#Up6LV

Mam bardzo prosty sposób na nudę. Podczas jakiejkolwiek rozmowy, czy to z osobą bliską czy też dalszą (zależnie od sytuacji), w ukryciu włączam dyktafon w telefonie i nagrywam. Później kiedy jestem sam w domu, najczęściej na sedesie, odtwarzam te nagrania i tak po prostu przysłuchuję się ludzkim głosom, odtwarzam moment tej rozmowy i tak potrafię przesiedzieć koło godziny. Taki ze mnie chory człowiek.

#LR8Fq

Czasami mam ochotę napisać tu jakieś zmyślone wyznanie, by zobaczyć, jak ludzie je skomentują i jak przyjmie się moja historyjka. Ale powstrzymuje mnie jedna rzecz - zawsze przychodzi mi do głowy, że ktoś z czytających zaczyna się przejmować losem wymyślonej przeze mnie postaci i modli się w jej intencji. Nie chcę, żeby ktoś modlił się za kogoś, kto nie istnieje, tylko dlatego, że został wprowadzony przeze mnie w błąd.

Wyobraźcie sobie takiego Boga, który nagle słyszy modlitwę za kogoś i dostaje zonka, bo przecież ktoś taki nie istnieje, a potem Bóg przygląda się sprawie bliżej i obczaja, że to wszystko przez moje kłamstwa. Bardzo, bardzo mnie to peszy, boję się gniewu Bożego :D

#jeOm7

Tyle mówi się o znieczulicy chamstwie pielęgniarek...
W nocy trafiłam do szpitala. Rano przeniesiono mnie na inną salę, w której leży 93-letnia Kobiecinka w pampersach oczywiście. Popołudniu raz powiedziała, że pęcherz ją boli, że z chęcią by się umyła. Ku mojemu zdziwieniu pielęgniarka poszła do dyżurki i w mgnieniu oka wróciła z drugą. Wzięły Babcię na ręce, zaniosły pod prysznic, umyły.
Gdy wróciły, wszystkie trzy zaczęły przezywać kto mógł doprowadzić do takiego stanu jej nogi... żywe rany otwarte... ropą cieknące (mieszka ze swoją córką i wnuczką..). Okazało się, że to takie zaniedbane odleżyny. Opatrzyły ją i załatwiły konsultację lekarską. Jedynym słowem... wzruszyłam się...
Babcia również.

#1hb0V

Przeczytałam dużo wyznań na temat moher-mafii oraz ich ciemnych poglądów i przypomniała mi się historia sprzed lat.
Mianowicie, kilka lat temu zdałam maturę. Wszyscy szczęśliwi, że wybiorę się na ich wymarzone dla mnie prawo. Nooo jednak nie... postanowiłam się spełnić. Od zawsze chciałam być archeologiem. I na ten kierunek się dostałam. Jak zareagowała rodzina?

Babcia1- O Trójco Święta, do kościoła idź! Nawróć się! Będziesz przeklęta! Trupy będziesz odkopywać! A jeszcze mnie z grobu wykop! Hieno cmentarna! (wut?)

Babcia2- Starą panną będziesz, mówię Ci! Ja już znam takie co chciały koniecznie pokazać, że praca im nie straszna! (Babcia nie pracowała, tylko wychowywała dzieci, była też maszynką do ich robienia, a także zajmowała się prowadzeniem domu). I teraz co? Siedzą i chleją, bo chłopa znaleźć nie mogą! Oj, by Cię dziadek pogonił, taka to do domu się nadaje tylko!

Ciotka: Od**liło jej po śmierci ojca! (fakt, z trudem to przeżyłam, ale funkcjonuję normalnie od wielu lat) Wykopać go będzie chciała! Jezusie najsłodszy jeszcze się z nim w trumnie żywcem zakop!
Próbowała też przekonać moją matkę aby mnie nie puszczać na cmentarz.

W kolejnym tygodniu przyszły do mnie dwie sąsiadki z krzyżem, bo jedna z wiekowych ciotek mieszkających kilka pięter pode mną poskarżyła się swojej moherowej gildii, że wyparłam się Kościoła, a one postanowiły, że mnie nawrócą.

Mnie samej było trudno uwierzyć co tu się za przedstawienie odstawiło. Mimo to zrobiłam magistra i udało mi się dostać do muzeum, co zawsze chciałam robić. Mam też narzeczonego, więc staropanieństwo mi póki co nie grozi :)

Jedynie matka popierała mój wybór, a ojciec może spać spokojnie :)

#XNmsP

Idąc na studia, byłam gotowa na to, że nie będę gwiazdą imprez. Każde spotkanie w studenckim gronie kończyło się co najmniej piwkiem, ale nie dla mnie - od kilku miesięcy byłam abstynentką. Zrezygnowałam z wyjść integracyjnych, bo dla nowych znajomych wychodzenie razem miało sens tylko jeśli w planach był alkohol.

Nie znałam nikogo w nowym mieście. Miałam tylko garstkę kumpli z roku, jednak oni nie byli zainteresowani żadnym z zajęć nieuwzględniających picia, stąd zaczęłam robić sobie taki dzień dla siebie i swoich zainteresowań raz w tygodniu. Czułam się jednak żałośnie sama w restauracjach, muzeach, teatrze czy na koncertach.

Byłam coraz samotniejsza. Próbowałam poznać nowych ludzi, jednak praktycznie bezskutecznie. Poznałam raptem dwie osoby, które okazały się być zainteresowane bliższą znajomością.

Czułam, że jestem na skraju załamania. Gdyby nie to, że kupiłam bilety na wernisaż mojego ulubionego niszowego artysty tygodnie wcześniej, pewnie nie wyszłabym z domu drugi miesiąc z rzędu. Od niechcenia ubrałam wyjściową kiecę, coś tam ze sobą zrobiłam, ale i tak było po mnie widać niechęć.

O dziwo panowała tam cudowna atmosfera, co chwilę zaczepiali mnie ludzie i zamienili kilka słów. Zauważyłam, że większość tak robiła, nikt nie trzymał się sztywno swojej grupy, więc sama podeszłam do jednej dziewczyny, a potem do elegancko ubranego młodego mężczyzny. Tak wciągnęła nas rozmowa, że spędziliśmy razem prawie pół godziny, jednak jego w końcu gdzieś zawołano. Wyszedł na podest na środku sali i zaczął luźną przemowę. Okazało się, że rozmawiałam ze swoim idolem.

Było mi strasznie głupio, że go nie rozpoznałam, choć widziałam jego twarz na raptem kilku zdjęciach. Uważałam, że wypadłam fatalnie w rozmowie z nim i musiało mu być wstyd, że ktoś taki chodzi na jego wernisaże, jednak udawał uprzejmego. Wyszłam tuż po przemowie.

Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie nieznany numer. Kobieta przedstawiła się, choć jej imię nic mi nie mówiło, a następnie zaczęła pytać, czy byłam na wernisażu artysty X, jak byłam ubrana, jak wyglądam... Zaczęłam się bać, że zaraz zostanę oskarżona o morderstwo.

Pan X zadzwonił z przeprosinami i wysłał kwiaty. Poszliśmy razem do teatru i na kawę.
 
Postanowiłam opisać tę historię, bo niedawno się oświadczył i przypomniał mi wszystko.
Pamiętajcie, kochani, nigdy się nie poddawajcie. Odnajdziecie swoje szczęście :)

#Am63n

Historia z czasów przedszkola. Czasów, kiedy każde dziecko biegało, gdzie tylko było miejsce. A gdzie jest najwięcej miejsca? Oczywiście na dworze.

Naszą ulubioną zabawą była... walka. Ale nie taka na pięści, to był konflikt na linii damsko-męskiej, polegającej na przejęciu najważniejszych punktów placu zabaw. Ja, jeden z nielicznych posiadających komputer i grający w gry strategiczne (Commandos, Age of Empires itd.), zostałem uhonorowany przez "guru" bandy chłopaków na, i tu cytat, nadwornego stratega walkowego (tak, walkowego). Dumny z otrzymanego stanowiska wszystkimi siłami starałem się zdominować cały plac zabaw.

Zasady były proste. Pilnujesz swoich punktów i nacierasz na punkty wroga. Potyczka polegała na kasłaniu na przeciwnika, obrzucaniu go piaskiem lub powaleniu go na łopatki. Zakazane było drapanie, plucie i bicie. Za doprowadzenie kogoś do płaczu poprzez złamanie zasad mogło postawić delikwenta przed sąd wojenny (wspólne obrady dwóch grup decydujących o jego losie) i przekazanie go paniom pilnującym lub wykluczenie z zabawy na 1 lub 2 dni, albo co gorsza wydaniu go poszkodowanemu/nej w celu zemszczenia się.

Punktów do przejęcia było 6. Zjeżdżalnia (najwyższy punkt, czyli wieża obserwacyjna), piaskownica (sam środek miejsca zabaw, a zarazem arsenał piachu bitewnego), pagórek (przydatny w zimie, by zjeżdżać na sankach), drzewo (ogromna wierzba, siedziało się tam w lecie, cień i chłód), karuzela i huśtawki (ulubione sprzęty) oraz dom (a raczej drewniane pudło, które udawało dom, jedyne miejsce niewidoczne dla opiekunów, jak i przeciwników). Gdy objąłem zaszczytny urząd, nie było kolorowo. Ekipa chłopców sprawowała władzę tylko nad zjeżdżalnią, więc słabo :(.

To jednak nie zgasiło mojego zapału i już obmyślałem plan. Podczas leżakowania, wszyscy zebraliśmy się w kółko, a szefu dał mi prawo głosu, by przedstawić wszystkim moją misterną taktykę. Była genialna w swojej prostocie (skromność tak bardzo), mianowicie użycie przynęty. Na wieży zostawiamy 2 chłopaków, a reszta cichutko uderza na pagórek. Wiedziałem, że wróg nie przepuści okazji do zmonopolizowania podwórka.

Tak też się stało, wszystkie dziewczyny zaatakowały od frontu, a my bez problemu zdobyliśmy nie tylko pagórek, ale też i dom, i drzewo (ninja style!), ze stratą tylko zjeżdżalni. Gdy tylko się zorientowały, zebrały się i postanowiły bardziej pilnować swoich punktów. Było dobrze, 3-3. Następnego dnia obmyśliłem nową strategię. 5 ludzi biegnie w stronę karuzeli i huśtawek, robiąc fake-atak. Reszta, korzystając z dezorientacji innych, zdobywa piaskownicę. Nazajutrz, z bronią miotaną, udało nam się zdobyć pozostałe dwa punkty kontrolne.

I wiecie co? Rozchorowałem się. Gdy wróciłem w poniedziałek, nie mieliśmy nic. 0-6. Porażka. Debile wszystko stracili. To się nacieszyłem.

PS Przynajmniej za zasługi dostałem lizaka :D

#lXSnw

Wszyscy mi mówili, że wystarczy pójść na oddział onkologiczny, by docenić swoje życie. I że jak będę miała raka, to dopiero będę chciała żyć.
Kilka tygodni temu odebrałam wyniki cytologii, kolposkopii i posiewu (chciałam wreszcie wyleczyć bolesne stosunki, nie zależało mi na zdrowiu). Mam wirus HPV najgorszego typu - tego, który najczęściej powoduje raka.

Poczułam smutek tylko z jednego powodu. Kiedy się dowiedziałam, że rak nie atakuje od razu, tylko po kilku latach od zarażenia wirusem.

#oY7gg

Moja dziewczyna monitoruje na bieżąco stan mojego libido, gdy z jakiegoś powodu nie jesteśmy razem. Wtedy bardzo mocno śmieszkuje ze mnie, gdy dojdzie do wniosku, że właśnie ten dzień... "No dzisiaj to już będziesz musiał coś z nim zrobić", albo "pewnie gdy wrócę prawa ręka będzie większa" itd... jej śmiechu i prześmiewczego chichotania nie ma końca.

Gdyby tylko ona chciała zrozumieć, jak to mnie wkur...
Dodaj anonimowe wyznanie