlę się, żeby nie zdążył wbiec do klatki, bo chyba zejdę na zawał. Całe szczęście, udało się, i byłam od niego odgrodzona. Pies zaczął skomleć i drapać drzwi. Wszystko fajnie, tylko jak ja teraz wyjdę? Po pierwsze, nie uda mi się otworzyć drzwi, po drugie, nawet jeśli, to na pewno wejdzie do klatki, a po trzecie nie mam najmniejszego pojęcia, co zrobić w takiej sytuacji. Po kilku minutach z myślą, że sobie nie pójdzie, wróciłam do mieszkania. Poczekałam jakoś 10 minut i znowu postanowiłam spróbować wyjść.
Klapa.

Pies wyłożył się i zasnął. Poszłam do domu, rozebrałam kurtkę i buty, a następnie położyłam się do łóżka, gdzie zasnęłam. Postanowiłam, że w tym dniu nie pójdę do szkoły, bo nie mam jak.
Mama miała ubaw, gdy zauważając na dzienniku elektronicznym nieobecność, musiałam się tłumaczyć. Z jednej strony się cieszyłam, bo miałam wtedy sprawdzian z historii, ale z drugiej wychowawczyni dziwnie na mnie patrzyła czytając na usprawiedliwieniu, że byłam nieobecna "z powodu psa śpiącego pod drzwiami".

#L98Zy

Poznałam go 5 lat temu. Szybko pojawiło się dziecko, tzw. wpadka, "nieplanowane, ale chciane". Na początku było świetnie, a teraz? Rutyna. On, praca, dom, koledzy. Ja dom, dziecko i..? No właśnie. I nic, a raczej nikt.

Od miesiąca zaczęłam odnawiać kontakty. Idzie mi naprawdę świetnie. Znajomi się nie odwrócili, chociaż mogli. A on? On mi może nie zabrania, ale jego teksty typu "a myślałem, że ten wieczór spędzimy razem" mnie wykańczają. Który raz z kolei mam oglądać ten sam film/bajkę? Wychodzę trzy, może cztery razy w miesiącu, a dla niego to i tak za dużo. Gasnę w oczach. Kiedyś wesoła, poukładana, mająca pełno przyjaciół dziewczyna. A dziś? Kobieta mająca 23 lata, zero przyjaciół, ograniczona tylko do dziecka, domu, gotowania obiadów, faceta.
Ale postanowiłam odbić. Zaczęłam wychodzić do ludzi. Trzymajcie kciuki, aby ten uśmiech, który kiedyś nie schodził mi z twarzy, pojawił się znów na stałe.

#epHFB

Ostatnio przed szkolną imprezą, kiedy niosłem głośnik (jako jedna z osób zajmująca się sprzętem), to zaczepiła mnie nauczycielka i zapytała się mnie kim jestem i czy przeniosłem się do tej szkoły, bo mnie nigdy nie widziała. Niby nic dziwnego, tylko, że od trzech lat prawie dzień w dzień mam z nią lekcje biologii.

Tak samo jest z gościem od informatyki, który tyle lat nie był wstanie zapamiętać mojego imienia, mimo, że co czwartek chodzę na kółko informatyczne i jestem odpowiedzialny za sprzęt jako jeden z 6 osób, których jest opiekunem.

Ale to jeszcze nic, dyrektor to dopiero całkowite przegięcie. Niby ma on prawo nie znać wszystkich uczniów, bo w większości szkół dyrektor nie uczy i nie ma kontaktu z prawie nikim poza samorządem, ale jednak chłopaka własnej rodzonej siostrzenicy powinien znać. I nie jestem jej chłopakiem od tygodnia, tylko od początku pierwszej liceum i jest to na tyle poważny związek, że jakiś miesiąc temu byłem jej osobą towarzyszącą na ślubie w ich rodzinie, na którym "dyro" też był. A żeby to były wszystkie sytuacje, no niestety nie.

Na okazjach rodzinnych też jestem zbędny, wyjdę w środku Wigilii czy nawet własnych urodzin, bo kto to by to zauważył. Kiedyś na wycieczce szkolnej zapomnieli o mnie i musiałem 3 kilometry iść piechotą do domków, kiedy wszyscy w 3 minuty byli tam autokarem.

#hodj2

Moja mama jest dla mnie wzorem. Psycholog z wykształcenia i z powołania. Zawsze możemy z nią porozmawiać o wszystkim - swoją wiedzę potrafi wykorzystać również w sytuacjach domowych. Nigdy nie krzyczała na swoje dzieci, zawsze spokojnie tłumaczyła każdą sytuację i pomagała nam samodzielnie znaleźć rozwiązanie. Jest oazą spokoju i opanowania, próbuje zaszczepić w nas poczucie własnej wartości (choćby wbrew całemu światu) i zrozumienie dla drugiego człowieka.

W związku z tym, kiedy oboje moi rodzice byli w domu, postanowiłam zwierzyć się im z moich problemów z pewnym młodzieńcem. Spytałam mamy, czy kiedy tata się o nią starał, to czy od razu wiedziała, że jest Tym właściwym. Na co tata parsknął śmiechem mówiąc, że wręcz przeciwnie - w pierwszym podejściu z miejsca dostał kosza. Bardzo się zdziwiłam (bo wiem, że naprawdę się kochają) i licząc na jakieś drugie dno spytałam mamy, dlaczego tak zareagowała. Na co ona, nie odkrywając wzroku od zlewu i naczyń stwierdziła: "A bo mnie wk*rwiał".

#1JqSi

Z serii mój prawie pierwszy raz.

Mając jakieś 17 lat, byłam szaleńczo zakochana w pewnym chłopaku. Wakacje na wsi, jeziora, łąki, pełen klimat, no i on. Zrobiło się miło, coraz milej, on odpina guzik w moich spodniach i w tym momencie zapala mi się czerwona lampka. Szybki koniec zabawy, gadka o tym, że nie jestem jeszcze gotowa, on niby rozumie.
A co się stało naprawdę?

Dopiero co skończył mi się okres, dla bezpieczeństwa wsadziłam sobie w majtki kawałek papieru toaletowego (wkładek brak), jakby jeszcze jednak coś poleciało :)) To chyba ostatnia rzecz jaką chciałabym, aby wtedy zobaczył :p

Dla ciekawskich: nie jesteśmy razem. Mój ideał przestał się do mnie odzywać :D

#8Euq3

Opowieść z Podlasia, którą opowiedział starszy dziadek, który wyglądał jakby miał 150 lat, a miał raptem 90. Opowieść zaczął długim wstępem opisującym życie i zwyczaje jakie panowały, gdy jego ojciec miał 15-16 lat. Opowieść była naprawdę długa, przerwana często dodatkowymi informacjami i łykami piwka, które przyniosłem na zachętę, opiszę ją w ogromnym skrócie (bardzo ogromnym, bo gadał dobrą godzinę).
 
Jego ojciec pracował z bratem i ojcem na podwórzu, gdy usłyszeli dziecko wołające, że lód się załamał. Schyłek zimy, początek wiosny, więc sytuacja bardzo prawdopodobna. Dziecko krzyczało tylko: "szybko! szybko!" i zaczęło wracać w stronę lasu, który był niedaleko wsi. W lesie często zastawiano sidła na jakieś mniejsze biegające jedzenie i zwykle młodzi chłopcy sprawdzali, czy coś w to wpadło. Cała trójka niewiele myśląc skoczyła po linę i biegiem za dzieckiem. Po drodze zgarnęli dwóch sąsiadów, których spotkali przypadkiem. Dotarli do lasu, gdzie było jezioro (a raczej staw, bo jeziora są chyba większe niż to opisane), ale nikogo nie było, ani dziecka, ani śladu po kimś, kto by wpadł.

Nagle z drugiej strony tego pseudo jeziorka wybiegł sprintem chłopak i wbiegł na lód, za nim gnał dzik! Pod chłopcem zaczął pękać lód, dzik nie wszedł na lód, ale stał na brzegu. Wtedy lód się załamał i chłopiec wpadł. Ale wszystko skończyło się dobrze. Faceci narobili sporo rabanu i dzik pobiegł skąd przybiegł, a chłopca wyciągnęli... I do tego momentu wszystko było OK, ale...

Nikt nie ma pojęcia kim było dziecko, które wzywało pomocy. Nikt nie zapamiętał, jak było ubrane, nikomu ze wsi dziecko nie zginęło, chłopiec wyjęty z wody twierdził, że był sam cały czas... No i dlaczego dziecko krzyczało, że lód się załamał, skoro dopiero jak byli praktycznie na miejscu to lód pękł?

I właśnie z takimi pytaniami mnie ten dziadyga stary zostawił. Historia była barwna i dobrze znana reszcie, a wszyscy święcie przekonani o jej autentyczności zaczynali spekulować na nowo, po raz tysięczny, kim u cholery był ten dzieciak.

#t1hBB

Historia z wczoraj. Miejsce akcji: północna Polska.
Udaliśmy się z kolegami na starówkę do knajpki, która serwuje świetne hamburgery. Czekamy na zamówienie. Po lokalu biega sobie gówniaczek w wieku koło 2,5 roku. Widać, że jest z rodzicami, bo kursuje między nimi a innymi stołami. Nagle dzieciak wziął nóż z innego stołu (sąsiedniego od tego, co przy nim siedzieli jego starzy). Chwycił go za rękojeść. Ja troszkę zaniepokojony, koledzy też. Mówimy mu, żeby odłożył ten nóż, bo może sobie nim zrobić krzywdę. Co robią rodzice? Nosy w smartfonach. Ojciec łaskawie się oderwał od przeglądania Internetów i tylko z siedzenia prosił dzieciaka o odłożenie noża. Mamuśka raz patrzyła na dzieciaka, a raz odpisywała na wiadomości. Nagle chłopiec złapał za ostrze noża. Madka odlepiła gały od komórki i zaczęła patrzeć na dzieciaka. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem im:
- Kurwa, podejdźcie do niego i zabierzcie ten nóż, bo się nim jeszcze pokroi! Telefoniki ważniejsze od dziecka?

Mamuśka popatrzyła na mnie karyńskim wzrokiem tęskniącym za rozumem, a tatusiek dźwignął dupsko, podszedł do mnie i zaczął coś sapać, żebym się od********ła, bo to nie moje dziecko. W tym samym czasie młody wywinął orła i oczywiście rozciął sobie rękę. Ryk był taki, że mało szyby nie popękały. Ojciec szybko zawrócił w kierunku dzieciaka, a Karyna nagle się aktywowała i zaczęła wrzeszczeć na personel, że co to za lokal, że nawet dziecko nie może być w nim bezpieczne i ogólnie zrzucała całą winę na nich. Właściciel próbował uspokoić klientkę, a jedna z kelnerek pobiegła po apteczkę. Ostatecznie gówniak został opatrzony i rodzinka wyszła bez płacenia rachunku, a madka pod drzwiami jeszcze się odgrażała, że naśle na nich sanepid.

Niektórzy nie powinni mieć dzieci, bo nie są do tego wystarczająco dojrzali i nieodpowiedzialni.

#L1Spu

Biedni ludzie nie powinni mieć dzieci. Dlaczego? Już tłumaczę.

Jeśli taki człowiek nie potrafi zapewnić sobie dobrych warunków, nie potrafił wyuczyć się jednego zawodu i znaleźć sobie w nim pracy, nie potrafi zająć się sobą, tylko żeruje na państwie i innych - na pewno nie będzie w stanie zapewnić odpowiednich warunków swoim dzieciom.

Pochodzę z takiej właśnie rodziny. Matka - kura domowa po jakimś technikum ekonomicznym, nigdy nawet nie pracowała (bo dom, bo dzieci, tak tak), ojciec - nie skończył nawet szkoły średniej, teraz haruje fizycznie za najniższą krajową. Do tego jeszcze dwójka młodszego rodzeństwa, z którą do niedawna dzieliłem jeden pokój.

Mieszkamy u dziadków - kuchnia, łazienka oraz dwa małe pokoje, w których ledwo się mieścimy. Oczywiście rodzice "wzięli" sobie ten większy, bo przecież oni są dorośli, no wiecie.

Nigdy niczego nie było, odrabianie lekcji w kuchni, książki kupione "po kimś", ubrania po starszym ciotecznym rodzeństwie czy od znajomych (oczywiście nie mówię, że używane=gorsze). Nigdy nie jeździłem na wycieczki klasowe, nie wspominając nawet o rodzinnych wakacjach czy wypadach do kina, na basen.

Choć może wydać się to egoistyczne, to z pieniędzy z komunii kazałem kupić im komputer, dla mnie, argumentując, że to moje pieniądze i nie mają prawa ich wydawać. Nieraz odkładałem pieniądze, które dostawałem od rodziny z różnych okazji. Za każdym razem było "pożycz, synu, przecież wiesz, że ci oddam" - pieniędzy już nigdy nie widziałem.

Chciałem być jak koledzy, mieć normalne warunki (mój dom był i jest ruiną, ale tu już nie będę się rozpisywać), jeździć na wycieczki.. Dlatego też przestałem oddawać rodzicom pieniądze, zamiast tego wolałem opłacić sobie wycieczkę (na którą i tak musiałem się prosić, żeby pozwolili mi jechać).

W gimnazjum zacząłem sobie dorabiać, wyprowadzałem psy, roznosiłem ulotki, kosiłem trawniki, grabiłem liście i odśnieżałem podwórka, nawet opiekowałem się dziećmi sąsiadów, byleby mieć własne pieniądze.

Wizja moich rodziców była dobrą motywacją, żeby lepiej się uczyć. Kilka razy udało mi się zdobyć stypendium, wygrać jakieś konkursy. Gdzieś w 2 klasie gimnazjum powiedziałem rodzicom, że chcę iść do technikum w mieście oddalonym o jakieś 60 km. Krzyk, bo co ja sobie myślę, że ich nie stać, żeby opłacać mi internat, że w ogóle nie, nie, nie. Koniec końców i tak poszedłem tam gdzie chciałem, 500+ mnie uratowało. Udało mi się znaleźć pokój w miarę blisko szkoły, w cenie internatu wraz z opłatami, jedzenie musiałem fundować już sobie sam.

Teraz pracuję w weekendy jako kelner, udzielam korepetycji, odkładam pieniądze, żeby móc się usamodzielnić po skończeniu szkoły średniej. Chcę mieć w przyszłości dobre warunki, móc zapewnić komuś warunki, nie martwiąc się o pieniądze. Trzymajcie kciuki.
Dodaj anonimowe wyznanie